PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 16 grudnia 2005


JOANNA ROSTROPOWICZ-CLARK

Saga rodu
Toeplitzów

Naszemu polskiemu przywiązaniu do tradycji rodzinnych nigdy nie towarzyszyły zbyt skrupulatne studia genealogiczne. Rodzinne legendy zastępowały rzeczywiste koleje losów dziadów i pradziadów, zarówno w opowieściach domowych jak i w literaturze. Jeśli nie wywodzili się z rodów arystokratycznych, jak np. Zygmunt Krasiński, nasi wielcy pisarze i artyści właściwie nie mają rodzinnej przeszłości. Wcześnie opuszczali swoje gniazda i niezbyt się interesowali, kto w nich kogo dawniej rodził. Mało wiemy o rodzicach Mickiewicza, o przodkach Słowackiego, Sienkiewicza, Matejki - z braku solidnych biografii, toną w mroku historie rodzinne luminarzy polityki, nauki i sztuki minionego wieku. Nie ma w literaturze polskiej (Noce i dnie Marii Dąbrowskiej są tu wyjątkiem) wielopokoleniowych powieści, mało w nie, mimo kultu matki Polki, wątku macierzyństwa, sióstr i braci, rozległych związków pokrewieństwa.

Po II wojnie światowej przez długie lata temat rodziny nieomal przestał istnieć na kartach krajowej literatury. Jednym z czynników tego fenomenu był problem politycznej niepoprawności większości rodzinnych historii; drugim - trendy modernistyczne, ich bunt przeciwko tradycji, konwencjom, realizmowi. Parodia rodziny w twórczości wielkiej trójcy polskiego modernizmu, Witkacego, Schulza i Gombrowicza, stała się kanonem literackim, któremu niewielu pisarzy miało odwagę przeciwstawić realistyczny obraz dramatów i tragedii swoich najbliższych przodków. Upadek PRL-u, a z nim resztek tematycznych zakazów, zbiegł się i z końcem wieku, i z późną jesienią życia synów (i córek) "marnotrawnych", którzy za młodu burzyli stary świat - a raczej jego kulturową "nadbudowę", skoro "bazę" zniszczyła wojna - i teraz zapragnęli powrócić do symbolicznego domu ojców. W jesień życia weszli także ci, których burzono, którzy z pietyzmem przechowywali rodzinną pamięć i cudem ratowane pamiątki. W rezultacie i jedni, i drudzy zasiedli do pisania, bardziej interesujących niż najciekawsze współczesne powieści, historii swoich rodzin.

Każda jest inna. Między specyficznymi, autorskimi wyróżnikami każda reprezentuje odmienne środowisko, bardziej lub mniej znane czytelnikom z własnych doświadczeń lub opowieści. Jedno z najmniej znanych, ponieważ tak mało o nim w literaturze i nic w podręcznikach historii, a w życiu cisza - albo grobowa, albo wstydliwa - środowisko zamożnego mieszczaństwa pochodzenia żydowskiego przywołane zostało niedawno w W ogrodzie pamięci (nagroda Nike w 2002 r.) Joanny Olczak-Ronikerowej, wnuczki słynnego przedwojennego wydawcy Jakuba Mortkowicza. W bliski Mortkowiczom, ale bynajmniej nie identyczny krąg rodzinnej historii wprowadza nas wydana ostatnio Książka mojego ojca Krzysztofa Teodora Toeplitza, warszawskiego dziennikarza, który od ponad pół wieku publikuje felietony i artykuły - niegdyś w Nowej Kulturze, Po prostu, Kulturze i Przeglądzie Kulturalnym, skąd do dziś pamiętam jego tekst pt. "Ani cebulki, ani w co wkroić") jako KTT. Toeplitz był także kierownikiem literackim Zespołów Filmowych "Kadr" i "Iluzjon", jest autorem scenariuszy filmowych, telewizyjnych i sztuk teatralnych oraz książek o filmie, kulturze masowej i polityce kulturalnej. Jego twórczość cechuje intelektualna błyskotliwość, cięte pióro, pasja zarazem krytyka i uczestnika życia kulturalnego kraju. Wraz z całą lewicową polską inteligencją przeszedł charakterystyczną dla niej po wojnie drogę: od entuzjazmu dla "nowej rzeczywistości" poprzez rewizjonizm do postawy generalnego sceptycyzmu wobec wiary w postęp.

W Książce mojego ojca nie znajdziemy ani ciętego stylu KTT, ani osobistych refleksji na współczesne tematy. Jest to, co autor pisze w krótkim wstępie, wybór świadomy, podyktowany poczuciem synowskiego szacunku wobec przekazanego mu przez ojca i opatrzonego jego komentarzami rodzinnego archiwum: listów, papierów urzędowych, publikacji o członkach rodziny i ich autorstwa. Rola syna sprowadza się tu do pracy skrupulatnego spadkobiercy-redaktora, który unika sentymentalnych wzruszeń. Niech mówią dokumenty (w znacznej części przechowane podczas okupacji w domu Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów) - a mówią wystarczająco wiele, aby ostatni z warszawskich Toeplitzów mógł być dumny ze swego rodu.

Jego protoplastą był rabin Jehuda Lejb ben Lippman (zmarł w 1806 r.), który z czeskiej Pragi przeniósł się do wielkopolskiego Leszna i tam wraz z żoną Hindele przybrał, zgodnie z nowymi wymogami na terenach Austrii i Prus, nazwisko Toeplitz, prawdopodobnie pożyczone z nazwy kurortu (obecnie Cieplice), w którym Hindele leczyła się z jakiejś słabości. W kolejnych, już warszawskich pokoleniach, potomkowie Jehudy hołdują ideom Oświecenia i wyróżniają się obywatelskimi zasługami. Wymienię tu zaledwie kilku. Maksymilian Toeplitz (1804-1834), lekarz, otrzymał Krzyż Virtuti Militari za udział w powstaniu listopadowym. Henryk (1822-1891) był założycielem Banku Handlowego w Warszawie i Warszawskiego Towarzystwa Fabryk Cukru, dyrektorem drogi żelaznej południowo-wschodniej i założycielem Towarzystwa Wsparcia Podupadłych Artystów. Wspierał nie tylko artystów podupadłych, ale także Stanisława Moniuszkę. I nie tylko pieniężnie, bo u Toeplitza, zamknięty i karmiony w jego mieszkaniu, Moniuszko dokończył komponowanie Halki. Bonawentura (1831-1905), jeden z braci Henryka, pradziadek autora, był już właścicielem majątku ziemskiego, ale zarazem pracował jako dyrektor spółki Lilpop, Rau i Loewenstein oraz zarządca wielu zakładów cukierniczych. Istnieją dokumenty wskazujące, że Henryk i Bonawentura udzielali pomocy powstańcom styczniowym, choć mniej aktywnie niż biorąca udział w powstaniu ich stryjeczna siostra, kurierka Augusta Toeplitzówna, która wyszła potem za mąż za Samuela Bergsona, kuzyna pochodzącego z Polski francuskiego filozofa Henriego Bergsona.

Początkowo zawierający związki małżeńskie wewnątrz swego kręgu kilkunastu rodów, na przełomie XIX i XX wieku żydowscy plutokraci (nie tylko w Polsce) zaczynają wiązać się z nie-Żydami. Zmiana ta jest naturalnym rezultatem wychodzenia, jak to określał Aleksander Hertz, z kasty i podobnie jak przyjmowanie chrztu, najpierw w obrządkach protestanckich, a potem katolickim, stanowi jeden z symptomów kulturowej asymilacji. Ważne było tu także doskonałe wykształcenie, znajomość literatury i sztuki. Oto jak w 1910 r. pisał do żony z Mediolanu dziadek autora, Teodor Toeplitz, o wieczorze w domu swojego brata Józefa Leopolda, dyrektora Banca Commerciale Italiana, męża aktorki Jadwigi Mrozowskiej: "Spaceru dziś dużego nie było, gdyż deszcz po południu porządnie padał. Za to nam p. Mrozowska czytała Sułkowskiego, potem deklamowała przemowę Djany z Nowej Dejaniry, tę, po której Fantazy mówi: ´Duchowi memu dała w pysk i poszłaª, bardzo ładne Pożegnanie Micińskiego, Oświadczyny Rydla, początek Pana Tadeusza, Zawsze i wszędzie Krasińskiego i różnych urywków trochę". Nie bardzo nam ten obrazek pasuje do wizji bogatych żydowskich przedsiębiorców w polskiej literaturze tego okresu, do ojca i syna Szlangbaumów w Lalce Prusa (choć syn, Henryk, był już z Wokulskim na ty), który zapewne znał Toeplitzów, czy do późniejszych łódzkich fabrykantów u Reymonta.

Teodor Toeplitz (1875-1937) - jednym z jego licznego rodzeństwa był Zygmunt, dyrektor Zakładów Solvay w Polsce, odznaczony już w niepodległym kraju Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski - jest główną i najpełniej zarysowaną postacią Książki ojca, zapamiętaną przez małego wnuka z wakacji w obszernej podwarszawskiej posiadłości dziadków w Otrębusach. Po skończeniu sześcioklasowej szkoły "realnej" w Warszawie, jeszcze z językiem wykładowym rosyjskim, ale udzielającej także lekcji polskiego, niemieckiego i francuskiego, 17-letni Tedek wyjechał na studia politechniczne do Berlina. Wszedł tam w środowisko polskich socjalistów skupionych wokół Gazety Robotniczej, której redaktorami byli Ignacy Daszyński, Stanisław Grabski i Stanisław Przybyszewski. Wkrótce aresztowany przez władze niemieckie i odesłany do Polski, wyjechał kontynuować studia w Belgii. Trwały jednak kontakty z berlińskimi przyjaciółmi, najbliższe z Przybyszewskim, któremu oczywiście "pożyczał" pieniądze. W 1900 r. Teodor ożenił się z Haliną Odrzywolską, panną z ziemiańskiej katolickiej rodziny, od wieków osiadłej na Ukrainie. I tej rodzinie poświęca autor cały rozdział; wielu w niej było ludzi o pięknych życiowych kartach: malarze Mierzejewscy, pisarka Anna Skarżyńska, senator Kazimierz Mora-Brzeziński, wraz z bratem aresztowany po wojnie przez NKWD, wiele malowniczych postaci. Po ślubie Teodor objął posadę dyrektora firmy Herman Meyer "na całą Rosję" z siedzibą w Charkowie - gdzie wodził rej wśród sporej i bardzo aktywnej kulturalnie polskiej kolonii - równolegle działając w nielegalnej tam wówczas PPS jako jeden z kolegów partyjnych Józefa Piłsudskiego. Tuż przed wybuchem wojny rodzina wróciła do Warszawy i w rezultacie pierwszych wyborów do Rady Miejskiej w 1916 r. Teodor staje się jej członkiem z ramienia PPS. Wśród ogromu pożytecznych i postępowych inicjatyw radnego Toeplitza wyróżnia się jego akcja tworzenia podmiejskich gospodarstw rolnych, dostarczających żywność dla głodujących w tym okresie mieszkańców Warszawy. Ale prawdziwym pomnikiem jego życiowych zasług stała się pionierska praca w tworzeniu spółdzielni mieszkaniowych, między innymi słynnej WSM na Żoliborzu. Jest pochowany na cmentarzu katolickim w bliskim Otrębusom Brwinowie.

Państwo Teodorostwo mieli dwie córki i dwóch synów, z których Jerzy wsławił się jako założyciel i rektor Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej i Filmowej w Łodzi, a Leon, ojciec autora, poświęcił się skromnej pracy w dziedzinie urbanistyki. Dziełem jego życia jest omawiana książka, choć i o nim samym mogłaby powstać książka - książka syna - o wrażliwym chłopcu z dobrej rodziny, któremu we wczesnej młodości uderzył do głowy komunizm i któremu w latach męskich dane było bolesne świadectwo klęski tych młodzieńczych ideałów. W Książce mojego ojca czytamy, że 17-letni Leon brał udział jeszcze jako gimnazjalista w jednym z powstań śląskich, a w 1920 r. wraz z kilkorgiem kuzynów rówieśników wstąpił podczas wojny polsko-rosyjskiej do wojska i służył w formacji zaopatrzeniowej. Po wojnie, już jako student na wydziale prawa Uniwersytetu Warszawskiego, Leon zapisuje się do Związku Młodzieży Komunistycznej, organizacji nielegalnej, czego rezultatem jest aresztowanie, proces i wyrok: sześć lat więzienia. Całego wyroku Leon nie odsiedział, ponieważ wstawił się za nim jego włoski stryj z Banca Commerciale, który właśnie wtedy dał rządowi polskiemu tzw. pożyczkę tytoniową. Uniknął też Leon Toeplitz losu kolegów, których rząd sowiecki wymienił za swoich więźniów, po czym już na własnym terenie wymordował. Kara skończyła się na tym, że Leon musiał na kilka lat wyjechać z kraju - szczęśliwie do Ameryki.

Cała ta sprawa była ciosem dla rodziny, a dla Leona zapewne skomplikowanym przypadkiem kryzysu tożsamości, choćby dlatego, że wielu spośród jego kolegów partyjnych, także tych z biedniejszych rodzin pochodzenia żydowskiego, uznało go za paniczyka. Z Ameryki wrócił natychmiast po zakończeniu okresu kary i ożenił się z mądrą, nieśmiałą absolwentką polonistyki Eugenią Radzio, córką szewca. Przeżył ją o 24 lata. KTT pisze, że ojciec do końca życia zachował "światopogląd marksistowski"; przyznaje, że sam także tuż po wojnie wstąpił do komunistycznego ZWM. O latach wojny (zasługę za jej przetrwanie przez całą rodzinę KTT przypisuje matce) i o własnym życiu prawie tu nie pisze, nie tłumaczy więc tych politycznych wyborów. Wspomina tylko, że "syndrom klęski wrześniowej jako kompromitacji rządów przedwojennych" (oj!) był jednym z istotnych argumentów na rzecz akceptacji przez znaczną część polskiej inteligencji powojennego "przewrotu politycznego". Czyżby? Przewrotu narzuconego nam przez Sowietów, których zbrodnie wobec narodu polskiego od początku do końca wojny były powszechnie znane! Wiele jest na ten temat teorii, o czym pisał w niedawnym (z 18 listopada) numerze Przeglądu Polskiego Ryszard Matuszewski. Oportunizm czy naiwna wiara? Jedno z drugim? Ani jedno, ani drugie, tylko po latach wojny pragnienie pracy w swoim zawodzie, a że jedynym pracodawcą dla inteligenta stało się "państwo demokracji ludowej", trzeba było wstąpienie w szeregi jakoś racjonalizować... Do tych teorii dokładam freudowski bunt smarkaterii przeciwko patriarchalnym autorytetom i rekompensatę, niezależnie od wieku, różnorodnych kompleksów. Gombrowicz miał tu sporo do powiedzenia.

Nowy ustrój w ramach reformy rolnej odebrał młodym Toeplitzom ich bajkowe Otrębusy, a w 1968 r. wypędził Jerzego Toeplitza z jego szkoły filmowej. Ze wszystkich ideałów, jakie przewaliły się po Polsce ubiegłego wieku, nie sięgnął na koniec bruku tylko jeden, odwieczny: ideał rodziny. Patrz - fascynująca Książka mojego ojca.

----------------------------------------

Krzysztof Teodor Toeplitz, Książka mojego ojca. Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 2004, str. 382, cena 28 dol. plus 6,50 dol. porto przy zamówieniu z wysyłką (do nabycia w Księgarni Nowego Dziennika).


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail