Przegląd Polski 11 sierpnia 2006

Trzeba być skądś

ROMUALD MIECZKOWSKI

Dwie rozmowy o rodowodach z Tadeuszem Konwickim

Wizyta późną wiosną

W powietrzu jakaś mżawka niedokonana. Przyjechałem trochę za wcześnie, więc krążę po Nowym Świecie i sąsiednich ulicach. Rzeczywiście, miał co opisywać Tadeusz Konwicki w swym mieszkaniu przy ul. Górskiego - wszak to serce Warszawy, stąd blisko do ważnych jej miejsc. To tu pisał autor Małej Apokalipsy o swej Kolonii Wileńskiej i jej okolicach - Markuciach, Puszkarni, Francuskim Młynie.

- Czekałem na pana. Dotarł do mnie wywiad z Nowego Dziennika, dziękuję. Rzadko bywam z wywiadów zadowolony, a tym razem - bardzo! Jakże się cieszę, kochany... - powitał mnie w drzwiach pisarz.

Rozglądam się po pokoju. Obrazy, zdjęcia, regał z książkami, pocztówki z widokami Wilna. Gospodarz narzeka na zdrowie. Potem nalewa do szklaneczek whisky, sobie tylko odrobinę, zaciąga się papierosem. Siada obok.

- No, to za spotkanie!

Dotknęliśmy ustami trunku. Bez wody.

- Jadę do Wilna, przyniosłem Panu program naszego festiwalu "Maj nad Wilią". Nie może Pan wziąć w nim udziału, będzie Pan zatem bohaterem naszych literackich dociekań - mówię.

- To dla mnie zaszczyt. W piśmie Znad Wilii czytałem o przedsięwzięciu. Jak to pan robi, nad tym musi pracować sztab ludzi! Choć jak bywa sztab, wyniki czasem marne...

Każda droga gdzieś się zaczyna. Koleje losu sprawiają, że czasem o jej początkach się zapomina, by w dojrzałości życia powracać do wspomnień, zastanawiać, skąd nasze korzenie. Inaczej jest w przypadku pisarza, który w swej twórczości uporczywie i stale powraca do lat dzieciństwa, opisuje jego ścieżki na kartach swych powieści.

- Dom moich lat dziecinnych czas oszczędził, stoi w połowie ulicy Dolnej, czyli Îemoji. Mieszkają w nim jacyś dalecy krewni, ale o innym nazwisku. Ostatni raz tam byłem ponad dziesięć lat temu. Robili wtedy o mnie film dokumentalny Finowie i Szwedzi. Dotarłem na swoją ulicę, ale w domu dorosłych nie było, a z dziećmi, które nie mówiły po polsku, trudno się było dogadać. Szybko zmęczyłem się tą rozmową. Dzisiejszy właściciel domu, kiedy wyjeżdżałem z Kolonii w 1956 roku, miał dwa latka i ja go na rękach nosiłem do Wilejki.

Konwicki milknie, zaciąga się głęboko kolejnym papierosem:

- Przed wojną Kolonia Górna dla Wilna była jak Konstancin dla Warszawy, miejscowość - powiedziałbym - ekskluzywna. Bywała tu sanacyjna elita - jeden z premierów, wojewodowie. Miała dostać status uzdrowiska, ale wojna nie pozwoliła zrealizować tego zamiaru...

Wracamy do dzisiejszego Pavilnisu, już dzielnicy Wilna. Kiedy pisarz odwiedził ją ostatni raz, wrażenie nie było dobre. Zaniedbana była to dzielnica - dawne płoty gdzieś znikły, nie czuło się ładu i gospodarskiej ręki. - A jak teraz? - docieka mój rodak, dawny mieszkaniec Kolonii.

Opowiadam, że i teraz elita, tylko inna, tu się chętnie buduje, wznosi pałace na bardzo drogich gruntach, na miarę swoich dochodów i gustów, że zatraciła się atmosfera dawnej sielskości. A czy ktoś wystąpi z inicjatywą o status uzdrowiska? Być może... Czemu nie? Przyroda piękna, a taki status - np. parku narodowego, który jest obok - przyniósłby dzisiejszym mieszkańcom Pavilnisu wiele korzyści, powiększyłby wartość nabytych przez przybyszów działek.

