Przegląd Polski 13 października 2006
- Emocje kontrolowane - Z pianistą Markiem Drewnowskim rozmawia Bożena U. Zaremba
- Jubileusz poety - Mariusz Urbanek
- Żabką przez Atlantyk- Marek Kusiba
Emocje kontrolowane
Z pianistą Markiem Drewnowskim rozmawia Bożena U. Zaremba
Współpraca z Leonardem Bernsteinem jest Pańską wizytówką. Po przypadkowym
wysłuchaniu "Dwunastu sonat" Scarlattiego Bernstein zaprosił Pana do
występu z Boston Symphony Orchestra na festiwalu w Tanglewood. Chyba
nieoczekiwanie.
Zupełnie nieoczekiwanie! Nagrałem Sonaty Scarlattiego i wyjechałem na rok do Włoch, gdzie zastał mnie stan wojenny. Mieszkałem w Italii przez 12 lat. I tam odnalazł mnie Bernstein.
To, że zdecydował się ze mną współpracować, nie znając mnie wcześniej, świadczy o tym, że kierował się względami jedynie muzycznymi. Niestety, ten świat tak jest ułożony, że często kwestie pozamuzyczne decydują o karierze człowieka. Bernstein chciał mi naprawdę pomóc i uruchomił wszystkie źródła (m.in. wytwórnie Deutsche Grammophon i Philips), ale nawet on miał problemy, aby przebić mur tego hermetycznego środowiska. Ale od Bernsteina bardzo dużo się nauczyłem i jest to chyba moje największe bogactwo. Dzięki niemu uwierzyłem w siebie, a nawet poczułem się jego muzycznym spadkobiercą. W Mediolanie, w domu Ricordich, niespodziewanie poprosił mnie do fortepianu. Onieśmielony, zacząłem grać. Widząc jego zainteresowanie, z każdą minutą grałem coraz lepiej. Jego obecność inspirowała mnie. Po finale podszedł do mnie i... pocałował mnie w rękę. Z wrażenia prawie zemdlałem, ale przytomnie odwdzięczyłem mu się tym samym.
Mówi się, że Leonard Bernstein był szalenie temperamentny...
Temperamentny to on był! To jest cały osobny rozdział, który można by długo rozwijać. A najlepiej posłuchać jego nagrań. Jest tam wszystko - i temperament, i refleksja, i miłość... wszystko. A wracając do Tanglewood. Proszę sobie wyobrazić - dzwoni do mnie Kraut (menedżer Bernsteina - przyp. BUZ) i mówi, że będę grał I koncert Brahmsa z Boston Symphony. A ja nigdy w życiu tego koncertu nie grałem publicznie! Oczywiście, jak mnie o to zapytał, powiedziałem, że grałem, bo się bałem, że anulują koncert. W tym czasie nie miałem żadnych szans, żeby ten utwór "ograć", a wyjście z Bernsteinem na estradę przy 12-tysięcznej widowni to był nie byle jaki stres. Koncert się udał, a Bernstein w wywiadach bardzo mnie chwalił. Zachowało się nagranie z tego koncertu. Jest w nim taki ładunek emocji z jednej i z drugiej strony, że po prostu nie da się tego słuchać obojętnie. Można mi zarzucić, że parę nut zagrałem nieczysto, że tu czy tam nie trafiłem, ale to tworzy taki niezwykły ogień, nawet na pograniczu ekshibicjonizmu. Wielkie przeżycie.
Wielu muzyków odrzuciłoby takie podejście...
To prawda. Teraz panuje moda na grę intelektualną. Na przykład Konkurs Chopinowski. Ci, którzy grają emocjonalnie, robią błędy, mylą się i odpadają. Nawet jury odrzuca emocje. Przecież Rafał Blechacz (nie odmawiając mu talentu i zasłużonej wygranej) na konkursie bardzo powściągał emocje. I to mu dało przewagę nad konkurentami, bo emocje prowokują błędy. Jestem pewny, że emocje ujawnią się u niego wraz z dojrzałością, a nawet wybuchną, i to będzie dla niego wielka korzyść. Jak u Horowitza. Jak on wychodzi z frazą, to jeden się obrazi, a drugi zemdleje ze szczęścia! To jest bardzo bliskie mojemu poczuciu estetyki.
Właśnie Horowitz, między innymi, nagrał przed Panem "Sonaty" Scarlattiego. Co zachwyciło Bernsteina w Pańskiej interpretacji?
Myślę, że organizacja czasu, która jest w tym nagraniu.
Ktoś bardzo trafnie to określił, że Pan "pięknie oddycha" w muzyce.
Bo, mimo moich emocji, mojego szaleństwa, jestem bardzo klasyczny.
Festiwal w Tanglewood nie był jedynym spotkaniem z Bernsteinem.
Nie, zagraliśmy jeszcze razem taki wielki koncert w Warszawie w 1989 roku, z okazji 50. rocznicy wybuchu wojny, transmitowany na cały świat. Bernstein popierał mnie do ostatniej chwili swego życia.
Jest Pan znany z oryginalnych pomysłów muzycznych. Jednym z najbardziej głośnych jest nagranie koncertów fortepianowych Chopina w wersji kameralnej. Jak do tego doszło?
Pomysł zrodził się podczas moich studiów nad biografią kompozytora. Okazało się, że Józef Elsner, profesor Chopina, usłyszał po raz pierwszy te koncerty właśnie w wersji kameralnej. Udało mi się odnaleźć jedynie wersję kameralną Koncertu e-moll wydanego w 1833 roku w Lipsku przez Friedricha Kistnera. Muzykolodzy jednomyślnie uznają ją za oryginalną. Po dokładnej analizie partytur doszedłem do wniosku, że Chopin pisał koncerty na początku w wersji kameralnej, a później rozszerzył je do formy symfonicznej. Koncert f-moll skonstruowałem sam, po prostu odtworzyłem według muzycznych standardów. Muszę powiedzieć, że mnie to bawiło. Zrobił się straszny hałas wokół tych wersji i nawet zorganizowano sesję naukową, że Drewnowski na świętość się rzucił, że to jest absolutnie nie do przyjęcia. Ale wystarczy kamyk, aby posypała się lawina i cały świat teraz to gra. Ciągle do mnie telefonują z prośbą o nuty.
Ciekawe są Pana przygody z filmem. Współpracował Pan z Izabellą Cywińską przy "Oczarowaniu Fryderyka", wystąpił Pan też w roli Chopina w "Koncercie Chopina" Krzysztofa Zanussiego. Na ogół postać odgrywana jest przez aktora (który często nie potrafi grać na fortepianie), a pianista podkłada dźwięk.
I to jest zawsze kicz. Nie znoszę aktorów, którzy nie mając pojęcia o graniu na fortepianie udają pianistów. Światosław Richter wystąpił kiedyś jako aktor i pianista w roli Liszta. Do dzisiaj zachwycam się tą rolą.
Czy więc role muzyków powinni grać zawodowi muzycy?
Tak, oczywiście. Dobry reżyser muzyka ustawi.
Napisał Pan też scenariusz do filmu o Paderewskim.
Kupił go nawet Filip Bajon, potem zaczął go zmieniać, w końcu zabrakło mu pieniędzy i pomysł nie został zrealizowany. A szkoda. Paderewski jest niedoceniany przez współczesnych, a historia jego ostatnich lat życia jest nieznana. Na przykład zburzenie domu czy przejęcie terenów w Riond-Bosson przez gminę Mores z powodu niepłacenia podatków; dziwna postawa sekretarza Strakacza czy cenzura książki Simone Giron opisującej historię testamentu Paderewskiego.
Jakie są najnowsze Pańskie fascynacje muzyczne?
Odkrywam obecnie wielkiego polskiego kompozytora Tadeusza Majerskiego, który umarł zapomniany we Lwowie w latach 50. Mój syn Michał, jednocześnie mój absolwent i wykładowca Akademii Muzycznej w Łodzi, postanowił nagrać wszystkie jego dzieła fortepianowe.
Pańskie miejsce zamieszkania - stary poszlachecki dworek w Dylewie, 60 km od Warszawy - to też było odkrycie.
Tak, po powrocie z Włoch szukałem miejsc, które kojarzyły mi się z dawną Polską. To była ruina bez dachu, wody, elektryczności i tę ruinę odbudowałem. To Dylew spowodował, że zdecydowałem się wrócić.
I stał się czymś więcej niż tylko miejscem zamieszkania...
Tak, organizowałem tam przez dziesięć lat festiwale muzyczne z udziałem utalentowanej młodzieży. Ostatnio musiałem jednak zająć się głównie remontami, ale myślę, że w przyszłym roku wrócę do festiwali.
Jest Pan profesorem Akademii Muzycznej w Łodzi. Czy lubi Pan uczyć?
Tak, ale to bardzo ciężka praca, bo młodzież przychodzi do Akademii już zmanierowana, źle przygotowana. W Polsce przydałoby się trochę prywatnych uczelni, gdzie można by wprowadzić swój model pracy. Szkoła kształciłaby od dziecka i nie pozwoliłaby na złe przygotowanie.
Potem jest za późno?
Jest trudno. Potrzebuję trzech lat, żeby ustawić nieprawidłowo grających pianistów. Fortepian ma dźwięk gotowy i to, paradoksalnie, powoduje trudności. U śpiewaka nieprawidłowe ustawienie głosu utrudnia albo nawet uniemożliwia śpiewanie, a gotowy dźwięk fortepianu u wielu pianistów powoduje nonszalanckie podejście do grania. Ale to odrębny temat do rozważań. W każdym razie warsztat jest nieodzowny, żeby pianista mógł pokazać swoją indywidualność.
A kształcenie wrażliwości, osobowości?
To oczywista sprawa! Każdy ma inną wrażliwość i każdy gra inaczej. Ale osobowości nie da się ukształtować, można jej jedynie pomóc.
Czy można kogoś "otworzyć"?
Można i nawet trzeba, ale to wymaga dużego zaufania z jednej i z drugiej strony. A nasze szkolnictwo nie otwiera ludzi, raczej zamyka.
To jest chyba grzech nie tylko szkolnictwa muzycznego.
Możliwe. No i ludzi. Te wszystkie powiązania z dawnej epoki dalej funkcjonują. Ja bym chciał od tego uciec i mieć niezależność. Tak jak moi koledzy, np. w Mediolanie, mają swoją klasę i nikogo nie obchodzi, co oni robią. Uczeń ma dobrze grać. W Polsce dużo się zmieniło, ale potrzeba trochę czasu, żeby sztuka wyższego rzędu zaczęła odpowiednio funkcjonować.
Organizatorem koncertu Marka Drewnowskiego (www.drewnowski.pl) w Atlancie jest miejscowe Towarzystwo Chopinowskie: www.chopinatlanta.org.

