Przegląd Polski 11 sierpnia 2006
- Trzeba być skądś. Dwie rozmowy o rodowodach z Tadeuszem Konwickim - Romuald Mieczkowski
- 60 lat temu w Anconie - Krzysztof Zajączkowski
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Kobiety
płci przeciwnej
Chyba upały powodują, że w Polsce znów zauważa się kobiety. Na sopockim molo dziewczyny nie wiedzą, w co się rozebrać, a w gazecie dyskusja - w jakie kobiety "ubrać" złotówki. Okazało się bowiem, że Polki nie trzymają się pieniędzy, czyli nie występują na nominałach polskich złotych. Są na nich różni "twarzowcy", a z kobiet nominacji na nominał dostąpiła jedynie Maria Skłodowska-Curie. Przy okazji znowu wyszło na to, że jesteśmy daleko za Afryką. W takiej Ruandzie 48 procent parlamentu to niewiasty. Deficyt kobiet w Polsce najbardziej widoczny jest w podręcznikach - posucha pań zupełna. W jednym z gimnazjalnych podręczników do najnowszej historii Polski nie występuje ŻADNA kobieta. A przecież najwartościowsza, najbardziej pracowita, najmądrzejsza część społeczeństwa polskiego - to Polki. Wystarczy przypomnieć, co powiedział Jerzy Giedroyc o Zofii Hertz: "Jest widomą ilustracją mojej teorii, wedle której w Polsce najważniejsze są kobiety" (Autobiografia na cztery ręce).
Polscy mężczyźni to wiedzą, dlatego na liście 167 postaci, które uczeń polskiego gimnazjum powinien znać, umieścili tylko pięć (PIĘĆ!) kobiet: Safona, Kleopatra, Jadwiga Andegaweńska, caryca Katarzyna II i... Wisława Szymborska. Ja bym dorzucił przynajmniej Madeleine Albright... Powiedziała: "Nie sądzę, żeby świat był inny, gdyby rządziły nim kobiety. Kto tak sądzi, chyba zapomniał, jak było w szkole". Świat może nie byłby lepszy, ale na pewno bardziej czysty i szczęśliwy. Urszula Dudziak podzieliła się z kobiecym dodatkiem do Dziennika - o podejrzanym tytule "Piękne życie" - refleksją na temat wyższości polskiej stolicy nad stolicą świata: "W Nowym Jorku trzeba się ścigać każdego dnia, coś udowadniać. A to ciężka praca i wieczny stres. Ile można? Ja chcę pożyć. Być szczęśliwa. Tu, w Warszawie, mogę zwyczajnie kogoś opierniczyć. Na przykład właściciela psa, którego pies załatwia się na trawniku pod moim oknem".
Problem udanego pożycia z sąsiadami oraz psich kupek porusza też Oriana Fallaci w Plusie Minusie, dodatku do Rzeczpospolitej. Opowiedziała Margaret Talbot, jak to wpadła w histerię, gdy właściciel psa z sąsiedztwa "pozwolił swojemu zwierzakowi załatwić się przed jej domem na nowojorskiej Upper East Side". Ja bym też wpadł nie tylko w histerię, ale i wściekłość, a potem byłoby mi już tylko wstyd, że mieszkam w dzielnicy bogatych snobów. Obie panie dążą do szczęścia podobnymi drogami, chcą, by życie było piękne jak angielski trawnik. Obie zrobiły światową karierę i spędziły w Nowym Jorku wiele lat, ale jak widać - mają czasem nie tyle piękne, co pieskie życie. Są jednak szczęśliwe niczym Amerykanki, wiecznie z siebie zadowolone. Pasują do wyników badań brytyjskich naukowców, którzy sporządzili globalną mapę szczęścia.
Polska okupuje na niej 99. miejsce, o dziwo razem z Japonią. Kiedyś Lech Wałęsa obiecywał Polakom drugą Japonię - no i ją mamy. To nic, że obie Japonie wyprzedza nawet Papua-Nowa Gwinea. Za nami znalazły się takie zbiorowiska nieszczęść, jak Kongo, Burundi, Sudan i Ukraina. Najlepiej dzieje się w państwie duńskim, gdzie żyją najszczęśliwsi ludzie na świecie, gdyż kobiety wiodą tam prym. Uczeni z uniwersytetu w Leicester nie byli zapewne na posiedzeniu rządu w Warszawie ani w Bieszczadach. Tam by spotkali prawdziwe szczęście. Podkarpacie przoduje w Polsce w dziedzinie zdrad małżeńskich. To znaczy - jest ich tam najmniej. Aż trzykrotnie mniej od rozpustnej Legnicy, przylegającej jak współczesna Wanda do Niemca. Kiedyś Wanda mogła nie chcieć Niemca, ale czasy się zmieniły. Wierność Podkarpacia w sprawie świętości małżeńskiego stadła złośliwi tłumaczą tym, że większość tamtejszych mężatek wyjechała za pracą do słonecznej Italii. I bardzo dobrze, piękne i pracowite Polki poprawiają nam nadszarpnięty image.
Stara się o jego poprawę także szefowa Ministerstwa Spraw Zagranicznych Anna Fotyga, tworząc stanowisko "pełnomocnika ds. ochrony i promocji wizerunku Polski w świecie" (sic!) Jak? "Drogą nawiązania bardziej intensywnych kontaktów z zagranicznymi dziennikarzami". I kogóż to, ach kogóż pchnie do boju o wizerunek jej pełnomocnik Andrzej Sadoś? Piękne i mądre galerniczki wrażliwości, polskie pisarki, pisujące bajkoromanse, czyli w nomenklaturze Gombrowicza przyzwoitą literaturę drugorzędną. Rzecz w tym, że pisarek ci w Polsce jak na lekarstwo. Jak wyliczył prof. Przemysław Czapliński, w roku 2000 na 70 książek prozatorskich 7 napisały kobiety, w następnych latach udział niewolnic klawiatury w rynku wydawniczym skoczył dramatycznie aż do 20 procent. Lecz wciąż daleko nam do 48 procent z Ruandy i nic nie wskazuje na to, by minister Giertych chciał reformować podręczniki do historii, przygarniając na jej łono polskie bohaterki. Podejrzewam, że będzie się obawiał, by się naraz nie okazało, że nieskalani bohaterowie naszej współczesności mogli mieć w młodości jakieś niepożądane stosunki z "kobietami płci przeciwnej" - jak się wyraził jeden z senatorów od lustracji. Lustracji kogo? Oczywiście kobiety, Zyty Gilowskiej...

