Przegląd Polski 25 sierpnia 2006
- Kłopoty ze wspólną historią - Bożena Szaynok
- Między Broadwayem a Hollywoodem. Królowa shimmy z krakowskiego Podgórza- Mariola Szydłowska
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Siłacz, siłaczka
i cała reszta...
Kalendarz Powszechny "Książki i Wiedzy" na rok 2006 pod datą: piątek 25 sierpnia zamieszcza uwagę A. J. Cronina: "Szczytem wszystkich osiągnięć jest triumf nad własną słabością. Ci, którzy to wiedzą, nie zaznają nigdy goryczy porażki". Od wielu miesięcy jestem świadkiem codziennych triumfów nad własną słabością chorego przyjaciela. Dopadł go rak mózgu, jego najgorsza odmiana: glioblastoma multiformae. H. daje nam wszystkim nieustającą lekcję odwagi. Wprawia w osłupienie lekarzy. Przeszedł już trzy operacje, a pomiędzy nimi zdążył być dwa razy w Polsce, kilka razy z pomocą bliskich mu ludzi wyprawił się na ryby, raz pojechał z synami na narty. W międzyczasie napisał autobiografię, przetłumaczył kilkanaście wierszy i bezustannie czytając przygotował się do pisania biografii swego przyjaciela - jednego z najwybitniejszych Polaków ostatniego półwiecza.
Ani razu, w ciągu już półtora roku trwającej gehenny, nie wypowiedział słowa skargi. Nie narzeka, nie złorzeczy, nie przeklina losu. Jest niczym bohater liryczny wiersza Zbigniewa Herberta Przesłanie Pana Cogito: "bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny / w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy". Potworna choroba dopadła go u szczytu jego życiowych możliwości. Można powiedzieć - u szczytu powodzenia finansowego i osobistego, gdy wybranka jego serca także osiągnęła szczyty w swoim zawodzie, co napełniło także i jego dumą i radością spełnienia. W okresie, gdy dzieci z poprzedniego małżeństwa znalazły się u progu własnego życia.
Nasz siłacz nadludzkim wysiłkiem woli zapanował nad sytuacją człowieka balansującego nad przepaścią. Z pomocą świeżo poślubionej żony dostroił codzienną rutynę do rytmów życiowych swoich przyjaciół. Oboje otworzyli szeroko dla nich dom, tworząc swoistą instytucję kulturalną, kawiarnię literacką i miejsce spotkań inteligencji polskiej i żydowskiej. W Toronto nie ma drugiego takiego domu, gdzie na co dzień dochodziłoby do wspólnego budowania mostu porozumienia. I to w jak skrajnie trudnych warunkach. Chory gospodarz domu otacza się Innymi, bo sam jest Innym. Zawsze gwarantował i gwarantuje sobą trwanie wartości wypieranych nie tylko na emigracji.
Warszawa go uskrzydla, cała Polska go uskrzydla. Dlatego wraca do niej jak do dawnego życia. Przykuty do szpitalnego łóżka, z pociętą i pozszywaną głową już planuje następną wyprawę. Walczy z chorobą poprzez dążenie do bycia w ofensywie. Mógłby wykładać w akademii umiejętności życia. I chorowania. A tym samym - wygrywania z chorobą, zepchniętą do defensywy. Na taki wyczyn niewielu stać, podobnie jak na mądrość i dobroć. H. jest z ducha poetą. Bo z praktyki jest eseistą. Jest artystą, potrzebnym ludziom. Dlatego jego choroba jest takim potwornym nieporozumieniem, pomyłką w naturze wszechrzeczy. Chyba że Bóg nam ją na niego zesłał tylko po to, byśmy popatrzyli na życie z głębszej perspektywy. To cierpienie, jak każde inne ma swój głęboki sens etyczny i filozoficzny. Sytuacje skrajnych zagrożeń zmieniają ludzi pozostających w bezpośrednim zagrożeniu życia, ale i ludzi z tą osobą związanych.
Dawno zauważyłem, że H. ludzi "podnosi", że obcowanie z nim dużo im daje, dlatego tak się do niego garną. Teraz jakby stał się w tym swoim powołaniu "stwarzania" ludzi, poprawiania nas - bardziej gorliwy. Schorowany, czyni swoją powinność z jeszcze większym oddaniem. H. jest urodzonym philąnthropos - przyjaznym ludziom, ale teraz, w chorobie, to jego powołanie tylko się rozwinęło. Ma naturalną zdolność czynienia ludzi lepszymi, bardziej uważnymi. Posiada dar empatii. Umie współczuć, nieproszony analizuje możliwości pomocy, sięga po telefon i zaczyna zarzucać sieć dobrych uczynków. Jest człowiekiem szlachetnym. Nie ma w nim pozy, jest za to pewność, że mądrość to dobroć, bo nie można inaczej. Nawet teraz nie stracił niczego ze swych przymiotów, a ujawniły się w nim cechy kiedyś skrywane pod płaszczykiem macho i bezlitosnego biznesmana. Wzrusza się do łez, a jego łzy znaczą wiele. Płacze recytując wiersze, płacze mówiąc o Marcu '68, wyjeździe, o polskiej kulturze - jego jedynej ojczyźnie.
W Himalajach i Karakorum jest "tylko" 14 ośmiotysięczników. Gdyby zestawić je z miesiącami dzielącymi H. od złowieszczej diagnozy, wspina się już na 18 szczyt... Pokonał koronę Himalajów i Karakorum. Idzie po koronę Ziemi, na przekór Przesłaniu Pana Cogito: "Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu / po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę". Tak, szczytem wszystkich osiągnięć naszego siłacza jest triumf nad własną słabością...
PS. Myśl Cronina dopowiada umieszczone na tej samej kartce kalendarza zdanie A. Schweitzera: "Ten, kto ma odwagę sądzić samego siebie, staje się coraz lepszy". Muszę osądzić samego siebie: przed tygodniem z mojego nadania Erich Maria Remarque został laureatem Nagrody Nobla. Nie wiem, czy przez uderzenie się w piersi stanę się lepszy, tym niemniej przepraszam...