Jedno jest pewne: atmosfera tamtej Kolonii, jak i jej nazwa - dziś historyczna i nieczytelna dla większości jej mieszkańców - została pogrzebana, zostanie najwyżej w nostalgicznej pamięci, niczym przeczucie jej dawnych i nielicznych już mieszkańców, co stanie się nieodwracalnie po wojnie.

Patrząc przez okno na zabudowane, właściwie ślepe podwórko przy Górskiego, znowu mówimy o pięknie tamtych terenów. Zauważył je blisko półtora stulecia temu Adam Honory Kirkor, autor pierwszego przewodnika po Wilnie. Oto, co widział po przejściu przez Zarzecze i Belmont:

"Nie dochodząc do Konstantynopola, drożyna na prawo prowadzi do Gór. Tu takaż sosna, a coraz zdaje się nową cudowna okolica; dębowy lasek, strumyki, pagórki, a po stromej wdrapawszy się górze na sam jej szczyt, idziemy do rozkosznego, a głośnego brzozowego gaju, co jak bukiet na najwyższym posadzony miejscu, z każdego przyjazdu do Wilna, a nawet i dalszych okolic widzieć się zawsze daje. Tu właśnie zbierała się nieraz młodzież uniwersytecka i w tym gaiku przepędzała wieczory letnie. O kilkanaście stąd kroków, na samem urwisku góry, stańmy i rzućmy okiem dokoła. Cóż to za widok! Całe miasto, z wieżami kościołów, dachami domów, ogrodami, połamane, pokręcone, poprzerzynane Wilią i Wilenką, wyrasta z olbrzymiego parowu, zewsząd otoczone pagórkami, a poza niem widać górującą okolicę, Karolinkę, na szczycie niemal przeciwległej góry sterczącą, Werki, kościół Kalwaryjski, na prawo zaś - wzgórki i lasy, to zniżające się, to wznoszące swe głowy, okrążające Puszkarnię, Kuczkuryszki, przerzynające stary trakt oszmiański i ciągnące się dalej ku południowi...".

To, co przychodziło we wspomnieniach tych krajobrazów, znajdywało odbicie w twórczości Tadeusza Konwickiego, choćby w Bohini. Kontakty pisarza z ojczystymi stronami ożywiły się pod koniec lat 80. ub. wieku. Wspominam wieczór, kiedy po pierwszym publicznym spotkaniu z Tadeuszem Konwickim w lektorium "Wiedza" (była w czasach sowieckich taka placówka o dziwnym profilu kształcenia światopoglądowego), pierwszy raz miałem możliwość rozmowy z pisarzem. Po tym spotkaniu pojechaliśmy do mojego domu na Karolinki i pisarz zostawił wszystkie otrzymane kwiaty... Było ich bardzo dużo i stały długo po jego wyjeździe.

Kolejne spotkanie z wilnianami miało miejsce podczas kończenia kręcenia filmu Lawa. W Domu Nauczyciela. "Pierestrojka" wchodziła w swe kolejne stadium, zaczynało wrzeć, powołaliśmy świeżo Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne Polaków na Litwie (późniejszy Związek Polaków na Litwie). W gronie czterech osób z jego zarządu spotkaliśmy się w 1988 roku prywatnie z pisarzem w bloku przy ul. Konarskiego. Tu właśnie Jan Sienkiewicz dostał mieszkanie, w pustych pokojach zaimprowizowaliśmy coś w rodzaju "parapetówki". Obecny był Wojciech Piotrowicz, który wtedy nagrał wywiad z pisarzem dla naszej polskiej audycji radiowej. Był Henryk Sosnowski, który jeszcze pracował w lotnictwie, ale dużo działał społecznie.

- Tak, to było, kiedy z Lawą się szamotałem. Spotkałem się wtedy z kolegą z gimnazjum. Nie repatriował się i pozostał w Wilnie, nazywał się może Lisakowski. Jakoś tak, nie jestem pewien, choć i siedzieliśmy w sąsiednich ławkach. Pamiętam, że podczas spotkania - w Domu Nauczyciela? - zapytano go: "A jak uczył się Konwicki?". Na to ów kolega odpowiedział: "Nienadzwyczajnie"... A po chwili dodał: "Wszyscy uczyliśmy się nienadzwyczajnie...". Potem ktoś mnie poinformował, że ten kolega nie żyje.

Kolonia w czasach dzieciństwa pisarza rozwijała się szybko. Po pierwszej wojnie światowej szybko zostały naprawione zniszczenia, na początku lat trzydziestych wodociąg był zaopatrzony w dwa motory: spalinowy i elektryczny, działał jednożarnowy młyn do przemiału ziarna, była szkoła powszechna, agencja pocztowa i posterunek policji, założono fundamenty pod kościół w stylu... zakopiańskim, a ulice osiedla obsadzono lipami w liczbie 1350 sztuk.

Taka Kolonia przetrwała i w zakamarkach pamięci Tadeusza Konwickiego, przedostała się z nich do jego utworów, tworząc nastrój krainy o niezwykłym klimacie. Tylko dom przy ul. Dolnej, położonej blisko torów kolejowych, licho naprawiany przez kolejnych właścicieli, może pamiętać o tamtych zapomnianych czasach.

Rozmowa w pełni lata

Siedzimy w tym samym pokoju, na tych samych miejscach, tylko okna otwarte, kwiaty na stole. Niedawno pisarz obchodził 80. urodziny. Opowiadam o tym, że odwiedziliśmy jego strony, o uczestnikach festiwalu literackiego w Wilnie, miejscowych i zagranicznych, o tym, iż jedna z uczestniczek konferencji nazwała go pasjonatem Kresów...

- Olek Jurewicz słusznie o mnie powiedział, że ja nie jestem pisarzem wileńskim, ja jestem pisarzem z Wilna. I to racja. O książce Z oblężonego miasta, której już w ogóle nie pamiętam, autor jakiejś wypowiedzi zastanawiał się, czy ja ze strachu nie podałem, że jej bohater pochodzi z Wilna, czy cenzura to usunęła. Otóż ani jedno, ani drugie. Ja nigdy nie eksponowałem się jako "piewca Wileńszczyzny", po to - jak to się mówi wulgarnie - by nie robić na tym interesu. W jednych książkach piszę wprost o Wilnie, w innych jest to do odczytania - ale stale zostawiam tę satysfakcję czytelnikowi, żeby domyślił się, odkrył z realiów, z opisów przyrody, że chodzi o Wilno. Trudno to powiedzieć o Rojstach, gdzie akcja toczy się w Hiszpanii. W Kalendarzu i klepsydrze piszę o swojej wizycie w ciężkich czasach ciemności, natrętnej rusyfikacji, piszę wprost, że jestem w Wilnie. Nie chciałem na szlachetnym Wilnie, na mojej miłej Wileńszczyźnie - powtórzę to raz jeszcze - robić tzw. interesów literackich. Wiele zawdzięczam tym stronom, w których się wychowałem, ludziom, dlatego staram się w tym, co piszę, zostawić ślad urody, nastroju, obyczajów, specjalnej kategorii uczuć, jakie łączyły tych ludzi, a szczególnie grupy etniczne, które do pewnego momentu ładnie ze sobą współżyły - to wojna roznieciła konflikty, zmieniła proporcje dobrych relacji wzajemnych. Teraz nastał czas poprawienia tego - mówi pisarz.

Po dygresji na temat powikłań historycznych powracamy do "wileńskości" jego pisarstwa, ważnej jako punkt odniesienia, fundament, pomocny w trwaniu, szczególnie gdy bywa się w "nowym" czy wręcz "obcym" świecie. Wielu wilnian zna to uczucie budowania nowego życia na nieznanej ziemi:

- Na zasadzie jakiegoś przeczucia, kiedy się wziąłem za pióro, czułem, że trzeba "być skądś". To daje trwałość samopoczucia, że mogę wnieść coś zupełnie nowego. Jako kierownik literacki zespołu filmowego w Warszawie namawiałem kolegów, szczególnie młodych, żeby "byli skądś", dogrzebali się swoich korzeni. To bardzo pomaga w karierze literackiej. Dlatego w tym, co pisałem, Wileńszczyzna w jakiś sposób była obecna. Ale to przywiązanie dotyczyło wyłącznie mojego jestestwa, a nawet mojego rozumienia świata.

Rozmowa toczy się o pokrętnych losach rodaków z Wileńszczyzny. O roli przypadku, który pozwolił wyjechać młodym ludziom, którzy zaistnieli w Polsce potem jako znani pisarze, naukowcy, artyści. Kim byłby Konwicki, gdyby nie wyjechał z Wilna?

- Musiałbym szukać roboty - uśmiecha się gorzko autor Kroniki wypadków miłosnych. - Moi dziadkowie byli starzy, więc widziałem siebie jako mechanizatora rolnictwa w kołchozie "Przykazania Iljicza" w Popajach koło Nowej Wklejki. To, że jestem w Polsce, zawdzięczam jakiejś tajnej organizacji wileńskiej, chyba kobiecej, która nas, ostatnich chłopaków chcących wyjechać, wyposażyła w fałszywe dokumenty. Jakoś było tak, że preferowano w repatriacji urodzonych na terenie ówczesnej Polski "Ludowej", ja w fałszywej metryce jako miejsce urodzenie - o dziwo - miałem Wieliczkę, o której nikt nie wiedział, gdzie ona leży. W karcie repatriacyjnej było wiele pieczątek, dziesięć albo i więcej, zapisów, takich, jak prodkartoczki ostawił, kwartiru ostawił w poriadkie, w wojenkomatie sniat s ucziota (ros. Kartki żywnościowe zostawił; mieszkanie zostawił w porządku; w komisariacie wojskowym zdjęty z ewidencji). Jak to zostało załatwione - nie wiem, ale bez takich zabiegów nie wyjechałbym. Przez przypadek znalazłem się w innej części Europy, pozyskałem inne perspektywy myślowe i życiowe.

Na podbój Polski wyruszył sam:

- Dalsza rodzina nie wyjechała. W podeszłym wieku byli. Część ludzi podwileńskich uważała nową władzę za czasową. Myśleli naiwnie, że to jest chwilowe, że wszystko wróci do normy. Niektórzy mieli nadzieję na odzyskanie swojej ziemi, nie chcieli zostawić domów, a w nich dobytku.

Tadeusz Konwicki wstaje, idzie do biurka. Pokazuje mi list ze szkoły w Nowej Wilejce. Z dumą mówi, że te kontakty działają w sposób olśniewający, bo ma do czynienia z ludźmi niczym "nieodkształconymi" przez lata trudne. Myślącymi, jak w Polsce, w Europie, w świecie, nienagannie się posługującymi językiem polskim i czującymi się polskimi "obywatelami Europy". List taki, mówi, mógłby z powodzeniem dostać od kogoś z Uniwersytetu Jagiellońskiego z Krakowa...

Teresa Brazewicz, nauczycielka polskiej szkoły średniej w Nowej Wilejce, napisała go bardzo emocjonalnie. Po przeczytaniu listu gospodarz domu nie ukrywa swojej radości:

- Stąd wniosek, że moi rodacy na Wileńszczyźnie będą coraz bardziej się czuli obywatelami wspólnoty, nieodciętymi przez historię, skazanymi na fatalny los ludźmi. A Litwini? Oni bardzo aktywnie działają w zakresie kultury, weźmy choćby teatr... W naszej wspólnej historii mamy wiele rzeczy razem do odzyskania. To samo mówi Nina Taylor, badaczka mojej twórczości, która niedawno odwiedziła Litwę, była nawet w dolinie Issy. Oczywiście, dobrze mi snuć takie rozważania, siedząc w mieszkaniu w Warszawie, ale mam przeczucie, że przyszłość zapowiada się budująco. W końcu poświęcacie życie, aby polskie źródła były w nowej rzeczywistości, żeby bez uszczerbku dla kogoś zachowała się i rozwijała nasza "postkresowa" kultura.

A dzisiejsze Wilno? Czy miasto nie kusi, żeby ogarnąć wzrokiem dawne miejsca magiczne?

- Gdybym mógł, na skrzydłach bym poleciał. Kto wie, czy moje córki, schorowanego, nie zawiozą mnie w karetce pogotowia do Wilna!

---------------------------------------------

Zdjęcie przedstawia kolice Kolonii Wileńskiej - pagórki i lasy poprzecinane Wilenką, Fot. Romuald Mieczkowski

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail