Przegląd Polski 8 września 2006
- Kisiel w wolnej Polsce- Mariusz Urbanek
- Wieża Babel ludzkich losów- Bogusława Latawiec
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Kisiel
w wolnej Polsce
Piętnaście
lat temu zmarł Stefan Kisielewski (zdjęcie obok). W PRL trudno było
wytrzymać bez jego felietonów w Tygodniku Powszechnym, dziś bez
jego publicystyki jeszcze trudniej zrozumieć twór, jakim była Polska
Rzeczpospolita Ludowa.
Przemawiając nad trumną Kisiela, ksiądz Janusz Pasierb przypomniał zapis w dzienniku prymasa Wyszyńskiego z lutego 1968 roku: "Stefan Kisielewski w sprawach ogólnonarodowych". To zdanie brzmi jak streszczenie całego życia Stefana Kisielewskiego, mówił ks. Pasierb. Tym samym sprawom poświęcone były ostatnie dwa lata życia Kisiela. Dwa lata w wolnej Polsce.
Myślałem, że umrę w Polsce sowieckiej...
Stefan Kisielewski nie wierzył, że doczeka wolności. Pisał, że nawet jeśli komunizm upadnie, to nie za jego życia. Choć walczył z nim, jak umiał. Ośmieszając w felietonach peerelowskie absurdy, podróżując po kraju z odczytami wygłaszanymi w kościołach i salkach parafialnych, publikując w podziemiu broszury na temat bezsensu ustroju, w którym największy wysiłek skierowany jest na walkę z patologiami, jakich w innych ustrojach po prostu nie ma. Płacił za to kilkakrotnie banicją z życia publicznego, gdy zakazywano drukowania jego książek i artykułów.
Po Październiku 1956 roku został posłem na Sejm, wierząc, że tam będzie mógł skuteczniej walczyć z ustrojem. Uznał później, że zmarnował 8 lat życia. W marcu 1968 roku za nazwanie peerelowskiej cenzury dyktaturą ciemniaków stał się jedną z ofiar antyinteligenckiej nagonki, rozpętanej przez władze. W latach 70. publikował pod pseudonimem powieści obnażające codzienność PRL, w 80. coraz częściej powtarzał, że powinien był więcej komponować (był absolwentem Konserwatorium Warszawskiego), zamiast tracić czas na politykę.
Kiedy po wyborach w czerwcu 1989 roku wybuchła najpierw półwolna jeszcze, a później naprawdę wolna Rzeczpospolita ("Myślałem, że umrę w Polsce sowieckiej, a tymczasem... ha, ha, ha!" - mówił w wywiadzie), stanął być może przed największym dylematem w swoim życiu. Co dalej? Pozwolić nosić się na rękach, zostać posłem na Sejm III Rzeczypospolitej (11 partii politycznych przysłało mu deklaracje członkowskie), pogodzić się z rolą klasyka, którego wszyscy chwalą, ale mało kto czyta? Czy próbować wypełnić swoją misję do końca, mówiąc Polakom rzeczy nie zawsze miłe i wygodne, ale zawsze zgodne z własnym sumieniem. Wybrał tę drugą drogę, ale wtedy okazało się, że nikt tego od niego nie oczekiwał. Stefan Kisielewski został najbardziej kochanym, ale chyba najmniej słuchanym publicystą III RP.
Ciernista droga powrotu do kapitalizmu
Od połowy lat 80. powtarzał za Stanisławem Stommą, że Polskę czeka ciernista droga powrotu do kapitalizmu. Nie ma innej, jeśli gospodarka ma stanąć na nogi. Jak jednak zbudować kapitalizm bez kapitału? Skąd brać przedsiębiorców w kraju, w którym ludzi przez lata oduczano przedsiębiorczości? Być może Polskę uratowałoby pół roku kompletnego bałaganu, pisał. Niech to wszystko pójdzie na absolutny żywioł. Kto da sobie radę - ten przetrzyma, przekonywał.
Gdy Tadeusz Mazowiecki został premierem, Kisiel ogłosił, że jedynym sposobem na polską gospodarkę jest wprowadzenie "antysocjalistycznej dyktatury" i polityka szoku, ale tego nie da się zrobić metodami demokratycznymi. Trzeba najpierw ograniczyć rolę parlamentu, stworzyć brutalny program prywatyzacji i pozamykać deficytowe przedsiębiorstwa.
"Ze społeczeństwa najemników zrobić społeczeństwo producentów można tylko odgórnie" - mówił. Tak jak zrobił to po II wojnie Ludwig Erhard, który reformę walutową w Niemczech przeprowadził w jeden wieczór, gdy amerykańscy generałowie wyjechali na weekend. Albo tak jak 40 lat wcześniej napisali ze Zbigniewem Mehofferem w programie Partii Wariatów Liberałów: Jak przyjdzie właściwy moment, weźmiemy Polskę za mordę i wprowadzimy liberalizm. A kto nie zechce być liberałem - trafi do obozu. "Prawa człowieka? Człowiek nie ma żadnych praw, kiedy nie ma pieniędzy" - powtarzał.
"Co będzie, gdy Polska po reformie stanie się krajem gospodarki rynkowej, ale gospodarki biednej? I komu będzie wówczas potrzebna?" - pytał retorycznie w jednym z artykułów.
Zostawiono go z tymi pytaniami samego. Nie było dyskusji ani polemik.
"Komu potrzebna jest Polska?"
Pisał tak, jak pisał zawsze. Przejaskrawiając i piętrząc paradoksy. Wierzył, że tak szybciej trafi do ludzi. Tymczasem większość dostrzegała tylko dowcipy i anegdoty. "Kisiel był przez opiniotwórcze koła intelektualne i przez szerszą publiczność ceniony niesłychanie - pisał Piotr Wierzbicki. - Ale jako kolorowa osobliwość, sympatyczna maskotka, która prawi takie zabawne rzeczy".
Na początku 1990 roku opublikował w Tygodniku Powszechnym artykuł "Komu potrzebna jest Polska?", najbardziej dramatyczny ze wszystkich ogłoszonych w tym czasie.
"... potrzebna jest MNIE - to wiem na pewno" - pisał. Polska bez komunizmu, ale w obecnych granicach i układach. Nie Księstwo Warszawskie, nie Królestwo Kongresowe, nie Polska Jagiellonów czy Wazów, z Litwą, Białorusią i Ukrainą. "Niepotrzebna mi nawet (choć ją kochałem) Polska 20-lecia, suwerenna do absurdu - dodał, co brzmiało już jak herezja. - Mimo że była to Polska z naszymi ulubionymi, historycznymi miastami Wilnem i Lwowem".
To była prowokacja. W czasie gdy nie odstawiono jeszcze kielichów wzniesionych na pohybel upadającemu porządkowi pojałtańskiemu, Kisiel deklarował miłość do Polski wymyślonej przez Stalina.
"Stalin był wielkim mordercą narodów, ale Polskę po II wojnie stworzył geopolitycznie logiczną - pisał. - (...) jesteśmy dzieckiem Jałty. Dzieckiem nieprawym, niechcianym, lecz z nieprawych dzieci wyrastają czasem wspaniali ludzie". Tak miało wtedy odwagę mówić niewielu, nawet jeśli tak samo myśleli.
Nawoływał, żeby o ten "twór Jałty" dbać, bo kraj położony między Niemcami, najpotężniejszym obok USA i Japonii mocarstwem ekonomicznym świata, a Rosją, największym kolonialnym imperium, upadającym, ale ciągle zdolnym do militarnych szaleństw, nigdy nie będzie bezpieczny. Polska przestaje być bezpieczna - pisał - gdy przywódcy Rosji i Niemiec zaczynają ściskać się na Kremlu.
Kisielu kochany... nic nie rozumiesz
Coraz ciaśniej zaczęło mu być także w Tygodniku Powszechnym. Kiedy wykreślano mu z tekstów opinie zdaniem redakcji niesłuszne, oburzył się, że nawet cenzura była liberalniejsza. Wtedy pod jednym z felietonów pojawił się dopisek, zaczynający się od słów: "Kisielu kochany". Dalej było mniej uprzejmie. Że nie rozumie, że nie ma racji, nie zachowuje "elementarnej uczciwości". Odpisał, że większości nowych redaktorów TP nie zna i nie jest dla nich żadnym kochanym Kisielem. I zagroził, że przestanie do Tygodnika pisać.
"Chcę bowiem chociaż raz w życiu wypowiadać się swobodnie, bez asysty cenzora, takiego czy innego" - napisał. Felietony Kisiela, które od pewnego czasu opatrywał nadtytułem "Sam sobie sterem" przestały ukazywać się w czerwcu 1989 roku.
Zgodził się na cotygodniową rozmowę przez telefon z tygodnikiem Wprost. Dla wielu był to szok, bo na czele pisma stał Marek Król, sekretarz KC PZPR, wierny partii do końca (dziś właściciel pisma). Jednak narkotyk, jakim była możliwość bieżącego komentowania rzeczywistości, był silniejszy od oporów estetycznych. Pierwsza rozmowa z Kisielem ukazała się w czerwcu 1990 roku.
Mówił to samo, o czym wcześniej pisał. Że Polska staje się coraz bardziej chorym człowiekiem Europy, a do łóżka chorego i słabego nikogo specjalnie nie ciągnie. Że potrzebny jest dyktator, który zrobi rewolucję kapitalistyczną. "Ja nie mam poglądów politycznych, mam tylko ekonomiczne" - kokietował, choć akurat w to nikt nie wierzył.
Apelował, żeby nie urządzać antysowieckich demonstracji. Nie należy domagać się natychmiastowego wyjścia Rosjan z Polski, skoro nie żądają tego nawet Niemcy. Nie z jakiejś szczególnej miłości do Rosji, ale dlatego, że to jedyny rynek, na którym można sprzedawać liche polskie towary. Pośród herezji, jakie wygłaszał, była i ta, żeby nie spieszyć się ze spłacaniem długów po PRL. W końcu nikt Zachodu nie zmuszał do pożyczania komunistom pieniędzy.
Zanim nadeszła śmierć
Pod koniec 1990 roku w szranki wyborów prezydenckich stanęli Tadeusz Mazowiecki i Lech Wałęsa. Kisiel poparł Wałęsę, zastrzegając jednak, że to mniejsze zło. "Nie tyle jestem za nim, co przeciwko Mazowieckiemu" - mówił. Wałęsa miał zrobić to, czego bał się Mazowiecki. Przestać być robotniczym trybunem, a stać się bezwzględnym dyktatorem. Zdradzić klasę robotniczą i jej związki, sprzedać przestarzałe fabryki choćby za pięć dolarów, wydzierżawić kopalnie i sprywatyzować, co tylko się da. Ale nie miał wielkich złudzeń. "Zacznie od charyzmy, a skończy pewnie na policji... - mówił Kisielewski. - Nie wiem, czy będzie go stać, ale pewnie będzie musiał".
Dał Wałęsie rok na przeprowadzenie reform. Ale już po sześciu miesiącach, w artykule "Mój powrót wariacki" zarzucił prezydentowi, że zamiast stać się zwariowanym fantastą, wybrał drogę nudnego księgowego.
W ostatnich wywiadach znów powtarzał, że zmarnował życie. Za mało komponował, trwoniąc czas na felietony. Mówił, że chce napisać jeszcze jedną książkę: o czterech Warszawach, które znał. Przedwojennej, prawdziwej - w której się wychował. Okupacyjnej, zamordowanej w powstaniu - w której spędził młodość. Mikołajczykowskiej - żywej, mimo rządów bolszewików. Wreszcie o Warszawie komunistycznej - pozbawionej duszy. "Prawdę mówiąc to nie jest książka o Warszawie - mówił. - To raczej książka o śmierci...".
Powieść miała mieć tytuł Zanim nadejdzie śmierć. Zapisał prawie cztery bruliony. Ostatnim słowem, było: "Wiedziałem...". Potem nadeszła śmierć. Stefan Kisielewski zmarł 27 września 1991 roku o pół do piątej po południu.
Mariusz Urbanek - korespondent Polityki, redaktor Odry i Tin-a. Jest autorem wielu książek, m.in. o historii Wrocławia; biograficznych, w których opowiada o polityce; oraz publikacji dla dzieci i młodzieży. Niektóre znamienite tytuły to Wrocław - tysiąc lat, Zły Tyrmand, Kisiel oraz Przecieki niekontrolowane. Stan przejściowy 1992-2006. W połowie września nakładem Wydawnictwa ISKRY ukaże się jego książka Kisielewscy: Jan August, Zygmunt, Stefan i Wacek.

