Przegląd Polski 29 września 2006

Żabką przez Atlantyk

Lepper późno
niż wcale

Marek Kusiba

Ani się obejrzeliśmy, jak minęło ćwierć wieku od I Krajowego Zjazdu Delegatów Solidarności w Gdańsku-Oliwie, nazwanego przez agencję TASS "antysocjalistyczną i antyradziecką orgią". Była to pierwsza i chyba jedyna orgia, w jakiej uczestniczyłem, a jej pierwsza odsłona odbyła się w dniach 5-10 września 1981 r. Dziewięciuset delegatów (a wśród nich - jak się dziś okazuje - trzydziestu ośmiu tajnych współpracowników i pięć kontaktów operacyjnych SB) oraz setki dziennikarzy i gości (z czterema agentami) stanowiło więcej niż dywizję. Wtedy już żaden Gruzin zapytać nie mógł, ile papież ma dywizji, bo miał ich w Polsce tysiące, a na zjeździe przynajmniej jedną. Kwiaty rzucane na autobusy, wiozące 4 września uczestników zjazdu do hali Olivii spod katedry oliwskiej, gdzie prymas Glemp odprawił mszę świętą w intencji owocnych obrad, szpalery wzruszonych mieszkańców Trójmiasta, coranne zbiorowe klęczenie na gołym betonie, nastrój obrad radosny i podniosły, poczucie misji dziejowej, czego zazdrościła Polakom połowa zniewolonej Europy - tego nie zapomina się nigdy.

"Antyradziecka orgia" rozgrywała się na oczach przerażonej polską odwagą mniej odważnej części świata. Pamiętam zatroskane pytania kolegów z holenderskich mediów, czy my przypadkiem nie przesadzamy, uchwalając uchwałę do narodów zniewolonych przez ZSRR. "Posłanie do ludzi pracy Europy Wschodniej" popierało walczących tam o niezależne związki zawodowe. To było wspaniałe, takie rzucenie rękawicy niedźwiedziowi. Potem osładzaliśmy lęki o następstwa literackiej niemal bohaterszczyzny tekstami o rewolucji bez rewolucji, o rozlewaniu mleka bez rozlewania krwi, dając w relacjach ze zjazdu obraz Polski wolnej od strachu i silnej wiarą we własne siły. Co z tego nastroju zostało dzisiaj? Wojna na kwity (żeby jeszcze na kwiaty, ale nie, panie, na kwity, na weksle) i szalona lepperiada z pola walki o jutro. Że też Polacy zawsze muszą stawać w szranki do kolejnych walk o lepszą przyszłość, jakby teraźniejszość mieli już wygraną i poukładaną.

W kuluarowych rozmowach wyczuwało się napięcie, ale i nadzieję, że nawet gdyby teraz zrobili desant na Olivię i porwali uczestników na przyczajony w Zatoce Gdańskiej sowiecki krążownik - to i tak tylko przyspieszą runięcie spróchniałego sojuza. Biegałem po hali i wokół niej kilka dni, rozmawiając z setkami osób, ale dziwnym zbiegiem okoliczności w tym reporterskim zabieganiu nie dostrzegłem charakterystycznych buziaczków Leppera ani Giertycha. Najwidoczniej musiałem gdzieś przeoczyć bohaterów współczesności albo też za tamtej Solidarności nie byli aż tak solidarni z narodem. Żeby nie było niedomówień - chodzi oczywiście o naród polski, bez żadnych przyległości. Mogło też być i tak, że Piotr Tymochowicz nosił jeszcze pieluchę w zębach i ani myślał o ustawianiu Lepperowi wizerunku, dobieraniu mu garniturów, krawatów, dróg do blokad, trakcji do wysypywania zboża, i ani myślał też o wymyślaniu mu haseł wyborczych pasujących do koloru opalenizny przywiezionej z ciepłych krajów, gdzie spędza wakacje zapędzony w obowiązek konsumowania rolnik i robotnik polski.

Leppera, jak trąd, wytępiono w rządzie, ale nie tak łatwo pójdzie tępicielom w sądzie. Czy utrącony od rządzenia Lepper zostanie wreszcie wtrącony za kraty, co mu się od dawna prawowitymi wyrokami należy - czas pokaże. Na razie pokazują pazury publicyści, a nawet politolodzy. Dr Marek Migalski robi chyba habilitację na nobilitacji premiera, czyli Jarosława Kaczyńskiego, kosztem zdjętego wicepremiera, czyli Andrzeja Leppera - za pomocą Witolda Gombrowicza: "Przychodzi mi tu na myśl Ferdydurke, kiedy bohater przyjeżdża na wieś bratać się z pachołkiem. Ale tamten nie chce, on chce być bity w pysk. Jak pan mu przyłoży, to on tego pana szanuje, świat jest na swoim miejscu. Tak samo Lepper - nie szanuje ludzi, których się nie boi".

Niczym z Gombrowicza jest również wniosek Samoobrony w sprawie debaty sejmowej na temat wycofania wojsk z Iraku i niewysyłania całej dywizji do Afganistanu. Jeśli Sejm nie zdąży się w porę samorozwiązać, może dojść do strategicznego rozwodu z największym depozytariuszem polskiej wiary w strategiczne sojusze - Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej. Dziś także, podobnie jak przed ćwierć wiekiem, mamy rewolucję bez rewolucji, czyli jak najbardziej moralną, a nie militarną: chodzi o zawłaszczanie państwa przez PiS. Kiedyś chodziło o zwycięstwo Solidarności, dziś Polska ma być znów solidarna, a nie liberalna. Na zjeździe w Olivii grano o wolność, teraz chodzi już tylko o solidarność. Z kim? Przeciw komu? Nawoływanie o Polskę solidarną zamiast liberalnej, przypomina nawoływanie agencji TASS o Polskę socjalistyczną przeciw antysocjalistycznej. Wtedy skończyło się przynajmniej orgią. Dziś kończy się orką - na ugorze Polski prawej i sprawiedliwej.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail