Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Wespół w zespół
Świętej pamięci Jeremi Przybora na pewno mi wybaczy niewielką adaptację jego przeboju Jeżeli kochać dla potrzeb tak zwanej chwili. W cytowanym niżej fragmencie zmieniłem ledwie dwa słówka - pospolitą "dziewczynę" na piękną "ojczyznę", a wulgarne "żądze" na poważne "rządy": "Bo pojedynczo się z ojczyzną nie upora/ ni dyplomata, ni mędrzec, ni wódz - / więc ty drugiego sobie dobierz amatora/ i - wespół w zespół, by rządów moc móc zmóc!". Pozostałe zwrotki też są antycypacją wydarzeń na polskiej, kabaretowej i obrotowej zarazem scenie politycznej. Obrotowej dlatego, że kręci się karuzela stanowisk, co rusz ktoś z niej spada, a inny lub inna wsiada. Robi to wrażenie ruchu, co może sugerować posuwanie się do przodu. Pan Jeremi przewidział IV RP już w latach 60. ub. wieku, pisząc np. piosenkę o losie Kazimierza Marcinkiewicza: "Już lato/ swym kwiatom/ motylki śle (...) Kaziu! A gdzie ty, gdzie?". Jak to gdzie - na zielonej trawce...
Twórca tekstów piosenek dla Kabaretu Starszych Panów nie był sam. Z kompozytorem większości szlagierów Jerzym Wasowskim stanowili zgrany team, przydający do kożucha przaśnej telewizji kwiatek wytworności, manier i tępionej przez system "burżuazyjności". To nie był jedynie kabaret. Kabaret Starszych Panów był także dworską karetą zaprzężoną w dwa rącze araby z najlepszej, przedwojennej stajni. Ich piosenki po upływie czterdziestu lat nic nie straciły na aktualności. Dwaj wcale nie tak znowu starsi panowie, wbici w identyczne fraki i w melonikach, wyglądali jak bracia, choć zdecydowanie nie jednojajowi. Na tle szarej i ponurej rzeczywistości lat 60. byli zjawiskiem nadprzyrodzonym. Jakby powiedział Miron Białoszewski, popisywali się "wielomęstwem". Ich piosenki daleko wyprzedzały swoją epokę. Wystarczy rzucić na nie okiem. Pan Jeremi napisał np. słowa do piosenki o Lepperze ("Odrażający drab") - w czasach, gdy Andrzej Lepper pasał jeszcze krowy i marzył co najwyżej o zostaniu oborowym. Pan Jeremi popełnił także piosenkę o posłance Renacie Beger ("Bo we mnie jest seks") - w czasach, gdy w jej oczach odbijały się dostojne kurniki, a nie głupawe "kurwiki".
Chóralne występy braci Kaczyńskich na polskiej scenie politycznej to wbrew pozorom żadna Przyborowa Pieśń zagubionych chłopców, choć światu może się ten rodzinny duet wydawać mało zabawny. Ale co tam świat, wobec którego "występujemy w roli wiecznego aspiranta" - jak Lech Kaczyński pouczył Władysława Bartoszewskiego w odpowiedzi na zbiorowy list byłych ministrów spraw zagranicznych RP. Tu bracia też popisali się wielomęstwem, broniąc interesów kraju, bo przecież "ani nasza historia, ani rozmiary naszego państwa, ani nic innego tego nie uzasadniają". To znaczy wiecznego aspirowania. Zastanawia tajemnicze "nic innego", ale bracia mają rację: nie możemy stale aspirować do roli poważnych partnerów. Prezydent nawet nie wybrał się na szczyt Trójkąta Weimarskiego, aby nie aspirować. Nie wiem tylko dlaczego podał, że z powodu niedyspozycji żołądka.
Odrzucam twierdzenia złośliwych mediotów, że Kaczyński nie pojechał do Weimaru w rewanżu za artykuł w niemieckiej gazecie, w którym został nazwany "kartoflem". Coś mi mówi, że zatrzymał go w domu mundial. Zdecydowanie podoba mi się za to reakcja Marka Jurka na list ministrów. Marszałek Sejmu uznał, że list - a nie błaha rezygnacja prezydenta z wyjazdu do Weimaru - uderza w międzynarodową pozycję Polski. Sam Kaczyński zarzucił jego autorom brak elementarnej solidarności narodowej i "brak zwykłej solidarności kulturowej i ludzkiej".
Że ludzkiej - to rozumiem, ale co może mieć wspólnego rozwolnienie z kulturą? Wbrew pozorom sporo. Amerykanie mają zgrabne określenie: verbal diarrhea. Na tej przypadłości wielu obywateli Ameryki zbiło kokosy. Nasi bracia nie są zbyt rozmowni, ale jakże wymowni. Dlatego typowy dla kultury zachodniej "konflikt interesów", zwany nepotyzmem, w Polsce nosi miano patriotycznego obowiązku. W dziejach świata nie było takiej sytuacji, by bliźniaki piastowały dwie najważniejsze funkcje w państwie. Ale Polska idzie własną drogą, przecierając innym szlaki. "Rodzina nie cieszy, nie cieszy, gdy jest - / lecz kiedy jej ni ma - / samotnyś jak pies!".
Monarchii absolutnej raczej w Polsce nie będzie, ale anarchia absolutna panuje już ponoć tu i tam niepodzielnie. W pospólnym rządzeniu krajem braci K. (nie mylić z braćmi Karamazow!) jest jednak pewien element przezorności i zachowawczości. Genialny Przybora zapisał przestrogę: "A kiedy rzuci cię w szczęścia południe/ kobieta z pięknym bezdusznym obliczem - / dla samotnego to cios aż zadudni - / dla dwóch zaś to prztyczek". Wystarczy w miejsce "kobiety" wstawić "ojczyznę" - i wszystko jasne. Polska nigdy nie była łatwym krajem, ani do podbicia, ani do rządzenia. Wielu usiłowało w pojedynkę rządów moc móc zmóc, zanim nie dochodziło do rozpaczliwego wniosku, że Polskę wespół uwielbiać jest lżej. Więc czego, ach czego było im brak? Rodziny, ach, rodziny!
| |