PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 7 lipca 2006


EWA BERBERYUSZ

Kartki
ze skażonej strefy

Po raz pierwszy rozpiera mnie radość, że jestem emerytką. Dlaczego? Bo emerytów unikają media. Dziennikarz emeryt nie zatrudni się w zawodzie, choćby był dobry. Jest pomijany, jakby włożono nań czapkę-niewidkę. Tu obowiązuje solidarność roczników w wieku produkcyjnym. Cierpiałam nad tym. Codziennie zżerała mnie zazdrość, że młodszym kolegom danym jest pracować w wolnej prasie.

Moje roczniki takiej okazji nie miały. Dziennikarze w moim wieku zawodowym musieli dokonywać ekwilibrystyki, żeby jakąś prawdziwą informację przemycić. Z reguły uciekali się do tak zwanej mowy ezopowej, czyli do porównań, na przykład, z życia zwierząt. Domysł pozostawiając czytelnikom, którzy na szczęście na ogół doskonale się w sprawach orientowali. Pamiętam świetny reportaż Basi Łopieńskiej o tygrysie i jego treserce w cyrku, który uznano za wielką metaforę ówczesnej kondycji naszego społeczeństwa, godną Cesarza Ryszarda Kapuścińskiego. No, ale na dłuższą metę taka gra była męcząca i pozwalała odsłonić zaledwie rąbek tajemnicy. Cały czas miałam poczucie, że jesteśmy traktowani przez władzę komunistyczną jak dzieci. I że nam, dziennikarzom, każe się ów dziecinny sposób patrzenia na życie kraju i świata przedstawiać społeczeństwu jako jedyną prawdę. Dziennikarze mojego czasu żyli w schizofrenii: co innego myśleli, co innego pisali. Strasznie dużo pili, popadali w alkoholizm. Marne to były czasy dla naszego zawodu. Aż przyszła wolność, i hulaj dusza bez kontusza! Piszą, co widzą, słyszą i co w duszy gra!

Ale tak się stało, że ostatnio przepełniła mnie radość, że nie jestem już dziennikarką, którą można by zatrudnić. Cieszę się, że ze względu na wiek i tym samym niemożność etatowej pracy w zawodzie nie obejmie mnie ustawa o lustracji dziennikarzy.

Bo moi młodsi koledzy doczekali się! Prawdę powiedziawszy, można się było takiej ustawy spodziewać po obecnej pisowskiej władzy. Doskwierało jej setnie demaskowanie przez media nicości, braku kompetencji, nawet żarty. Bo poczucie humoru jest im obce. Doprawdy, nie mogę spojrzeć inaczej na tę ustawę jak na rodzaj zemsty! I na zastraszenie.

Ustawa obejmie etatowych i kontraktowych dziennikarzy urodzonych do roku 1972. Małoletni też nie powinni czuć się swobodnie, ponieważ, jak dowodzi IPN (Instytut Pamięci Narodowej) w szkołach również działały kółka oporu, więc mogli istnieć i młodociani agenci.

Kiszki się wywracają ze zgrozy! Do czego zmierzamy?!

Według litery ustawy winni są tylko TW, czyli tajni współpracownicy - agenci. Etatowi pracownicy Służby Bezpieczeństwa cieszą się spokojem. Przesiadują po kawiarniach, w lecie po zagranicznych kurortach, bo arcyciepłe emerytury na wszystko starczają. I chichoczą po cichu. Bo to ich zeznaniom się wierzy, nie nam, szarym obywatelom.

Nie pomogły głosy podyktowane nie tylko rozsądkiem, ale i sumieniem, nawołujące do ostrożności. Nie pomógł wyraźny apel Benedykta XVI, którego osobę nasz naród tak nadspodziewanie ochoczo zaaprobował.

Nie pomogło nawoływanie Krzysztofa Kozłowskiego, pierwszego ministra spraw wewnętrznych w wolnej Polsce, doskonale wprowadzonego w mechanizm werbowania "tajnych agentów"; nie pomógł niedawny artykuł napisany dla Tygodnika Powszechnego wspólnie z mecenasem Janem Widackim - profesorem prawa i pierwszym wolnym polskim ambasadorem na Litwie - o bezsensie, nie wspominając krzywdy ludzkiej, wynikającym z tak prowadzonej dzikiej lustracji.

Co do mnie - mało powiedzieć, że IPN, do którego podeszłam z zapałem, jak większość; otóż mało powiedzieć, że mnie on rozczarował, on mnie zgorszył. Jego powinnością jest przecież badanie historii, a nie wyrokowanie. Do wyrokowania potrzebny jest klasyczny przewód sądowy. I teraz główne pytanie: na ile wiarygodne są wypowiedzi świadków, czyli pracowników Służby Bezpieczeństwa? Od ich dobrej woli zależy, komu przekreślą życie moralne, a komu je zostawią.

Ksiądz Isakowicz-Zaleski, prześladowany psychicznie i fizycznie przez SB, chce teraz mścić się (nie zawaham się użyć tego słowa!) na księżach, którzy jego zdaniem, współpracowali ze służbami bezpieczeństwa. Ksiądz zasłużony ze wszech miar, wtedy i teraz (prowadzi w Krakowie charytatywny ośrodek Brata Alberta), ostatnio za cel postawił sobie zdemaskowanie współbraci w kapłaństwie. Nie obchodzi go ukaranie katów. Obchodzi go ukaranie tych, którzy ze słabości ludzkiej poddali się. Jego zwierzchnik, metropolita krakowski, kardynał Stanisław Dziwisz - jakże mądrze! - zabronił mu ujawniania tych nazwisk komukolwiek. Młyny Kościoła mielą powoli i ostrożnie. Ale wnet znalazł się ktoś, kto go o te nazwiska poprosił: prezydent Rzeczpospolitej Lech Kaczyński. I ksiądz Isakowicz-Zaleski mu je wydał. Czy mógł, skoro miał zakaz swojej władzy? I czy powinien? Przecież te sprawy nie są w gestii prezydenta. Nie żyjemy jeszcze w dyktaturze.

Ale on to zrobił i jak mówi: kamień spadł mu z serca.

Trwa proces lustracyjny Małgorzaty Niezabitowskiej. Na proces czeka - nie wiadomo jak długo - do niedawna wicepremier i minister finansów Zyta Gilowska, wspaniały fachowiec i ulubienica wszystkich Polaków. Zyta Gilowska była już solennie sprawdzana przystępując do Platformy Obywatelskiej. Ówczesny rzecznik interesu publicznego Bogusław Nizieński, uważany za przesadnie skrupulatnego, nie znalazł na nią "haka". Obecny zaś coś tam jeszcze przewertował i znalazł. Gilowska na konferencjach prasowych nie daje po sobie poznać, co czuje. Zachowuje humor i klasę. Gorzej dla kraju, że jej dymisja wywołała zapaść złotówki.

Premier Kazimierz Marcinkiewicz z miejsca podał ją do dymisji. "Musiał? - pyta w świetnym artykule w Gazecie Wyborczej Piotr Pacewicz. I dalej pisze: - Nie poddawajmy się zasadzie, że wiedza z ubeckich teczek jest miarą wszechrzeczy. Ostateczna podstawą do oceny człowieka".

Wiele jest głosów rozsądku. Tylko cóż z tego? Skoro IPN, który tak pięknie się zapowiadał, z badacza historycznego przekształcił się w inkwizytora.

Teraz czekamy na hecę z dziennikarzami. Poseł Zbigniew Girzyński z PiS-u chce karać dziennikarzy również z mediów prywatnych, którzy nie poddadzą się lustracji. Nie zastanawia się, że nadmierne rozszerzenie listy lustrowanych doprowadzi do paraliżu prac IPN-u. Już teraz - łącznie z dziennikarzami - będzie jej podlegać 120 tysięcy osób.

Kaj my som? - jak mawiają Ślązacy. Czy ustawiczna lustracja ma nam zastąpić rządzenie krajem? Jego rozwój? Jego dopasowywanie się do standardów Unii Europejskiej? Ma zmniejszyć bezrobocie? Ma dać dach nad głową? I poprawić lecznictwo czy sadownictwo? Czy te podłe igrzyska mają odwrócić naszą uwagę od źle idących rządów?

***

Cała polska nędza rusza na Irlandię. Ale jest to inna emigracja niż wszystkie poprzednie. Ludzie chcą zarobić, szybko, łapczywie, i wrócić. Natychmiast wrócić. Ani przez myśl im nie przychodzi, że mogliby zostać na stałe. Tym się różnią od, na przykład, emigrantów solidarnościowych, którym - mimo szumnych deklaracji patriotycznych, że nie na zawsze - gdzieś w tyle głowy błąkała się myśl o zostaniu na wieki, budząc poczucie desperacji, ale i determinację. Bo taka była konieczność dziejowa. Nawiedzały ich koszmarne sny, że znów są w komunizmie...

Teraz jedynym lękiem zarabiających w Irlandii pozostaje, jak ominąć polski podatek. Wiadomość, że trzeba go zapłacić, runęła jak grom z jasnego nieba, wywołując oburzenie. - Przecież płacimy Irlandczykom! Dwa podatki nie wytrzymują kalkulacji. Zostajemy tutaj - krzyczeli zrozpaczeni. Co zaradniejsi - a w takich sprawach Polacy są mistrzami - nie załamują rąk. Cicho siedzą i przemyśliwują, jak tu okpić podwójnego fiskusa.

Kto wyjeżdża? Polska popegeerowska i małe miasteczka, poza szlakiem, poza komunikacją, gdzie diabeł dobranoc mówi. Bezrobocie, a zatem nędza. Perspektyw zero. Również, niestety, zero angielskiego, co jednak utrudnia im pracę na za granicą, nawet tę najcięższą, brudną, fizyczną. Dostają mniejsze wynagrodzenie niż tacy, co jednak coś "kumają" po tamtejszemu. Zapisują się na kurs, którego z reguły nie kończą, gdy uznają, że tych kilka zwrotów, które przyswoili, im wystarczy. Znam jednak sytuacje, na pustynnych krańcach kraju, gdzie wysoko kwalifikowani budowlańcy, majstrowie, giserzy, cieśle, muszą porozumiewać się z szefami. Bo wszędzie się już w Irlandii buduje na potęgę. Zarobki ich sięgają 80 euro za godzinę. Polce znającej angielski płacą za naukę 8 euro za godzinę.

Śluby, chrzty, imieniny - obowiązkowo w kraju. Wliczone w koszta. Częstych wizyt sobie nie żałują, świadomi potrzeby utrzymania więzów rodzinnych.

Obecne wyjazdy zarobkowe są całkowicie pozbawione dramatu.

Owszem wyjeżdżają również profesjonaliści, ale - mimo ciągłych pogróżek, że już-już opuszczają kraj, bo wyżyć się z naszej pensji nie da, jest ich garstka. Pracują w swoich zawodach, żyją w wysokim standardzie z rodzinami. Ci pewnie nie wrócą - może przerzucą się do innego kraju - a ich dzieci staną się kosmopolitami. Nie ma innej drogi.

Wyjeżdżają anestezjolodzy, bo kontakt z pacjentem nie wymaga takiej znajomości języka jak w innych specjalizacjach, a na Zachodzie ich brakuje, bo są niżej płatni. Niektórzy lekarze wyjeżdżają za granicę pracować tylko w weekendy.

Polska jaka jest, taka jest, ale wyjeżdżać się z niej już nie chce.

Koniec czerwca 2006 roku.
Wreszcie wspaniały upał!

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail