ALEKSANDER SCHENKER
W ilu Europach
leży Polska?
Pytanie
zadane w tytule jest usprawiedliwione chmarą nazw krążących
nad obszarem leżącym między Niemcami a Rosją. Obok usankcjonowanego
tradycją terminu "Europa Wschodnia", znajdujemy wśród nich
"Europę Środkową", "Europę Środkowo-Wschodnią", "Europę Południowo-Wschodnią",
"Europę Środka" oraz niemiecką "Mitteleuropę".
Już sama ich liczba napawa obawą, czy nie miał racji Faust, kiedy twierdził, że nazwa to tylko "zgiełk i dym, przesłaniające światło, co płynie z nieba". Obawa ta się zwiększa po przeczytaniu wypowiedzi Oskara Haleckiego, wybitnego historyka i autora wielu prac o podziale Europy, że "ani historycy, ani geografowie nie zgodzili się jeszcze co do dokładnego znaczenia tak względnych terminów, jak Europa Środkowa, Europa Wschodnia, lub jeszcze bardziej kontrowersyjnego pojęcia Europy Środkowo-Wschodniej", a szczególnie po uzmysłowieniu sobie, że opinii Haleckiego, liczącej przeszło sześćdziesiąt lat, wtóruje szereg współczesnych nam poważanych historyków i pisarzy.
I tak brytyjski historyk Timothy Garton Ash zadaje pytanie "Czy istnieje Europa Środkowa?" i odpowiada, że "Europa Środkowa nie jest obszarem, którego granice można wytyczyć na mapie, jak powiedzmy, Ameryka Środkowa. Jest to królestwo ducha... Nikt nie może się zgodzić, gdzie Europa Środkowa się zaczyna, a gdzie kończy". I dalej: "Nowa Europa Środkowa jest tylko ideą, [ale] jeszcze nie istnieje. Europa Wschodnia istnieje - jest to część Europy pod militarną kontrolą Związku Sowieckiego. Nowa Europa Środkowa musi dopiero być stworzona". Z Ashem zgadza się czeski pisarz Milan Kundera, jeden z głównych orędowników Europy Środkowej, która, jak twierdzi, nie jest "ani kulturą, ani przeznaczeniem. Jej granice istnieją jedynie w naszej wyobraźni i muszą być ustalane na nowo w każdej świeżej sytuacji historycznej". W tym samym duchu wypowiada się Węgier Gyorgy Konrąd: "Pojęcie Europy Środkowej jest funkcją światopoglądu, a nie przynależności państwowej".
To, że przyjmujemy bez zastrzeżeń podziały wykoncypowane za biurkiem, a nie narzucone przez przyrodę, historię lub wojska najeźdźcy, że nie zastanawiamy się, czy podsuwane nam nazwy mają jakieś obiektywnie sprawdzalne desygnaty, czy są jedynie przeczuciem rodzącej się sytuacji, że nie kwestionujemy danych, których nie można ani potwierdzić, ani obalić, nasuwa pytanie, czy nie dajemy się uwieść magii nazw, którym przecież sami udzielamy znaczenia, aby wypełnić ich przyrodzoną pustkę".
Nie zawsze tak było
Najstarszy podział historycznej Europy na Południe i Północ odgradzał kraje cywilizacji śródziemnomorskiej od tak zwanych barbarzyńców, wędrujących po wielkiej równinie na północ od Alp i Dunaju. Podział ten uległ zmianie po rozpadnięciu się Imperium Rzymskiego na część wschodnią ze stolicą cesarską w Konstantynopolu i zachodnią z siedzibą papieską w Rzymie, a szczególnie po roku 1054, kiedy Wielka Schizma rozbiła na wieki chrześcijaństwo na bizantyjski Wschód, który okazał się kulturowo konserwatywny, i łaciński Zachód, naznaczony duchem reformy i postępu naukowego. Z części bizantyjskiej zrodziły się kraje o religii prawosławnej - Bułgaria, Macedonia, Albania, Serbia, Rumunia, Mołdawia i średniowieczna Ruś, z rozszczepienia której powstały Rosja, Ukraina i Białoruś. Część łacińska wydała na świat kraje o religii katolickiej - a więc całą Europę Zachodnią, a w Europie Wschodniej - Chorwację, Słowenię, Węgry, Czechy i Polskę, z późniejszymi rozgałęzieniami na państwa bałtyckie i Słowację.
Ten dwudzielny podział Europy na duchowych spadkobierców Rzymu i Drugiego Rzymu, czyli Konstantynopola, stał się podziałem trójdzielnym, kiedy po zajęciu Konstantynopola przez Turków osmańskich w 1453 roku Rosja podjęła się czołowej roli w krajach prawosławnych, przybierając miano "Trzeciego Rzymu". Od tego czasu kwestia przynależności Rosji do Europy pozostanie problemem spornym przy ustalaniu podziału Europy.
Nie ulega wątpliwości, że Zachód nigdy nie był i nadal nie jest przychylny uznaniu Rosji za mocarstwo europejskie. Wymownym świadectwem tego są niedawne debaty o zasięgu Unii Europejskiej, a także mowa Winstona Churchilla wygłoszona w 1946 roku w Fulton w stanie Missouri, kiedy to brytyjski premier użył po raz pierwszy terminu "żelazna kurtyna", ale nie uwzględnił Moskwy w spisie wyliczonych przez siebie europejskich stolic, leżących po jej wschodniej stronie.
O tym, że sama Rosja też nie jest pewna swojej przynależności kulturowej, świadczą dwa kierunki ideologiczne, które powstały w dziewiętnastym wieku. Podzieliły one kraj na "zapadników", ubiegających się o uznanie swojego europejskiego rodowodu, i na słowianofilów, utrzymujących, że odrębność Rosji od społeczności Zachodu jest tak dawna i sięga tak głęboko, że członkostwo Rosji w Europie - obojętnie czy Zachodniej, czy Wschodniej - nie jest ani uzasadnione, ani wskazane. W schyłkowym okresie stalinizmu te dwie postawy były reprezentowane przez Sacharowa i Sołżenicyna.
Nikołaj Danilewski, jeden z najbardziej skrajnych przedstawicieli rosyjskiego słowianofilstwa, tłumaczy brak więzów kulturowych między Europą a Rosją tym, że Rosja nie brała udziału w żadnym z ruchów społecznych i duchowych, z których wyrosła Europa Zachodnia: ani w kulturze starożytnych Grecji i Rzymu; ani w cesarstwie Karolingów, które przyszło na zmianę starożytności; ani w średniowiecznych więzach ponadnarodowych, które dały początek jedności europejskiej; ani w walce z feudalizmem, która wpoiła świadomość wolności obywatelskich; ani w fermencie Reformacji, która zapoczątkowała separację Kościoła i państwa; ani w scholastyce, która stworzyła metodę naukową; ani w miarowym rozwoju form sztuki zachodniej. Jeśli dodać do tej listy podbój Azji, który stworzył z Rosji mocarstwo tyle europejskie co azjatyckie, trudno się dziwić pytaniu Danilewskiego: "Jak więc Rosja może należeć do Europy?".
W dzisiejszej Rosji związki cywilizacyjne między Rosją a Europą nie są kwestionowane, ale uznanie Rosji za część Europy jest zwykle opatrzone tak długim szeregiem zastrzeżeń, wynikających z praktycznych i duchowych przesłanek, że z pojęcia in potentia staje się ono mirażem. Z jednej strony wymienia się konieczność uwzględnienia wzajemnych technologicznych i handlowych potrzeb, a z drugiej różnice w ustosunkowaniu do posłannictwa Ewangelii. Z wypowiedzi tego rodzaju można wnioskować, że wiele czasu upłynie, zanim Europa i Rosja staną się "Eurosją". Lecz obojętnie, czy Rosja będzie kroczyć samotnie, czy razem z Europą Zachodnią, te dwa potężne konglomeraty są na tyle odmienne, że rozróżnienie między nimi nie przedstawia trudności. Niełatwo natomiast znaleźć wspólny mianownik dla ziem leżących między Rosją a Europą Zachodnią, czyli ziem, które przedstawiały znaczenie dla popiotrowej Rosji nie jako wzór godny naśladownictwa, ale jedynie ze względu na swoją polityczną, strategiczną i gospodarczą wartość. Istotnie, poczynając od Piotra Wielkiego, dla którego wzorem były Holandia, Anglia i Prusy, poprzez Katarzynę Wielką, której oczy były zwrócone ku Francji Woltera i Diderota, a kończąc na Stalinie i Chruszczowie, których wspólną mantrą było doścignięcie i prześcignięcie Stanów Zjednoczonych, najwięksi reformatorzy Rosji szukali modeli na Zachodzie. To, że ich cele były złudne, nie zmienia faktu, że rosyjskie drogi ku przyszłości zawsze prowadziły na Zachód, a nie do Europy Wschodniej.
Jak nazwać kraje "pomiędzy"?
Potrzeba takiej wspólnej nazwy pojawiła się po I wojnie światowej, kiedy to na terytoriach wyzwolonych spod zaborów pojawił się szereg państw, odtworzonych po latach niewoli lub stworzonych po raz pierwszy. Taki jest rodowód państw bałtyckich, Polski, Czechosłowacji, Rumunii i Jugosławii. Ponieważ uznanie rewolucyjnej Rosji za część Europy nie wchodziło w rachubę, nowo powstałe państwa, odgradzające Europę Zachodnią od Rosji, zostały mianowane Europą Wschodnią.
Z punktu widzenia Zachodu, zapatrzonego w rosnącą potęgę Rosji, skomasowanie nowo powstałych państw pod wspólną nazwą było nie tylko podyktowane sytuacją polityczną, ale również niechęcią zaprzątania sobie głowy bardziej drobnostkową klasyfikacją. Z niej też wywodzi się wypowiedź Neville'a Chamberlaina, który w sprawozdaniu przed brytyjskim parlamentem o swoim spotkaniu z Hitlerem w Monachium w 1938 roku opisał Czechosłowację jako "daleki kraj, zamieszkany przez naród, o którym nic nie wiadomo". Brytyjski premier zapomniał widocznie, że za czasów królowej Elżbiety I Praga i Londyn były powszechnie uważane za polityczne i kulturalne centra Europy Zachodniej.
Wygoda posiadania wspólnej nazwy dla państw "pomiędzy" wzrosła w okresie zimnej wojny, kiedy przynależność do jednego z dwóch obozów, dzielących Europę, stała się koniecznością dziejową. Wtedy też zaczęto zaliczać wszystkie państwa satelitarne Związku Sowieckiego do Europy Wschodniej, bez względu na ich kulturowe i wyznaniowe samookreślenie. Doprowadziło to w końcu do takich absurdów, jak stwierdzenie, że NRD leży w Europie Wschodniej, a NRF w Europie Zachodniej.
To właśnie poleganie na politycznych, a więc zmiennych kryteriach i lekceważenie stałych cech kulturowych i wyznaniowych przywiodło do tak częstego na Zachodzie jednakowego traktowania krajów o korzeniach bizantyjskich i łacińskich. Reakcją na taki stan rzeczy było zastąpienie terminu "Europa Wschodnia" określeniem "Europa Środkowa". Z kilku jednak względów pomysł ten okazał się niefortunny.
W pierwszym rzędzie, nazwa Europa Środkowa zakłada lokalizację między Europą Zachodnią i Europą Wschodnią. Sęk w tym, że Rosja, która w tym układzie miałaby być Europą Wschodnią, do takiej paranteli się nie przyznaje i woli się uważać za twór specyficzny, niezależny od Europy. Rosyjscy działacze polityczni, szczególnie słowianofilskiego autoramentu, wielokrotnie podkreślali, że jeżeli nawet chcieliby się uważać za część Europy, to jedynie Europy Zachodniej. Natomiast nie poczuwają się do jakichkolwiek koligacji z krajami Europy Wschodniej.
Drugą poważną wadą nazwy "Europa Środkowa" jest wspomniana wyżej mglistość jej definicji. Istnieje czy nie istnieje? Ma granice, które można wytyczyć na mapie, czy ich nie ma? Czy jest ciągle królestwem ducha, czy już ciałem się stała? Czy wiadomo, gdzie się zaczyna, a gdzie kończy? I czy pojęcie "Europy Środkowej" jest obiektywnie poznawalne, czy musi dopiero być stworzone?
Jeszcze jednym szkopułem pojęcia "Europa Środkowa" jest to, że nie wszystkie kraje zaliczane do niego są kulturowo jednolite. Polska stanowi szczególnie trudny problem ze względu na swoje dziedzictwo 123 lat rozbiorów. Podczas gdy kultury pruska i austro-węgierska współdziałały z polską spuścizną po łacińskim Rzymie, zabór rosyjski wnosił elementy tradycji bizantyjskiej, wzmacniając schedę po ukraińskich i białoruskich terytoriach wcielonych do polsko-litewskiej Rzeczypospolitej.
To nie "Mitteleuropa"
Największą przeszkodą w przyjęciu nazwy "Europa Środkowa" była jej bliskoznaczność z terminem "Mitteleuropa", wylansowanym w Niemczech podczas I wojny światowej. Był to termin, który może przyczynił się do powstania pojęcia Europy Środkowej, ale różnił się znacznie od idealistycznego poglądu na nią, jako na kulturową i duchową wspólnotę narodów ukształtowaną przez monarchię habsburską. Mitteleuropa w odróżnieniu od Europy Środkowej odnosiła się także do Niemiec, gdyż jej ideą przewodnią było rozszerzenie niemieckich wpływów politycznych i gospodarczych w kierunku południowo-wschodnim w celu zneutralizowania francusko-brytyjskiej blokady morskiej i rosyjskiej blokady lądowej przez utorowanie bezpośredniej drogi na Bliski Wschód. Te właśnie plany sprawiły, że projekt Mitteleuropy nie znalazł poparcia w krajach Europy Wschodniej, przez które droga ta miała prowadzić.
Okoliczności te przyczyniły się do propozycji, aby "Europę Środkową" zastąpić bardziej zróżnicowaną "Europą Środkowo-Wschodnią". Oba te terminy spotyka się co prawda w pracach naukowych, ale ani jeden, ani drugi nie może pretendować do tej geograficznej oczywistości, która uderza w takich nazwach, jak Ameryka Północna, Południowa czy Środkowa. W "Europie Środkowo-Wschodniej" wyczuwa się zależność od sytuacji politycznej, gdyż funkcją członu "środkowy" jest odgrodzenie się od Rosji i Bałkanów, a funkcją członu "wschodni" jest odgrodzenie się od Niemiec. Nie odzwierciedlają one rzeczywistości geograficznej lub kulturowej o cechach stałych, ale są platformą polityczną, o żywotności zależnej od żywotności sytuacji, która je powołała do życia.
Na osobny komentarz zasługuje termin "Europa Środka", który zadomowił się w kilku polskich periodykach. Zawdzięcza on swoje istnienie grupie pisarzy, skupionych wokół redakcji Zeszytów Literackich w Paryżu lat 80., przede wszystkim Barbarze Toruńczyk, twórczyni tego pisma. Według niej celem tej nazwy było zdecydowane odcięcie się od habsburskich koligacji Europy Środkowej i podkreślenie specyficznie polskiego wkładu do zmian ustrojowych w Rosji i krajach "pomiędzy". "Termin Europa Wschodnia pozostawiał nas w granicach pojałtańskiego status quo - przypomina Toruńczyk - tymczasem dla nas to była Europa przyszłości, idei, zasad, jeszcze nieokreślona, ale ogniskująca nasze tęsknoty...; było to w gruncie rzeczy nadawanie kształtu artystycznego i intelektualnego przeczuciu budzącej się podmiotowości politycznej i obywatelskiej tego rejonu". Frazy tego typu odsyłają nas do wypowiedzi Asha sprzed dwudziestu lat, że "Europa Środkowa jeszcze nie istnieje i musi dopiero być stworzona".
Nowe kryteria
Ten zgoła futurystyczny element programów już nazwanych, ale jeszcze niestworzonych, nasuwa pytanie, czy w obecnym klimacie politycznym, kiedy rozluźniają się więzy prowincjonalno-sąsiedzkie, a zacieśniają więzy globalne, kiedy pod ich wpływem zmienia się charakter stosunków międzyludzkich i międzypaństwowych, nie nastał czas, aby przy parcelacji obszaru leżącego między Niemcami i Rosją, zamiast powoływania się na "królestwo ducha" lub "wyobraźnię" i "światopogląd", zacząć opierać się na wymiernych danych, wyróżniających to terytorium spośród jego sąsiadów, a więc na takich wskaźnikach, jak wysokość PKB per capita, stan infrastruktury, umiejętność współżycia z sąsiadami i mniejszościami narodowymi, politycznymi i wyznaniowymi, sprawne funkcjonowanie systemu podatkowego i sądownictwa, stan zatrudnienia, a także członkostwo w ogólnoeuropejskich organizacjach, takich jak Unia Europejska i strefa euro, a nawet w sięgającej poza Europę NATO.
Nazwy, jak dzieła sztuki, żyją własnym życiem, niezależnie od zamierzeń ich twórców. "Europa Wschodnia", jak podkreślał Ash, powstała dzięki sowieckim bagnetom. Ale choć dziś nie ma już ani sowieckich bagnetów, ani ich ojczyzny, występuje ona nadal na Zachodzie lub jest zastępowana przez inne nazwy o tym samym znaczeniu, jakie miała w okresie zimnej wojny, jak np. "nowa Europa", wprowadzona przez sekretarza obrony USA Rumsfelda. W Polsce termin ten też wykazuje nieoczekiwaną żywotność, choć wyżej wspomniana elastyczność nazw powołanych do życia dla zaspokojenia bieżących potrzeb pozwoliła na przesunięcie jego zasięgu na wschód. Jest on teraz stosowany dla oznaczania Ukrainy, Białorusi, Mołdowy i państw bałtyckich, to znaczy krajów, które wchodziły w skład Związku Sowieckiego, nie tracąc przy tym duchowej łączności z Europą.
Czas pokaże, czy przeżyją terminy "Europa Środkowa" względnie "Europa Środkowo-Wschodnia" w obecnym klimacie politycznym, kiedy nie ma już potrzeby jednoczenia się przeciw wspólnemu wrogowi i kiedy kraje Europy Środkowej mogą same stanowić o swoim losie. Czy utrzymają one wspólnotę odziedziczoną z epoki demokracji ludowych, czy pryśnie romantyczna wizja antysowieckiej międzynarodówki z lat 80. pod presją realiów codziennego życia i pamięci o odmiennych, a często wręcz antagonistycznych dziejach tych krajów? Czy ich nowym spoiwem okaże się identyfikacja z tradycją łacińską, a więc faktyczne przedzierzgnięcie się Europy Środkowo-Wschodniej w Europę Północno-Wschodnią jako przeciwwagę pojęcia Europy Południowo-Wschodniej? Dziś jest jeszcze za wcześnie, aby móc jednoznacznie odpowiedzieć na te pytania. Powinno się jedynie pamiętać, że trwałość tych pojęć i terminów będzie zależeć od mocy więzów kulturowych i cywilizacyjnych łączących kraje do niej zaliczane, a nie od doraźnych politycznych okoliczności.
Autor jest językoznawcą, historykiem idei, tłumaczem,
emerytowanym profesorem Yale University.
|