PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 2 grudnia 2005


AGNIESZKA MALATYŃSKA-STANKIEWICZ

Podwójne życie
Jana Krenza

Unika mediów i dziennikarzy. Nie udziela wywiadów. Nie ma go na okładkach kolorowych pism. Kiedy musi przekazać informacje, zwołuje konferencję prasową. Przez godzinę odpowiada na wszystkie pytania. Lecz po spotkaniu ucieka szybko w swój świat, tłumacząc, że powiedział już wystarczająco wiele. "Ja tu nie jestem od gadania - tłumaczył nagabywany przez dziennikarzy w Krakowie Jan Krenz. - Tylko po to, by przygotować koncert, by ułożyć taki program w Filharmonii Krakowskiej, aby przyciągnąć publiczność" - podkreślał. We wrześniu Jan Krenz objął stanowisko dyrektora artystycznego i I dyrygenta w Filharmonii Krakowskiej. Po ponad 20 latach od ostatniej stałej posady - był wówczas generalnym dyrektorem muzycznym w Bonn - podjął się ponownie kierowania muzyczną placówką.

 

"Kiedy odchodziłem z Bonn, przyrzekłem sobie, że już nigdy nie podejmę się takiej pracy, że teraz zawsze będę jedynie dyrygentem gościnnym, wolnym ptakiem. Jak widać, nie można w życiu mówić słów nigdy i zawsze. Tu, w Krakowie tak miło mnie przyjęto, że byłbym człowiekiem bez kultury, gdybym odrzucił tę propozycję - mówi Jan Krenz. - W dzisiejszych czasach życie zrobiło się szare i straciło sens. Przyjeżdżając do Krakowa, odkryłem jednak, że życie może być piękne".

Uważany jest za mistrza batuty. Należy do pokolenia wielkich dyrygentów obdarzonych charyzmą. Swoimi wykonaniami zniewala publiczność. Uwielbiają go wszyscy od Nowego Jorku po Tokio. Szczególnie popularny jest w Japonii, gdzie podczas koncertów publiczność słucha jego interpretacji z uwielbieniem. Tamtejsi melomanii z nabożeństwem wymawiają jego nazwisko literując wolno i z szacunkiem: "Janu Kurentsu".

Choć w przyszłym roku będzie obchodził 80. urodziny i 60-lecie pracy artystycznej, nie widać po nim wieku. Rozpoczynając koncert wbiega na estradę, wskakuje na podest dyrygenta niczym młodzieniaszek. Kłania się nisko publiczności uśmiechając się lekko, a potem robi szybki obrót, rękę unosi w górę i już gra orkiestra. Tak właśnie Jan Krenz zainaugurował 61. sezon w Filharmonii Krakowskiej, wykonując na początek marsza Elgara.

Z dystansem

W pracy, na próbach jest zawsze punktualny, dokładny, wie, czego chce. Mówi niewiele, choć z przyjemnością wprowadza zespół w klimat kolejnych kompozycji. Tłumaczy muzykom: "Teraz zmieniamy nastrój i...". Jest przyjacielski, lecz z dystansem. Konkretny, zdecydowany, nie marnotrawi czasu. Pewnie dlatego uwielbiają go także orkiestry. Muzycy w Krakowie podczas jednej z prób zgotowali dyrygentowi owację. "Należę do tych dyrygentów, którzy pozwalają grać orkiestrze. Na pierwszych próbach dłubię w szczegółach, zaś później pozwalam pomuzykować zespołowi" - mówi Jan Krenz.

Nie zawsze jednak współpraca z orkiestrami układała się tak dobrze. Choć nigdy na próbach nie był dyktatorem, zdarzało się dawniej, że wprowadzał swoją wizję utworu awanturując się z muzykami. Nawet parę razy w młodości miał zatargi z orkiestrami. Po latach doświadczeń doszedł jednak do wniosku, że wiele można zdziałać w sposób przyjacielski i ugodowy.

A doświadczenie z zespołami Jan Krenz ma olbrzymie. Zadebiutował 6 stycznia 1946 roku w Filharmonii Łódzkiej. Na drugi koncert został zaproszony do Filharmonii Krakowskiej, gdzie wystąpił w ramach cyklu "Młode talenty". Rok później objął stanowisko II dyrygenta Filharmonii Poznańskiej. W dwa lata później zaś zaczął pracę w Wielkiej Orkiestrze Symfonicznej Polskiego Radia i Telewizji w Katowicach, początkowo jako asystent Grzegorza Fitelberga, a po jego śmierci w 1953 r. na czternaście lat stanął na czele tego zespołu.

Dzięki codziennej pracy, licznym nagraniom, koncertom, prawykonaniom utworów kompozytorów polskich, częstemu udziałowi w festiwalach "Warszawska Jesień" oraz wyjazdom zagranicznym - uczynił WOSPR zespołem znanym i cenionym na świecie. Powołał do życia Konkurs Kompozytorski im. Grzegorza Fitelberga, ruszał z orkiestrą w coraz bardziej prestiżowe tournée. To z Janem Krenzem katowicki WOSPR po raz pierwszy wystąpił w mediolańskiej La Scali i uczestniczył w Festiwalu Muzycznym w Edynburgu. Wyjazd w 1963 r. na najdłuższe w dziejach polskich orkiestr tournée - 55 koncertów w ZSRR, Mongolii, Chinach, Japonii, Australii i Nowej Zelandii - przypieczętował rangę orkiestry i jej szefa.

Był m.in. I dyrygentem Orkiestry Denmarks Radio w Kopenhadze oraz dyrektorem artystycznym Teatru Wielkiego w Warszawie. Przez pięć lat pracy przygotowywał wówczas premiery m.in. Otella, Elektry i Borysa Godunowa, które stały się dużym wydarzeniem. Jako Generalmusikdirektor w Bonn wystawił m.in. trzyaktową wersję Lulu Berga i Straszny dwór Moniuszki z polskimi wykonawcami. Gościnnie prowadził wielokrotnie m.in.: Berliner Philharmoniker, Staatskapelle Dresden, Filharmonię w Petersburgu, Royal Concertgebouw w Amsterdamie, Detroit Symphony oraz czołowe orkiestry londyńskie.

Nie notuje swoich koncertów, nie spisuje wykonywanych programów. Właściwie nie wie, ile miał występów i jakimi utworami dyrygował najczęściej. "Była to jednak bardzo ciekawa współpraca z różnymi orkiestrami, do których mówiłem różnymi językami. Chociaż tak naprawdę dyrygent nie powinien zbyt wiele mówić, tylko dyrygować" - podkreśla Jan Krenz.

Od papy Haydna

Jego repertuar dyrygencki jest bardzo różnorodny. "Kiedyś chciano nazywać mnie dyrygentem od muzyki współczesnej. Przecież tyle razy występowałem na ´Warszawskich Jesieniachª, prowadziłem tyle prawykonań współczesnych utworów, sam jestem kompozytorem współczesnym. Kiedy indziej znowu klasyfikowano mnie jako specjalistę od klasyków wiedeńskich, bo dużo dyrygowałem klasyką. Ale prawdziwy dyrygent powinien mieć jak najszerszy repertuar. Takim dyrygentem był właśnie Karajan. Ileż on dyrygował muzyką współczesną! Wcześniejsza generacja, pokolenie Furtwanglera, Mitropoulosa czy Ansermeta, miała repertuar znacznie węższy.

Ja jestem ciekaw różnych epok, różnych stylów i partytur. (...) Od klasyków wiedeńskich, od ´papyª Haydna - jak to się kiedyś mówiło - poprzez cały wiek XIX, klasykę XX wieku, aż do współczesności, to jest repertuar współczesnego dyrygenta". *)

Wiele zawdzięczają Janowi Krenzowi współcześni polscy kompozytorzy. To właśnie ich najnowsze utwory dyrygent prezentował z ogromnym zapałem nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Poprowadził prawykonania m.in. Muzyki żałobnej Lutosławskiego, III symfonii Bairda, V symfonii Palestra, I symfonii "1959" Góreckiego, Sinfonietty Serockiego, Preludiów Szabelskiego.

Doceniał polskich kompozytorów i ich talent. "Otworzyłeś okno i wpuściłeś do zatęchłego pokoju muzyki polskiej świeże powietrze" - powiedział Jan Krenz do Wojciecha Kilara po prapremierze Krzesanego na festiwalu "Warszawska Jesień" w 1974 r. Utwór ten zrobił furorę wśród zwykłych melomanów, przywracał muzyce emocjonalny wyraz, który zredukowany był wówczas poprzez panującą awangardę do minimum. Jan Krenz, aby oddać żywiołowy charakter tego niezwykłego dzieła, kończąc utwór zakręcił się na podium dyrygenckim energicznie wokół siebie. Otrzymał ogromny aplauz młodej publiczności, a zwolennicy wydumanej awangardy obrzucili go gorszącymi spojrzeniami.

Dyrygent popularyzował także w Polsce klasykę XX wieku, prezentując często po raz pierwszy w kraju utwory m.in. Bartóka, Berga, Messiaena, Strawińskiego, Prokofiewa, Szostakowicza. Uważał, że to nienormalne, że w salach koncertowych króluje głównie muzyka klasycyzmu i romantyzmu. "To jakaś anomalia, coś dziwnego. Taki jednostronny repertuar zatyka słuchaczom uszy, przez umiłowanie Brahmsa czy Czajkowskiego nie potrafią oni usłyszeć melodii w Lutosławskim czy Messiaenie. Zawsze tłumaczę, że tam jest melodia, tylko inna". *)

Mazurska cisza

"Należę do ludzi szczęśliwych. Już od dziecka wiedziałem, że muzyka będzie treścią mojego życia" - mówi Jan Krenz. Dlatego jeszcze w czasie okupacji uczył się gry na fortepianie u Zbigniewa Drzewieckiego i kompozycji u Kazimierza Sikorskiego. Po wojnie odbył studia muzyczne w klasie dyrygentury Kazimierza Wiłkomirskiego i klasie kompozycji Kazimierza Sikorskiego w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Łodzi, którą ukończył z odznaczeniem.

O parę lat wcześniej od dyrygenckiego odbył się jego kompozytorski debiut. W Warszawie, w 1943 r., w czasie okupacji, na prywatnym koncercie konspiracyjnym zabrzmiał wówczas jego Kwartet smyczkowy. Jednak łączenie na co dzień pracy dyrygenckiej z kompozytorską jest trudnym zadaniem, co podkreślają zawsze inni dyrygenci i kompozytorzy, jak chociażby Stanisław Skrowaczewski czy Jerzy Maksymiuk. Ciągłe koncerty, podróże nie sprzyjają skupieniu. Trudno zapomnieć o wykonywanej muzyce i przenieść się w swój świat dźwięków. Dlatego Jan Krenz początkowo pisywał nieregularnie, często z wieloletnimi przerwami. Im bardziej pochłaniało go kariera dyrygencka, tym dłużej milczał jako kompozytor.

W końcu, gdy porzucił stanowisko dyrektora muzycznego w Bonn, postanowił podzielić rok na dwie części, z których jedną przeznaczył na komponowanie, a drugą na dyrygowanie. Od tego czasu do dziś prowadzi regularnie podwójne życie, które wyznacza rytm tylko dwóch pór roku: letniej przeznaczonej na komponowanie i zimowej, podczas której intensywnie koncertuje. "Do kompozycji potrzebuję skupienia. Dlatego, gdy piszę, odmawiam występów jako dyrygent" - tłumaczy.

Jan Krenz jest autorem muzyki kameralnej i symfonicznej. W jego spisie kompozycji można odnaleźć takie utwory, jak m.in.: Missa breve, Musica da camera, Epitaphion, II symfonia, Sinfonietta per fiati, III symfonia. Jest również twórcą muzyki teatralnej i filmowej (m.in.: Kanał Andrzeja Wajdy i Eroica Andrzeja Munka).

Pół roku Jan Krenz - wraz z żoną, a od czasu do czasu z synem i wnukami - spędza w swojej posiadłości na Mazurach, nad jeziorem Śniardwy. W starej gorzelni zaadaptowanej na dom, na pierwszym piętrze znajduje się jego pracownia. Pisze patrząc przez okno na jezioro, które niemal podchodzi pod dom. Na Mazurach nie zajmuje się jednak tylko komponowaniem. Wykonuje wszystkie prace przynależące gospodarzowi wiejskiej posiadłości. Kosi trawę jeżdżąc na małym traktorze, pielęgnuje rośliny w ogrodzie, wędzi i smaży ryby, utrzymuje w ładzie własną przystań. Jest zawsze w ciągłym ruchu, mało kto widział go siedzącego bezczynnie. Jesienią natomiast przenosi się z żoną do Warszawy, bo w mieście zima jest łatwiejsza.

"Jestem człowiekiem, który wierzy w los. Uwierzyłem w przeznaczenie podczas dramatycznego zdarzenia w czasie powstania warszawskiego - wspomina. - To działo się w Śródmieściu, we wrześniu w 1944 roku. Był nalot. Pamiętam do dziś, jak moja matka z siostrą biegły do piwnicy i wołały: Jasiu, chodź z nami, tam jest najbezpieczniej. Ja jednak zdecydowałem się zostać w kuchni z ojcem. O godz. 11:20 bomba uderzyła w nasz dom. Wszyscy, którzy byli w piwnicy, zginęli. Myśmy z ojcem przeżyli. A ja dożyłem tak późnego wieku i dziś mogę opowiadać o moim życiu. I jak tu nie wierzyć w los?" - mówi Jan Krenz.

------------------------------------------------------------------------------

* Cytaty z wywiadu zamieszczonego w Studio, nr 7, 1993 r.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail