EWA BERBERYUSZ
Kartki
ze skażonej strefy
W niedzielę 27 listopada byłam na manifestacji wolności na placu Konstytucji w Warszawie. Było nas ponad 1500 osób; z dziećmi na barana z wózkami, z emblematami "Demokratów". Byli też ludzie z innych partii. Mrugał do mnie porozumiewawczo Marek Borowski, choć go nie znam. Spotkałam wszystkich starych znajomych, jeszcze z konspiracji, starszych i młodszych. Powitaniom, uśmiechom nie było końca. Znany korespondent prasy brytyjskiej Krzysztof Bobiński biegał i krzyczał: "Gdzie są ci homoseksualiści, gdzie są homoseksualiści?! Chcę zobaczyć jednego!". Nie było. W każdym razie, trudno rozpoznawalni. Nie było też skinów, Młodzieży Wszechpolskiej ani tym podobnej gawiedzi. Podobno ktoś usłyszał nieśmiałe: "Warszawiacy nie są tacy!". Ale zabrzmiało to dość enigmatycznie. Oprócz zużytego już hasła "Kaczki na taczki" dojrzałam transparent: "Nie chodzi o homo, ale o ZOMO", nawiązujący do skandalicznego zachowania policji w Poznaniu: w pełnym bojowym rynsztunku ciągali młode dziewczyny z grupy Zielonych po ziemi i ładowali do suk. Minister spraw wewnętrznych i administracji Ludwik Dorn nazwał zachowanie swoich służb modelowym.
U nas, w Warszawie, przemawiali ludzie znani i szanowani, naukowcy, reżyserzy, aktorzy, publicyści, nawiązując do praw demokratycznych, krótko i ciekawie. Słowo "demokracja" niosło się się szeroko, skandowane przez wszystkich. Policja była przesympatyczna. Wiwat Warszawa! Bo niestety w innych miastach było gorzej. W stronę spokojnej manifestacji o wolność poleciały jajka, faszystowskie hasła, kamienie, płyty chodnikowe...
Jeden zakaz tego, co konstytucyjnie gwarantowane, zmienił diametralnie charakter demonstracji. Już nie chodziło o prawa gejów. Ale o wolność. Głupie posunięcie władz zrodziło reakcje przeciw zachowaniom paradyktatorskim. A mnie przyszła do głowy jeszcze taka nieśmiała, ale krzepiąca refleksja: może z tym społeczeństwem obywatelskim w Polsce nie jest tak najgorzej?
*
Szefowa, Julita Karkowska, prosi mnie: "Błagam, już nie o Kaczyńskich, bo wszyscy mają dość". Donoszę: ja też. Tym bardziej że żyję pod ich jurysdykcją, a wy znacie sprawy jedynie z drugiej ręki. Poczciwe buziaki mogą robić naprawdę dobre wrażenie.
Wystąpienia polityków w obecnym Sejmie toczka w toczkę przypominają mi swoją intonacją, stylem, sposobem i intelektualnym poziomem ideologiczne czasy, które odebrały mi młodość i lata dojrzałe. Kto by się spodziewał!
Nie chodzi o samych "pisowców", ale przecież donośny głos ich nowych sojuszników niesie się z ław sejmowych. Od Leppera i Giertycha. Lepper wyraźnie grozi: "Będą nas prosić każdorazowo o przegłosowanie tej czy tamtej ustawy?! Nie ma tak! Chcemy mieć faktyczny udział w rządzie; i nie chodzi tu o jakichś wicewojewodów czy dyrektorów departamentów. Nie będziemy brać ochłapów. Wcześniej czy później musi dojść do powstania koalicji. Wtedy przyjdziecie do nas na kolanach. Dostaniemy i wojewodów, i ministrów".
Ładna perspektywa biorąc pod uwagę fakt, że kandydatem Samoobrony na ministra finansów jest Renata Beger. Rolniczka. Hoża kobieta. To ta, która zapytana w wywiadzie o życie prywatne, strzeliła dowcipnie: "Seks jest dla mnie tym, czym owies dla konia". Jako posłanka zrobiła zaocznie maturę.
Jak się tu nie smucić? Prawda, premier Kazimierz Marcinkiewicz jest miły, budzi zaufanie. Ale przecież nikt z Polaków przez sekundę się nie łudzi, że jest samodzielny. Niewidoczny, nieudzielający się główny szef Jarosław Kaczyński pociąga za wszystkie sznurki. Naprawdę żal mi było premiera, gdy patrzyłam, jak został potraktowany przez przywódców europejskich.
A co się stało z Jackiem Kurskim po oszczerstwie, jakie rzucił na Tuska? Został co prawda wyrzucony z PiS-u. Ale Przewodniczący (żeby nie powtarzać nazwiska Kaczyński) obiecał matce, powszechnie szanowanej i lubianej na Wybrzeżu pani senator, że to taktyczne, że na chwilę. I tak się też stało. Już jest z powrotem. Jacek Kurski kajał się na wizji, przepraszał, ale za kulisami bez namysłu powiedział kolegom, że jego chwyt był przemyślany, bo "ślepy lud" wszystko kupi. A był to strzał w dziesiątkę. Koleżanka powiedziała mi, że jej ojciec z Mszany Dolnej miał głosować na Tuska, ale gdy usłyszał słowa "Niemiec" i "Wehrmacht", zaparł się nogami. Nie pomogły tłumaczenia, że to fałsz.
Wypowiedź o "ślepym ludzie, który wszystko kupi" koledzy, którzy ją słyszeli, potwierdzili publicznie. I co? I nic. Dalej - jak się sam nazwał - Kurski jest bulterierem PiS-u.
Publicysta Tomasz Wołek porównał Jacka Kurskiego do postaci ze Złego Leopolda Tyrmanda; występuje tam facet o ksywce "Szaja": "...jego twarz marszczyła się w ujmującym uśmiechu, głęboko osadzone, jasne, zimne i bezczelne oczy starały się spoglądać możliwie najprościej i najuczciwiej w oczy rozmówcy, manifestując jakoś natrętnie tę swoją prostotę...". Część pierwszą Złego Tyrmand poprzedza krótką charakterystyką występujących w powieści osób. Ta nota jest wyjątkowo lakoniczna: "Szaja - drań". "Może tak - skomentował Jarosław Kaczyński - ale dlatego wolę go mieć u siebie". I ma. Kiedy piszę ten tekst, w radiu nowa wiadomość: Kurski, jeszcze jako wicemarszałek sejmiku województwa pomorskiego, kupił od Lasów Państwowych za 24 tys. zł ziemię wartą 800 tys. Zobaczymy, czy Przewodniczący nadal będzie chciał go mieć w "partii czystych rąk".
*
Publicyści piszą, iż społeczeństwo jest oburzone, że nie doszło do wielkiej koalicji PiS-u z Platformą Obywatelską. Że zostało oszukane, bo na taki układ głosowało. Nie zgadzam się z tą opinią. Od początku wydawało mi się, że obie partie pasują do siebie jak ogień i woda. Jakby dwie różne cywilizacje chcieć ze sobą połączyć. Głęboki zaścianek niewiele mający wspólnego z Europą - z cywilizacją na wskroś nowoczesną i obywatelską.
*
Ale teraz, precz z ojczyzną! Mam na głowie większy kłopot. Gram króla w jasełkach w przedszkolu u wnuczki. Ani w ząb nie wchodzi mi w głowę krótki tekst pisany mową wiązaną. A były czasy, że potrafiłam księgę Pana Tadeusza recytować. A teraz? Już-już wydaje mi się, że umiem. I nie umiem. Noszę kartkę w kieszeni. Bez ściągaczki się nie obejdzie. "Napisz sobie na wewnętrznej stronie dłoni" - radzi koleżanka. Dobrze radzi, ale nie dojrzę. Musiałabym włożyć okulary. A jak by to wyglądało: król-prorok w okularach?! Żeby to chociaż były rymy częstochowskie, ale są nijakie, jak większość współczesnych książeczek dla dzieci.
Pamiętam swoją dziecięcą rolę z jasełek. Byłam diabłem: wyskakiwałam uczerniona węglem z widłami, bodłam nimi Heroda i wołałam: "Królu Herodzie, za twe zbytki chodź do piekła, boś ty brzydki!". To był tekst!
Teraz króla Heroda nie będzie, żeby nie straszyć dzieci. Szkoda!
*
W teatrze telewizji oglądałam Rewizora Gogola. I oniemiałam z zachwytu! Reżyserował Jan Klata, uważany za najradykalniejszego obecnie twórcę. Rewizor, wiecznie żywy, został przeniesiony na grunt współczesny, czasów komuny. Nic nie stracił. Ileż ja się tych Rewizorów w życiu naoglądałam (pamiętam Wojciecha Pszoniaka na huśtawce), wszystkie inscenizacje świetne, ale ta ostatnia najlepsza. Stale tylko chodziło mi po głowie, że twarze aktorów nieznane. Żadnej gwiazdy, żadnej sławy. A wszyscy doskonali. Kim są? To aktorzy z teatru w Wałbrzychu. Mamy świetnych aktorów w całej Polsce.
*
Nie byliśmy przez ostatnie lata na wakacjach. Wpadłam na pomysł szalony. Jechać w zimie, kiedy słońce przez kożuch na polskim niebie nie przebija się nawet na chwilę, a pod nogami ślizgawica - otóż wtedy jechać w ciepłe kraje. Ale dokąd? Wszędzie drogo. Pomyślałam sobie: mam. Szarm el-Szejk w Egipcie. Tam, gdzie w lecie terroryści dokonali zamachu na turystów. Wszyscy będą się bali. Napływu nie będzie. Ceny spadną. Takie było moje myślenie. Z gruntu błędne.
*
Roman Giertych z Ligi Polskich Rodzin miał pomysł, by dziennikarzy nie wpuszczano do hotelu sejmowego. Hotel sejmowy to jak rajski ogród. Bary, restauracje, basen, siłownie, sale recepcyjne, do których poseł może zapraszać gości. Posłom, zwłaszcza tym nowym, z terenu, pozbawionym kontroli "żandarmerii" rodzinnej - bielało oko. Hulaj, dusza! "Jedz, pij i popuszczaj pasa...". Nieraz znajdowano wybrańców narodu 50 metrów od hotelu wbitych w śnieg, w stanie wskazującym na spożycie... Po hotelu szwendali się wszędobylscy dziennikarze. Po co? - zapytano wreszcie. Patrzą i opisują. Niech siedzą w gmachu Sejmu na galerii dla prasy, i dość. Pomysł jednak upadł. Przed kilkoma dniami wicemarszałek Wojciech Olejniczak z SLD poinformował, że dziennikarze nadal będą mieli dostęp do sejmowych pomieszczeń.
Warszawa, 28 listopada 2005 r.
|