PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 21 lipca 2006


GRAŻYNA DRABIK

Nowojorska kronika 
(teatr)

Najpierw była pieśń: prastary epos z korzeniami w historii migracji plemion północnogermańskich w V-VI wieku. To znaczy, najpierw był zwykły chaos drobnych i wielkich faktów, walk, morderstw i zniszczeń, strachu i nadziei, narodzin i śmierci. Potem przyszły opowieści wokół ognia, pieśń śpiewana przy dźwiękach lutni czy harfy.

Jedna z tych pieśni przetrwała dłużej niż plemiona Skyldingów i Geatów, o których kłopotach i wyczynach bard opowiadał. Dłużej niż kamienne ściany Heorotu, dworu duńskiego króla Hrothgara, którego świetności zagroził potwór Grendel przybyły niespodzianie z otaczających Heorot ciemności. Dłużej niż królestwo Hygelaka, który jednemu ze swych walecznych rycerzy, zwanemu Beowulf, przekazał swe włości w uznaniu za zwycięstwo nad Grendelem.

Epos Beowulf zachował się w wersji spisanej w dialekcie zachodniosaksońskim na przełomie IX/X wieku i uważany jest za jeden z najważniejszych utworów literackich: pierwszy znany nam poemat w języku europejskim, najdłuższa i najsłynniejsza opowieść w staroangielskim. Od dawna kusił ambitnych historyków i pisarzy, by nadać mu formę bardziej dostępną dla współczesnych im czytelników czy słuchaczy. Beowulf szczyci się więc istnieniem w przeróżnych wersjach; dwa lata temu zdobył niespodziewanie szerokie grono czytelników w natchnionym tłumaczeniu irlandzkiego noblisty, poety Seamusa Heaneya.

Jednym z zafascynowanych poematem artystów jest muzyk Benjamin Bagby, który recytuje go w oryginalnej, staroangielskiej wersji, przedstawiając w formie surowego monodramu. Słyszałam występ Bagby'ego parę lat temu i sama sobie się dziwiłam, że nie tylko wytrzymałam z łatwością dwugodzinną sesję, lecz że wydawało mi się, iż prawie wszystko rozumiem i żal mi było, że tajemnicza opowieść podawana w rytmicznych kadencjach już się kończy... Benjamin Bagby nadal krąży po świecie z ręczną harfą i oczarowuje słuchaczy z hipnotyczną wręcz siłą. Występuje także w ramach bieżącego Festiwalu w Lincoln Center. (Przedstawienia do 22 lipca, LaGuardia Drama Theater, Amsterdam Avenue i W. 65 St.).

Część magii wieczoru z pewnością wynika z kunsztu śpiewaka, z precyzji jego recytacji i bardzo umiejętnej modulacji nastrojów. Część jednak jest po prostu w nas samych, w potrzebie poddania się wzruszeniu, w rozpoznawaniu w starej opowieści podstawowych elementów, które składają się na archetypowy ludzki dramat: strach przed nieznanym, nadzieja wybawienia ze śmiertelnego zagrożenia, potrzeba znalezienia czy nadania sensu pozornie arbitralnej naturze wydarzeń, wobec chaosu faktów i emocji.

Genialnym pociągnięciem organizatorów Festiwalu w Lincoln Center było podjęcie ryzyka - we współpracy z Los Angeles Opera - zamówienia nowej opery na podstawie eposu Beowulf. Nie, to nie w pełni poprawnie powiedziane. Muszę tu dodać nowy element.

Beowulf, jak to klasycznemu dziełu wypada, opiewa wyczyny herosa. Skupia się na dwóch kluczowych momentach jego życia: kiedy młody wojownik z plemienia Geatów przybywa z daleka do siedziby Heorot, by pomóc bezsilnym już rycerzom króla Hrothgara. Beowulf tropi Grendela, walczy i go zabija, uwalniając plemię Skyldingów od brutalnego i nieprzewidywalnego potwora.

Spotykamy Beowulfa powtórnie 50 lat później, tym razem w jego własnym, spokojnym królestwie, lecz znów w czasie wielkiego niebezpieczeństwa. Musi skonfrontować się ze smokiem, którego wywabiła z odległego matecznika kradzież cennego kielicha przez jednego z Geatów. Beowulf dzielnie stanie do walki i śmiertelnie zrani smoka. Lecz swe ludzkie zwycięstwo opłaci fatalnym zranieniem. Poemat kończy się opisem pogrzebowego stosu, na którym spłoną zwłoki rycerza.

Nasze fascynacje klasyką prowadzą także do stwarzania zupełnie nowych wersji, bliższych współczesnej perspektywie. I oto w 1971 r. pewien amerykański profesor średniowiecznej literatury, autor paru opowiadań i niezbyt udanej historycznej powieści o greckim filozofie Agatonie i jego uczniu, napisał krótką powieść, prawie że opowiadanie, skupiając się na pierwszym epizodzie Beowulfa.

Grendel Johna Gardnera jest rodzajem odpowiedzi na klasyczną pochwałę bohaterskich wyczynów. Podaje wersję tych samych wydarzeń, lecz z dramatycznie innego punktu widzenia: słuchamy głosu okrutnie samotnego potwora. Powieść Gardnera jest zdumiewająco mocna, wieloznaczna i niespodziewanie wzruszająca. Zdobyła też wielką popularność, a teraz - fantastycznie bogatą, operowo-widowiskową oprawę.

Twórcy nowej opery Grendel, Julie Taymor i Elliot Goldenthal, partnerzy w pracy i w życiu osobistym, znani są z wielostronności i triumfalnych sukcesów w różnych mediach. Zaczynali współpracując w oryginalnych inscenizacjach sztuk Szekspira dla The Theatre for the New Audience. (Jeszcze pamiętam ich wyuzdaną wizualnie, lecz w celowy, "kontrolowany" sposób, inscenizację Tytusa Andronikusa, wczesną sztukę Szekspira ogólnie uważaną za niemożliwą do przedstawienia we właściwy sposób na scenie). Wypracowali nową formę muzycznego teatru, najpierw pracując w bardziej intymnej skali (The Green Bird oraz Juan Darién: A Carnival Mass), potem z disneyowskim rozmachem. The Lion King, w kostiumach i reżyserii Taymor, od lat stoi zwycięsko na posterunku na Broadwayu. Taymor wyreżyserowała znany film o meksykańskiej malarce Fridzie Kahlo z oprawą muzyczną Goldenthala. W ostatnich latach coraz częściej zajmuje się operą: reżyserowała Holendra Tułacza dla Los Angeles Opera oraz Salome w Niemczech, zaprojektowała oprawę wizualną nowej inscenizacji Czarodziejskiego fletu dla Metropolitan Opera.

W przygotowywaniu inscenizacji Grendela Taymor i Goldenthal dobrali ciekawą grupę artystów: libretto pomagał rzeźbić w wymownym słowie amerykański poeta J.D. McClatchy; skomplikowany ruch sceniczny kształtował Angelin Preljocaj, choreograf albańskiego pochodzenia zamieszkały we Francji; bogatą scenografię, właściwie rodzaj ogromnej, wielopoziomowej rzeźby zbudował George Tsypin, rzeźbiarz i architekt z szerokim, międzynarodowym doświadczeniem w świecie tak sztuki wizualnej, jak i opery; trudne, niektóre przerażające, niektóre malownicze, a zawsze wymowne kostiumy i lalki to dzieło Constance Hoffman i Michaela Curry'ego, od lat współpracujących z Taymor i Goldenthalem.

Zespołowa praca przygotowawcza, którą tak wychwalam, jest oczywiście ważna - bez niej przecież nie ma sztuki na scenie. Nie ma jej także bez wykonawców, tej pierwszej linii odważnych na froncie walki o przykucie uwagi widza. I w tym przypadku artyści okazują się właściwie dobrani. Goldenthal napisał partie wymagające nadzwyczajnego kunsztu od śpiewaków, szczególnie w głównej roli Grendela oraz w nietypowo ustawionej, w rodzaju barytono-sopranu (sic!) partii Smoka. Mezzosopran Debyce Graves zdumiewa rozpiętością i siłą pięknego głosu.

Erica Owensa można podziwiać: za wytrwałość i odwagę podjęcia roli, która wymaga prawie nieustannej obecności i śpiewu na scenie. (Jest to chyba najdłuższa z istniejących partii dla basu w całym operowym repertuarze). Należy mu się jednak nasza wdzięczność przede wszystkim za talent i subtelność wykonania. Za to, że potrafi, mimo swej brutalnie brzydkiej formy (jak sam śpiewa: "jestem wielki w okropieństwie"), wzbudzić nasze współczucie. Grendel - "wspaniale samotny", "ja i ja tylko" - staje się w wykonaniu Owensa postacią tragiczną, a jego tragedia nieuchronnie dopełnia tragedię człowieka.

W zasadzie jestem nieufnie nastawiona do dominującej dzisiaj tendencji "przerostu" na scenie: nieznośnych nagłośnień dźwięku, specjalnych efektów, tego całego rozwydrzonego hałasu i cyrku. Wielkie widowiska, stosunkowo łatwe do przygotowania dzięki nowym technologiom i możliwościom finansowym, zbyt często kryją absolutną wewnętrzną pustkę. Są namiastką treści i dostarczają zaledwie namiastkę artystycznych przeżyć.

Skłaniam więc głowę - dodam: z przyjemnością - przed widowiskiem-operą Julie Taymor i Eliota Goldenthala. Efekty specjalne, a jest ich pełno, służą tu wzmocnieniu skomplikowanej i bogatej treści. Choć nadal uważam, że najbardziej wymowne są rzadkie momenty w wyciszonej tonacji: poetyckie wejście przy pojedynczych dźwiękach harfy Barda, zwanego tutaj jakże trafnie "Ten, który nadaje formę" (elegancki tenor Richard Croft); liryczna aria Królowej Wealtheow, pięknie śpiewana przez Laurę Claycomb (sopran); dramatyczna konfrontacja między Beowulfem a Grendelem, przedstawiona bez śpiewu, tańcem wyśmienitego Desmonda Richardsona.

Grendel jest triumfalnym potwierdzeniem, że klasyka warta jest naszej uwagi, a my sami także ciągle mamy coś nowego do powiedzenia.

Grendel. Opera z muzyką Elliota Goldenthala oraz librettem Julie Taymor i J.D. McClatchy'ego, na podstawie eposu Beowulf oraz powieści Johna Gardnera Grendel. Dyrygent New York City Opera Orchestra: Steven Sloane, reżyseria: Julie Taymor, scenografia: George Tyspin, kostiumy: Constance Hoffman, choreografia: Angelin Preljocaj, oświetlenie: Donald Holder, lalki: Michael Curry i Julie Taymor, kierownik artystyczny projekcji obrazów i wideo: Karin Fong, Imaginary Forces, kierownik Concert Chorale of New York: William Vendice, kierownik artystyczny Los Angeles Children's Chorus: Anne Tomlison.

Występują: Raymond Aceto (King Hrothgar), Laura Claycomb (Queen Wealtheow), Richard Croft (The Shaper), Michele Eaton (Child Grendel/ Shaper's Apprentice), Denyce Graves (The Dragon), Jay Hunter Morris (Unferth), Eric Owens (Grendel), Desmond Richardson (Beowulf) i inni. Premiera w Nowym Jorku 11 lipca, przedstawienia do 16 lipca, New York State Theater, Lincoln Center.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail