GRAŻYNA DRABIK
Nowojorska kronika
(teatr)
Z
przodu ogromnej sceny: samotna postać. Krąg światła wyłania
ją z otaczającego mroku, oświetla promieniem naszej uwagi.
Widzimy wyraziście sylwetkę. Zwykłe czarne spodnie. Szaroniebieski podkoszulek.
Stojąca postawa sugeruje opór i sprzeciw, jakby przeciwstawiała się
głodnej ciemności. Plecy wyprostowane. Ręce wyciągnięte prosto wzdłuż
ciała, spięte, gotowe unieść się w geście walki. Broda wysunięta
nieco do przodu znamionuje upór. Głowa wznosi się dumnie do góry. Oczy,
szeroko otwarte, patrzą gdzieś poza nami - poza uważnymi obserwatorami.
Za siatką-zasłoną, która przecina scenę prawie niewidzialną, lecz
nieprzekraczalną granicą, majaczy druga postać. Przesuwa się parę
kroków w prawo, w lewo, czasem zbliży nieco lub odejdzie jeszcze bardziej
w głąb.
Tyka zegar, obojętny licznik przemijania.
Uderza samotność tego obrazu: krucha poszczególność jednego bytu
wobec wszechogarniającej pustki. Bezruch. Cisza.
Pierwsze słowa, które padają ze sceny, po bardzo długiej ciszy, przychodzą
jak wyzwolenie.
- Lecz masz przyjaciół.
Masz mnóstwo przyjaciół.
Cóż masz do zaoferowania swoim przyjaciołom, że są aż tak
skłonni ci pomagać?
Cóż masz do zaoferowania swoim przyjaciołom, że są aż tak
skłonni ci pomagać?
Cóż masz do zaoferowania?
Sens tekstu staje się coraz ciemniejszy, lecz dźwięk ludzkiego głosu
niesie z sobą pociechę.
Jest to jednak pociecha niewystarczająca, by wyznaczyć pomost porozumienia.
By zarzucić kotwicę życia. Obserwujemy przepaść osamotnienia. Rozpacz
oddaną precyzyjnym rytmem słów. Zwycięstwo śmierci.
*
Francuska inscenizacja tekstu Sarah Kane 4:48 Psychose jest jednym z
najtrudniejszych przedstawień, jakie mi było dane kiedykolwiek oglądać.
Trudnym także z powodu określenia mojego doń stosunku.
Przede wszystkim podziw. Bo tyle jest tu do podziwiania.
Podziw dla Isabelle Huppert i jej nadzwyczajnego artystycznego osiągnięcia.
Podziw dla ryzyka, jakiego się podjęła: dwie godziny recytacji prawie
ciągłego monologu prozą, utrzymanego w posępnej tonacji.
Dla aktorskiego kunsztu, który okazuje w ramach surowo wyznaczonych ograniczeń:
tekst podawany jest bez żadnego wsparcia gestem czy ruchem scenicznym, bez
rynsztunku kostiumu. Huppert przez całe przedstawienie stoi nieruchomo w tym
samym miejscu pośrodku sceny, w kręgu płynnego, zmieniającego się
światła, w centrum naszej uwagi.
Grać - to znaczy wyraziście podać słowo. Ożywić je głosem:
perfekcyjnym w wymowie i modulacji. Głosem ciepłym jak przyjazny dotyk,
nawet kiedy sens słowa krzyczy czy rani. Dzięki głosowi aktorki tekst
Kane pulsuje poezją. Przykuwa uwagę. Oswaja niebezpieczeństwa delikatnością
melodii.
I oto ból istnienia, wszystkie smutki i wątpliwości, najtrudniejsze odczucia
- wstydu, niepewności, braku zaufania, strachu, bezsensu, rozczarowania, poczucia
winy, nieumiejętności - zamieniają się w rodzaj poematu-pieśni. Bolesnej,
lecz pięknej pieśni, pełnej zrozumienia i przebaczającej porażkę.
4:48 Psychose w wykonaniu Isabelle Huppert staje się elegią dla tych,
którzy czują się przegrani i pokonani.
*
Podziw należy się także partnerowi Huppert w tym przedsięwzięciu,
francusko-angielskiemu aktorowi Gerardowi Watkinsowi. Ledwo widzialny, niewyraźnie
rysujący się za zasłoną, punktuje monolog Huppert głosem w starannie
wyważonej tonacji zainteresowania i całkowitej obojętności, obecności
i nieobecności. Sugeruje wewnętrzny rozdźwięk raczej niż rozmówcę-partnera.
Nie jest niezależnym bytem, a echem jednej czy paru różnych osób,
nie wiadomo - zachowanych w pamięci, czy zaledwie wyimaginowanych.
Podziw budzi również praca reżysera Claude'a Regy'ego i jego współpracowników,
odpowiedzialnych za surowy a wyrazisty kształt przedstawienia zbudowanego
minimalistycznymi środkami. Wąski snop światła, trzymający aktorkę
w objęciu-uwięzieniu, jest najbardziej dramatycznym tu wizualnym elementem.
Zmrok, który spowija scenę, rozjaśnia jeszcze czasem świetlna projekcja
cyfr. Numery, wyliczane przez Bezimienną, pojawiają się na suficie, na
ścianie, tańczą wokół nieruchomej sylwetki pośrodku sceny.
- 100 - 72 - 42 - 21 - 12 - 44
- 81 - 91 - 93...
Umysł stara się odgadnąć w nich jakąś celową regularność,
dopatrzeć się znaczenia. Cyfry pojawiają się jednak w przypadkowym szyku.
Powtarzają się i znikają. Kuszą możliwością sensu i wymykają
złożeniu w jakikolwiek wzór.
Pozostaje tylko "4:48". Precyzyjnie określony, ulotny moment, kiedy umysł
osiągnął pełną jasność widzenia. Jasność bezsensu.
- O 4:48
zasnę.
Kiedy czytam teraz ponownie tekst, pokłaniam się z podziwem przed precyzyjną
konstrukcją sztuki i odwagą Sarah Kane. Jest to trudny, wewnętrzny monolog
osoby, o której do końca nie będziemy wiedzieć prawie nic.
Nie znamy jej imienia. Nie wiemy, skąd pochodzi. Gdzie mieszka. Kogo kocha.
Czy jest kochana. Domyślamy się, że nieobce jej są zwykłe uczucia.
Słyszymy fragmenty kłótni, protesty, zaklęcia, urywki rozmów - z przyjacielem?
Z byłym kochankiem? Z psychiatrą?
Musiała przecież z kimś pracować, za kimś tęsknić, czegoś
pragnąć. Musiała mieć jakieś imię - otrzymane od kogoś, powtarzane
przez bliskich. Dla nas jednak pozostaje anonimowa.
Nienazwane będą jej zmartwienia ani radości. Czy kiedyś poczuła smak
dumy ze swoich osiągnięć? Czy boi się zastrzyków? Czy lubi szpinak?
Czy woli Mozarta od Beethovena?
Nic nie wiemy. Słyszymy natomiast wszelkie możliwe odcienie rozpaczy.
Egzystencjalne wątpliwości. Wyrazy rozżalenia i agresji wobec kogoś,
kto - być może - stara się pomóc. Próby chłodnego rozumowania.
Słyszymy bezradność logiki wobec przemijania. Gorzej, bezradność wobec
wniosku, że skoro wyrok śmierci jest nam w losie człowieczym dany nieuchronnie,
przypisany, nic nie ma sensu.
Otrzymujemy celną diagnozę depresji:
Symptomy: Nie je, nie śpi, nie rozmawia, nie odczuwa pociągu seksualnego,
w rozpaczy pragnie umrzeć.
Diagnoza: patologiczny żal.
Jesteśmy świadkami prób szukania ratunku - medycznego? duchowego?
Przyszłam do ciebie w nadziei, że będę uzdrowiona.
Jesteś moim lekarzem, moim zbawcą, moim wszechpotężnym sędzią,
moim kapłanem, moim bogiem, moim chirurgiem duszy.
Zdumiewający jest fakt, że tekst zbudowany z fragmentów rozproszonej
świadomości stanowi spójną całość. Rozwija się w fascynujących
kadencjach pytań i powtórzeń, przekleństw i protestów, lirycznych
westchnień i krystalicznych kręgów medytacji.
W formalnym wymiarze jest to wybitne artystyczne osiągnięcie. Oto mamy
sztukę maksymalnie pozbawioną dramatycznych elementów sztuki. Tekst odziera
główną postać z wszelkich śladów osobowości. Zaciera granice między
obiektywnym faktem i subiektywnym odczuciem. Eliminuje określenie miejsca
akcji i czasu. Eliminuje akcję.
Pozostaje dramat czystego słowa. W 4:48 Kane pisze:
Choćby jedno słowo na papierze i już mamy teatr.
Gdzieś indziej określa swoje artystyczne credo:
Dużo ważniejsza od treści jest forma sztuki. Forma i treść starają
się być jedną i tą samą rzeczą - forma nadaje sztuce znaczenie.
Język jest tu prawdziwym bohaterem. Zwycięski, popisuje się swoją mocą.
Przysłuchujemy się przecież z uwagą recytacji przez dwie godziny.
Jest sprawą drugorzędną nawet fakt, że słuchamy wersji francuskiej.
Zafascynowani, podziwiamy melodię słów. Bijemy gorące brawa na końcu
przedstawienia.
Lecz jest to pyrrusowe zwycięstwo. Formalny eksperyment doprowadzony do radykalnej
konkluzji, która jednak nie chroni nas od tragicznego ładunku treści.
Bezimienna żegna się z życiem. Jeszcze walczy, próbuje słowami
zakląć bezsens. Lecz ciągi liczb, nawet powtarzane z uporem, nie składają
się w żaden wzór. Litanie żalów i porażek, nawet wyliczane
rytmicznie i śpiewnie, nie zmniejszają ich obezwładniającego ciężaru.
Otóż mój protest: nie mogę - nie chcę - uciec od przypomnienia,
że bijemy brawa nie tylko talentom aktorki i pisarki, lecz także krzykowi
rozpaczy. Forma nadaje sztuce treści, lecz sztuka jest nie tylko o formie.
Samo słowo nie zbuduje sensu. Nie zaradzi bezradności wobec zagubienia
i osamotnienia. Język zawodzi wobec depresji.
Słowa nie są muzyką.
*
Ostatnie kwestie Bezimiennej zamieniają mnie w bezradnego wspólnika decyzji
samobójstwa. W świadka ostatecznej desperacji.
Nie pragnę śmierci
żaden samobójca jej nie pragnął
patrz na mnie jak znikam
patrz na mnie
znikam
patrz na mnie
patrz
to jestem ja, z którą nigdy się nie spotkałam, której twarz
jest
naklejona na odwrotnej stronie mojego umysłu
proszę
rozsunąć kurtynę
W lutym 1999 r., parę tygodni po napisaniu 4:48 Psychose, znaleziono
Sarah Kane martwą. Powiesiła się na sznurówkach ze swych butów, w
łazience szpitala, gdzie trafiła po zażyciu nadmiernej dawki środków
nasennych. Miała 28 lat i dar słowa.
Nie mogę rozsunąć kurtyny.
--------------------------------
Sarah Kane, 4:48 Psychose, w tłumaczeniu
na francuski Evelyne Pieiller. Reżyseria: Claude Regy, scenografia:
Daniel Jeanneteau, kostiumy: Ann Willliams, oświetlenie: Dominique
Bruguiere, dźwięk: Philippe Cachia. Występują: Isabelle Huppert,
Gerard Watkins. Brooklyn Academny of Music, Harvey Theater,
19-29 października.
|