ROMAN MARKOWICZ
Nowojorska kronika
(muzyka)
Czasami nawet sceptycznemu krytykowi zdarza się olśnienie: wykonanie tak
transcendentalne, iż nie pozostawia mu innej możliwości niż dołączenie
się do entuzjazmu publiczności i przyjęcie za fakt, że czegoś podobnego
dotąd nie słyszał. Takie właśnie wrażenie odniosłem po pierwszej
części recitalu francuskiego pianisty Pierre'a Laurenta Aimarda, który
po raz kolejny zaproszony został przez Carnegie Hall. W zeszłym sezonie
"powalił" słuchaczy w Zankell Hall genialną interpretacją Vingt Regards
Olivera Messiaena, oferując wersję, którą z powodzeniem można nazwać
definitywną. W ostatnim programie francuskich kompozytorów: Debussy'ego,
Ravela i Bouleza przeciwstawił Schumannowi.
Recital w Carnegie będzie dla mnie pamiętny nie tylko z powodu wspaniałej
pianistyki: drugą przyczyną był rzadki akt odwagi solisty, moim zdaniem
stanowczo zbyt rzadki; otóż Aimard poprosił publiczność, aby pozwoliła
mu wykonywać jego zawód w należytej ciszy nieprzerywanej głośnym
kasłaniem czy co gorsza dzwonkami komórkowych telefonów. Nowojorska "wyrafinowana"
publiczność najwyraźniej wierzy, że zakupienie biletu upoważnia
ją do niekulturalnego zachowania. Co gorsza, w jej mniemaniu znakiem poważania
dla muzyka jest kaszlnięcie tak głośne, iż usłyszy je on na scenie.
Kiedy więc Aimard przerwał po kilku nutach preludium Debussy'ego Les
Sons et les parfums... i błagał melomanów o zachowanie ciszy, jako
że "kasłanie jest wrogiem muzyki", było to wyzwanie rzucone złym obyczajom.
Podziałało. Niemal do końca recitalu w Carnegie panowała cisza.
Pierwszą część Aimard otworzył wyborem czterech preludiów Debussy'ego
z I zeszytu: znalazły się tam Tancerki delfickie, Wiatr na równinie,
Dźwięki i wonie unoszące się w powietrzu oraz Taniec Puka.
Od początkowych dźwięków zdałem sobie sprawę, że nie interesuje
mnie interpretacja: ta stała się drugorzędną w porównaniu z samym
brzmieniem instrumentu. Nigdy chyba dotąd nie słyszałem równie doskonałej
kontroli dynamiki, nigdy nie słyszałem instrumentu perkusyjnego, jakim jest
w końcu fortepian, który tym razem jak gdyby pozbawiony był młotków,
nigdy równie perfekcyjnej kontroli akordów. Gdybym miał zilustrować
muzycznym przykładem, co to jest impresjonizm, nie znalazłbym lepszej ilustracji
niż owe preludia pod palcami Aimarda.
Z całym szacunkiem dla Bouleza-kompozytora nie jestem w stanie zmusić się
do pokochania jego I sonaty, będącej wyzwaniem przeciwko ówczesnemu
systemowi kompozytorskiemu. Ścisła dodekafonia i serializm tej kompozycji
w moich uszach wciąż brzmią jak próba improwizacji muzyki modernistycznej.
Wymaga uderzania po klawiaturze, gdzie popadnie, czasem pojedynczymi nutami,
czasem akordami itd. Wiem, że jest to drastyczną przesadą, ale takie
są niestety moje uczucia dla tego rodzaju muzyki. W niczym nie zmienia to
faktu, że Aimard grał to "brzemienne dzieło" z nadzwyczajnym zaangażowaniem,
mistrzostwem i... z pamięci.
Być może Gaspar de la Nuit Ravela, seria trzech makabrycznych
fresków opartych na poezji Aloysiusa Bertranda (1807-41), a szczególnie
ostatnia część ilustrująca Scarbo (złowrogiego gnoma, zmieniającego
wygląd, kolor, rozmiar) zabrzmiało niegdyś bardziej groteskowo w pamiętnej
interpretacji Ivo Pogorelicia, ale to było przed wielu laty. Aimard zachwycił
mnie jeszcze bardziej swoją wizją i realizacją Ondine: pod jego
palcami słychać było bezbarwny głos kuszącej boginki, która pluskała
się w strumieniach wody. Kolejnym pianistycznym triumfem była Le Gibet
(szubienica, z kołyszącym się na niej wisielcem): w obu fragmentach
francuski pianista dokonał cudów artykulacji, gradacji dynamicznych i równania
dźwięku. A trzeba wiedzieć, że kompozycja Ravela wymaga od wykonawcy
pokonania kolosalnych trudności technicznych. Tego nie mogli się owego wieczoru
domyślić słuchacze otoczeni falami dźwięku, dochodzącymi z odmaterializowanego
fortepianu.
Po ostatnich nutach Scarbo i burzliwej owacji zwróciłem się do
towarzyszącego mi kolegi ze słowami: "Powinienem teraz wyjść z koncertu".
I rzeczywiście, Karnawał op. 9 Schumanna nie był już na tym
samym wzniosłym poziomie. Może winietki Schumanna są trudniejsze do
przekazania niż krajobrazy Debussy'ego, ale brakowało mi nieco swady i
elegancji, które cechowały wykonania Rubinsteina. O dziwo, pianista nie
czuł się zbyt pewnie w tej kompozycji i dla wprawnego ucha łatwo było
wyczuć liczne potknięcia, z których - gwoli sprawiedliwości - Aimard
bez trudu się wykaraskał: dla mnie było to nawet pocieszające, że
tak znakomity pianista może mieć kłopoty zwykłych zjadaczy chleba.
Rozentuzjazmowana publiczność wymusiła na artyście dwa bisy (z komentarzami!):
jedną z Notacji Pierre'a Bouleza, wykonanie dedykowane kompozytorowi
na urodziny, oraz kolejne preludium Debussy'ego Dziewczyna o włosach jak
len.
Gaspard Ravela - wraz ze współcześniejszą wersją tego samego
tematu w postaci Night Fantasies Elliota Cartera - artysta nagrał niedawno
dla firmy Warner Classics: przynajmniej jedno wykonanie i nagranie (2564-62160-2),
które nie pójdzie w zapomnienie!
*
Kilka lat temu amerykański pianista Richard Goode stał się ofiarą kontuzji
prawej ręki i na dłuższy czas musiał zaprzestać koncertowania. Wspominam
o tym, ponieważ ostatni jego występ w Carnegie Hall z orkiestrą kameralną
Orpheus przedstawił go znów w formie, jakiej od dawna nie słyszałem.
Może była to kwestia repertuaru, w którym się doskonale czuje, może
współpraca z muzykami-kolegami, w każdym razie to, co zaoferował w
koncertach fortepianowych Mozarta (nr 9 Es-dur K. 271) i Beethovena (nr
III c-moll op. 37), przypomniało Goode'a z najlepszych lat. Orpheus pozostaje
wciąż wyjątkowym zespołem i w tym programie często kwestionowany
brak dyrygenta nie był minusem. Poziom gry instrumentalnej był wysoki jak
zawsze, zmiany składu wydają się nie wpływać na bogate, głębokie
brzmienie smyczków i wirtuozowską grę instrumentów dętych, od dawna
chluby tej orkiestry. Ostatni program skoncentrował się na klasyce i obok
wspomnianych koncertów obejmował, jako preludia przed każdą z solowych
kompozycji, trzyczęściową Sinfonię B-dur op. 18/2 Jana Christiana
Bacha oraz uwerturę Faniska współczesnego Beethovenowi Włocha,
Luigiego Cherubiniego. Zarówno J.C. Bach, jak i Cherubini byli swego czasu
ulubieńcami swoich słynniejszych "kolegów" - Mozarta i Beethovena. Sinfonia
B-dur brzmi nawet jak wczesny Mozart i spełniła z powodzeniem rolę
wprowadzenia do Koncertu Es-dur, który można uznać za pierwszy
z "prawdziwych" koncertów Wolfganga Amadeusza. Jest to pod wieloma względami
wyjątkowa kompozycja: sam początek, gdzie fortepian wchodzi już w trzecim
takcie, jest czymś niespotykanym, prawdziwą niespodzianką (Beethoven później
pożyczył sobie tę ideę we wstępie do IV koncertu G-dur);
druga część przypomina bachowskie ostinato, na tle którego rozwija się
fortepianowa melodia w tonacji moll. Trzecia część jest wyjątkowa -
przynajmniej aż do pojawienia się Koncertu nr 22, również
w Es-dur - z dwóch powodów. Po pierwsze, jest to kipiące radością,
promienne moto perpetuo, też rzadkość nawet w późniejszych
kompozycjach, po drugie, kolejną niespodzianką staje się gwałtowne "zatrzymanie
akcji" i zdumiewająca introdukcja menueta.
Koncert c-moll Beethovena może również być uważany za
pierwszy prawdziwie beethovenowski: dwa poprzednie były jeszcze pod znacznym
wpływem mozartowskich wzorów. Beethoven komponuje go w dramatycznej tonacji
c-moll, ale emocjonalnie dzieło to spogląda już w stronę romantyzmu.
Goode, zawsze podporządkowujący techniczne aspekty muzyce, okazał się
po raz kolejny znakomitym wykonawcą Mozarta: tempa - szczególnie finał!
- były wyśrubowane, ale nie odczuwałem pośpiechu. Uderzenie zawsze perliste,
subtelne, zróżnicowane, a w drugiej części czy we wspomnianym menuecie
pianista ślicznie wyśpiewywał mozartowską kantylenę. O ile koncert
Mozarta można było nazwać wzorowym, to c-moll Beethovena był
wprost rewelacyjny. Już pierwsze wejście orkiestry wskazało, że
nie będzie to kolejna poprawna wersja znanej kompozycji. Goode-kameralista
pozwolił kolegom z orkiestry dominować w miejscach, gdzie fortepian akompaniuje,
w innych zaś prowadził delikatny dialog. Zarówno solista, jak i zespół
spoglądali na tę kompozycję przez pryzmat klasyki, ale dzięki temu nadali
jej niezwykłej sprężystości. Od dawna nie słyszałem podobnie porywającej
wersji, granej z podobną doskonałością i przekonaniem. Tak, jeśli
mamy jakieś nowojorskie narodowe skarby, to i pianista, i grająca z nim
orkiestra bez wątpienia do nich należą.
|