PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 28 października 2005


ROMAN MARKOWICZ

Nowojorska kronika
(muzyka)

Czasami nawet sceptycznemu krytykowi zdarza się olśnienie: wykonanie tak transcendentalne, iż nie pozostawia mu innej możliwości niż dołączenie się do entuzjazmu publiczności i przyjęcie za fakt, że czegoś podobnego dotąd nie słyszał. Takie właśnie wrażenie odniosłem po pierwszej części recitalu francuskiego pianisty Pierre'a Laurenta Aimarda, który po raz kolejny zaproszony został przez Carnegie Hall. W zeszłym sezonie "powalił" słuchaczy w Zankell Hall genialną interpretacją Vingt Regards Olivera Messiaena, oferując wersję, którą z powodzeniem można nazwać definitywną. W ostatnim programie francuskich kompozytorów: Debussy'ego, Ravela i Bouleza przeciwstawił Schumannowi.

Recital w Carnegie będzie dla mnie pamiętny nie tylko z powodu wspaniałej pianistyki: drugą przyczyną był rzadki akt odwagi solisty, moim zdaniem stanowczo zbyt rzadki; otóż Aimard poprosił publiczność, aby pozwoliła mu wykonywać jego zawód w należytej ciszy nieprzerywanej głośnym kasłaniem czy co gorsza dzwonkami komórkowych telefonów. Nowojorska "wyrafinowana" publiczność najwyraźniej wierzy, że zakupienie biletu upoważnia ją do niekulturalnego zachowania. Co gorsza, w jej mniemaniu znakiem poważania dla muzyka jest kaszlnięcie tak głośne, iż usłyszy je on na scenie. Kiedy więc Aimard przerwał po kilku nutach preludium Debussy'ego Les Sons et les parfums... i błagał melomanów o zachowanie ciszy, jako że "kasłanie jest wrogiem muzyki", było to wyzwanie rzucone złym obyczajom. Podziałało. Niemal do końca recitalu w Carnegie panowała cisza.

Pierwszą część Aimard otworzył wyborem czterech preludiów Debussy'ego z I zeszytu: znalazły się tam Tancerki delfickie, Wiatr na równinie, Dźwięki i wonie unoszące się w powietrzu oraz Taniec Puka. Od początkowych dźwięków zdałem sobie sprawę, że nie interesuje mnie interpretacja: ta stała się drugorzędną w porównaniu z samym brzmieniem instrumentu. Nigdy chyba dotąd nie słyszałem równie doskonałej kontroli dynamiki, nigdy nie słyszałem instrumentu perkusyjnego, jakim jest w końcu fortepian, który tym razem jak gdyby pozbawiony był młotków, nigdy równie perfekcyjnej kontroli akordów. Gdybym miał zilustrować muzycznym przykładem, co to jest impresjonizm, nie znalazłbym lepszej ilustracji niż owe preludia pod palcami Aimarda.

Z całym szacunkiem dla Bouleza-kompozytora nie jestem w stanie zmusić się do pokochania jego I sonaty, będącej wyzwaniem przeciwko ówczesnemu systemowi kompozytorskiemu. Ścisła dodekafonia i serializm tej kompozycji w moich uszach wciąż brzmią jak próba improwizacji muzyki modernistycznej. Wymaga uderzania po klawiaturze, gdzie popadnie, czasem pojedynczymi nutami, czasem akordami itd. Wiem, że jest to drastyczną przesadą, ale takie są niestety moje uczucia dla tego rodzaju muzyki. W niczym nie zmienia to faktu, że Aimard grał to "brzemienne dzieło" z nadzwyczajnym zaangażowaniem, mistrzostwem i... z pamięci.

Być może Gaspar de la Nuit Ravela, seria trzech makabrycznych fresków opartych na poezji Aloysiusa Bertranda (1807-41), a szczególnie ostatnia część ilustrująca Scarbo (złowrogiego gnoma, zmieniającego wygląd, kolor, rozmiar) zabrzmiało niegdyś bardziej groteskowo w pamiętnej interpretacji Ivo Pogorelicia, ale to było przed wielu laty. Aimard zachwycił mnie jeszcze bardziej swoją wizją i realizacją Ondine: pod jego palcami słychać było bezbarwny głos kuszącej boginki, która pluskała się w strumieniach wody. Kolejnym pianistycznym triumfem była Le Gibet (szubienica, z kołyszącym się na niej wisielcem): w obu fragmentach francuski pianista dokonał cudów artykulacji, gradacji dynamicznych i równania dźwięku. A trzeba wiedzieć, że kompozycja Ravela wymaga od wykonawcy pokonania kolosalnych trudności technicznych. Tego nie mogli się owego wieczoru domyślić słuchacze otoczeni falami dźwięku, dochodzącymi z odmaterializowanego fortepianu.

Po ostatnich nutach Scarbo i burzliwej owacji zwróciłem się do towarzyszącego mi kolegi ze słowami: "Powinienem teraz wyjść z koncertu". I rzeczywiście, Karnawał op. 9 Schumanna nie był już na tym samym wzniosłym poziomie. Może winietki Schumanna są trudniejsze do przekazania niż krajobrazy Debussy'ego, ale brakowało mi nieco swady i elegancji, które cechowały wykonania Rubinsteina. O dziwo, pianista nie czuł się zbyt pewnie w tej kompozycji i dla wprawnego ucha łatwo było wyczuć liczne potknięcia, z których - gwoli sprawiedliwości - Aimard bez trudu się wykaraskał: dla mnie było to nawet pocieszające, że tak znakomity pianista może mieć kłopoty zwykłych zjadaczy chleba.

Rozentuzjazmowana publiczność wymusiła na artyście dwa bisy (z komentarzami!): jedną z Notacji Pierre'a Bouleza, wykonanie dedykowane kompozytorowi na urodziny, oraz kolejne preludium Debussy'ego Dziewczyna o włosach jak len.

Gaspard Ravela - wraz ze współcześniejszą wersją tego samego tematu w postaci Night Fantasies Elliota Cartera - artysta nagrał niedawno dla firmy Warner Classics: przynajmniej jedno wykonanie i nagranie (2564-62160-2), które nie pójdzie w zapomnienie!

*

Kilka lat temu amerykański pianista Richard Goode stał się ofiarą kontuzji prawej ręki i na dłuższy czas musiał zaprzestać koncertowania. Wspominam o tym, ponieważ ostatni jego występ w Carnegie Hall z orkiestrą kameralną Orpheus przedstawił go znów w formie, jakiej od dawna nie słyszałem. Może była to kwestia repertuaru, w którym się doskonale czuje, może współpraca z muzykami-kolegami, w każdym razie to, co zaoferował w koncertach fortepianowych Mozarta (nr 9 Es-dur K. 271) i Beethovena (nr III c-moll op. 37), przypomniało Goode'a z najlepszych lat. Orpheus pozostaje wciąż wyjątkowym zespołem i w tym programie często kwestionowany brak dyrygenta nie był minusem. Poziom gry instrumentalnej był wysoki jak zawsze, zmiany składu wydają się nie wpływać na bogate, głębokie brzmienie smyczków i wirtuozowską grę instrumentów dętych, od dawna chluby tej orkiestry. Ostatni program skoncentrował się na klasyce i obok wspomnianych koncertów obejmował, jako preludia przed każdą z solowych kompozycji, trzyczęściową Sinfonię B-dur op. 18/2 Jana Christiana Bacha oraz uwerturę Faniska współczesnego Beethovenowi Włocha, Luigiego Cherubiniego. Zarówno J.C. Bach, jak i Cherubini byli swego czasu ulubieńcami swoich słynniejszych "kolegów" - Mozarta i Beethovena. Sinfonia B-dur brzmi nawet jak wczesny Mozart i spełniła z powodzeniem rolę wprowadzenia do Koncertu Es-dur, który można uznać za pierwszy z "prawdziwych" koncertów Wolfganga Amadeusza. Jest to pod wieloma względami wyjątkowa kompozycja: sam początek, gdzie fortepian wchodzi już w trzecim takcie, jest czymś niespotykanym, prawdziwą niespodzianką (Beethoven później pożyczył sobie tę ideę we wstępie do IV koncertu G-dur); druga część przypomina bachowskie ostinato, na tle którego rozwija się fortepianowa melodia w tonacji moll. Trzecia część jest wyjątkowa - przynajmniej aż do pojawienia się Koncertu nr 22, również w Es-dur - z dwóch powodów. Po pierwsze, jest to kipiące radością, promienne moto perpetuo, też rzadkość nawet w późniejszych kompozycjach, po drugie, kolejną niespodzianką staje się gwałtowne "zatrzymanie akcji" i zdumiewająca introdukcja menueta.

Koncert c-moll Beethovena może również być uważany za pierwszy prawdziwie beethovenowski: dwa poprzednie były jeszcze pod znacznym wpływem mozartowskich wzorów. Beethoven komponuje go w dramatycznej tonacji c-moll, ale emocjonalnie dzieło to spogląda już w stronę romantyzmu.

Goode, zawsze podporządkowujący techniczne aspekty muzyce, okazał się po raz kolejny znakomitym wykonawcą Mozarta: tempa - szczególnie finał! - były wyśrubowane, ale nie odczuwałem pośpiechu. Uderzenie zawsze perliste, subtelne, zróżnicowane, a w drugiej części czy we wspomnianym menuecie pianista ślicznie wyśpiewywał mozartowską kantylenę. O ile koncert Mozarta można było nazwać wzorowym, to c-moll Beethovena był wprost rewelacyjny. Już pierwsze wejście orkiestry wskazało, że nie będzie to kolejna poprawna wersja znanej kompozycji. Goode-kameralista pozwolił kolegom z orkiestry dominować w miejscach, gdzie fortepian akompaniuje, w innych zaś prowadził delikatny dialog. Zarówno solista, jak i zespół spoglądali na tę kompozycję przez pryzmat klasyki, ale dzięki temu nadali jej niezwykłej sprężystości. Od dawna nie słyszałem podobnie porywającej wersji, granej z podobną doskonałością i przekonaniem. Tak, jeśli mamy jakieś nowojorskie narodowe skarby, to i pianista, i grająca z nim orkiestra bez wątpienia do nich należą.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail