Przegląd Polski 1 września 2006

Kartki
ze skażonej strefy

EWA BERBERYUSZ

Gdy Krzysztof Kozłowski objął Ministerstwo Spraw Wewnętrznych w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, natknął się na dwie sprawy: masowe palenie esbeckich akt oraz masowe podawanie się do dymisji wyższych oficerów, głównie generałów. Generałów pozbywał się z ochotą, paleniom usiłował zapobiegać, chociaż wobec masowości zjawiska była to praca syzyfowa.

Pracowników zwalniał selektywnie, nie wszystkich, broń, Boże! Nie zrobił totalnej czystki. Dlaczego? Andrzejowi Biernackiemu powiedział, że bał się samobójstw na wielką skalę. Mnie - że gdy wszystkich wyrzuci, natychmiast utworzą potężną mafię, która mącić będzie młodziutką polską demokrację. Obie wersje mogły się sprawdzić.

Ci, których pozostawił w pracy, a nie wszyscy byli od diabła - z wdzięczności wprowadzili go w tajniki werbunku tajnych agentów. Oświadczyli, że oczywiście w wielu przypadkach zmyślali i dopisywali do zeznań wytypowanych osób swoje wersje. Istniał mechanizm robienia z dwóch spotkań dziesięciu i przeinaczania zeznań zgodnie z aktualną własną potrzebą. Niekoniecznie robili to z ochoty, ale raczej z chęci wykazania się "dobrą robotą" przed zwierzchnikami. Od niej zależały premie i awanse. Gdy dobrej roboty nie było - spadali w hierarchii. Naturalne, prawda?

Na takich zeznaniach, w które nowa władza wierzyła bezprzykładnie, oparła się dzika lustracja z lat 90., dokonana po raz pierwszy przez ówczesnego ministra MSW w rządzie Jana Olszewskiego, Antoniego Macierewicza. Powstało stąd wiele ludzkiej krzywdy.

Obecnie, przy rządach braci Kaczyńskich, mamy sytuację podobną. Jakby Polska nie miała innych problemów do rozwiązania!

Znów nie pomaga nawoływanie Krzysztofa Kozłowskiego, doskonale - jak wiemy - wprowadzonego w mechanizm werbunkowy "tajnych agentów", wyrażone w Tygodniku Powszechnym wspólnie z mecenasem Janem Widackim, profesorem prawa i pierwszym ambasadorem wolnej Polski na Litwie - o bezsensie dzikiej lustracji.

W końcowym fragmencie wzmiankowanego artykułu czytam: "Zademonstrowane w polemice przez pracowników Instytutu Pamięci Narodowej przekonanie o własnej nieomylności, przy równoczesnym ujawnieniu braku wiedzy o funkcjonowaniu aparatu SB, umacniają w nas przekonanie, że lustracji w ich ręce oddać nie można. Archiwa IPN, dawne archiwa SB, zawierają liczne dowody: dowody ludzkiej słabości, czasem głupoty, czasem podłości i zdrady. Pomijamy już takie ´drobnostkiª jak tę, że oceny dowodów dokonywać powinien nie urzędnik-archiwista, ale niezawisły sąd, a osoba, której dotyczą, powinna mieć prawo je poznać i mieć prawo się do nich odnieść. Rzecz w tym, że dowody te, jak każde inne, wymagają w cywilizowanym świecie krytycznej oceny dokonanej zgodnie z zasadami wiedzy i doświadczenia życiowego. Tych zaś przynajmniej niektórym pracownikom IPN wyraźnie brak".

Nagonka na Andrzeja Micewskiego ma jakieś podstawy. Ale czy naprawdę był agentem sensu stricto? Dzieciństwo niedobre z powodów rodzinnych; młodość dramatyczna i piękna: Auschwitz, Armia Krajowa. Wspaniała książka Współrządzić czy nie kłamać, której nie waham się porównać do Rodowodów niepokornych Bohdana Cywińskiego. Wiele mnie nauczyła.

No ale później zaczynają się schody. Micewski, owładnięty ambicją, żeby zostać kimś z rządzących, miotał się między PAX-em, prymasem Stefanem Wyszyńskim (napisał o nim bardzo złą, ociekającą lizusostwem książkę), Tygodnikiem Powszechnym, no i niestety MSW, któremu - jak wynika z ubeckich zapisów - ofiarował swoje usługi. Na pewno zgubiła go ambicja. Ponieważ nawet posłem z ramienia "Znaku" nie został, a marzyła mu się co najmniej kariera Tadeusza Mazowieckiego, podjął z esbekami ryzykowną grę. Kto w niej był zwycięzcą, a kto zwyciężonym - o tym milczą dokumenty, a świadkowie, których obejmowała ta gra, już niestety nie mogą dać świadectwa prawdzie.

Pamiętam, jak Jerzy Giedroyc przekonywał mnie, że Polska za mało korzysta z usług Micewskiego. Omotał go swoją wizją. Trzeba przyznać, inteligentny był bardzo i świetnie pisał. "A ponadto - perswadował Redaktor - ma on dużą sytuację (co znaczyło majątek - EB) w Austrii". W ostatnim numerze Kultury, który ukazał się po śmierci Redaktora, możemy przeczytać artykuł pióra Andrzeja Micewskiego.

Sprawa Micewskiego stała się na wiele dni tegorocznej polskiej kanikuły tematem dnia.

Owszem, Micewski był takim człowiekiem. Ale! Ale zmarł przed dwoma laty. Pozostawił rodzinę. Czy przyjemnie jest synowi czy wnuczce oglądać wielkie nagłówki i fotografie bliskiego krewnego; słuchać audycji na jego temat? Po prostu - patrzeć na zdrajcę?

Czy akta Micewskiego nie powinny były zostać w archiwum pod strażą historyków z prawdziwego zdarzenia i ujrzeć światło dzienne wtedy, kiedy wymrą bliscy obwinionego, ludzie całkiem niewinni? Taki obyczaj panuje w całym cywilizowanym świecie. Nie waham się powiedzieć, że jesteśmy społeczeństwem niecnym.

***

W Polsce dzieją się rzeczy szalone. Nawet ludzie o wybujałej wyobraźni nie są w stanie przewidzieć, co stanie się jutro, ba, za godzinę. Czy jeszcze nasz naród wyłoni kogoś niebezpieczniejszego od Jacka Kurskiego czy Antoniego Macierewicza? Wydarzenie goni wydarzenie; padł w szlachetnej walce Waldemar Pawlak jako przewodniczący komisji broniącej demokratycznych wyborów samorządowych, które tuż-tuż, i w których pokładaliśmy ostatnią nadzieję. PiS obejmie - wedle wszelkiego prawdopodobieństwa - nie tylko to, co ma - władzę polityczną, ale i samorządową; tylko patrzeć, a i media zostaną doprowadzone do porządku; tylko patrzeć, a stanie nad nami cień Łukaszenki. Otóż gdy wszystko to się dzieje, gdy nasi ministrowie spraw zagranicznych zostają bez dowodów pomówieni przez wiceministra obrony, czyli Antoniego Macierewicza - według opinii psychologów osobowość paranoidalną (nie mylić z paranoją) - o najgrubszą zdradę stanu, bo o działanie na rzecz wywiadu ZSRR i Rosji, bez sądu, bez sprawdzenia, wedle widzimisię, a premier Jarosław Kaczyński nie reaguje. Gdy powoli stajemy się pośmiewiskiem już nie tylko Europy, ale i świata - otóż wtedy ja nic: tylko mi w głowie ksiądz Michał Czajkowski.

Spotykaliśmy się na różnych ekumenicznych spędach. Pierwsze zetknięcie zrobiło na mnie niezatarte wrażenie. Jeszcze nigdy tak żaden kapłan rzymskokatolicki nie mówił o Lutrze. Tak mądrze. To dzięki niemu dowiedziałam się i zrozumiałam, czym jest ekumenizm. Było to w czasie Dni Kultury Chrześcijańskiej we Wrocławiu odbywanych w latach 80. Jesienią.

Dni te były słynne. Czekało się na tę "wrocławską jesień". Dziennikarze i prelegenci, najbardziej prominentni ludzie opozycji, ale i najświatlejsi duchowni zjeżdżali z całej Polski, żeby głosić wolne słowo. Wrocławianie walili tłumnie, stali zasłuchani.

Przychodzą mi różne myśli do głowy: ksiądz Michał był człowiekiem II Soboru Watykańskiego. Prymas Tysiąclecia, kardynał Wyszyński - nie. Może więc to, że w polskim Kościele nadal dzieje się po staremu, tak go zeźliło? Nie mieści się w głowie. Nie mieści.

A z drugiej strony, wiadomo, że podczas spowiedzi internowanych brał od nich grypsy i przemycał je w stule - i tego nie zdradził swoim ubeckim mocodawcom! W swoim wyznaniu nawet zapomniał, że to robił, choć fakty te przemawiały na jego korzyść.

Zaiste, tajemnicza jest natura ludzka...

***

Takich upałów panujących cięgiem przez wiele tygodni, takiego nieprzerwanego wyżu, takiego włoskiego nieba jak w tym roku - nie pamiętam. Trawniki zrobiły się szarożółte, Bałtyk ciepły, jak podgrzewany. Zboża zmarniały w kłosach. Rolnicy wyciągali ziemniaki z ziemi i pokazywali: miały wielkość orzeszków. Już nie urosną. A mąka też już podrożała i cena będzie szła w górę. (Co prawda, niejedna burza przyniosła krótkotrwałe podtopienia, które jednak obrazu upałów nie zmieniły).

A mimo to, a mimo to - choć wiem, że to nieobywatelskie zachowanie - mówię i powtarzam: kanikuło, trwaj! Trwaj choćby cały rok, bo taką pogodę lubię.

I okazuje się, że w tym pragnieniu nie jestem odosobniona. Gdy cicho zwierzyłam się przyjaciołom, że marzę o takim klimacie trwającym przez cały rok, usłyszałam: ja też! Ja też! Ja też!

Niestety, wkrótce nasze niebo będzie miało kolor burego kożucha, wiszącego nisko nad ziemią, a pod stopami będziemy mieli gołoledź.

Warszawa, 25 sierpnia 2006 r.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail