PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 14 października 2005


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Boleści Robinsona
z Bolechowa

Ostatni weekend spędziłem w Puszczy Białowieskiej, upajając się (upijając?) "wielkim, wędrownym teatrem kłamiącym poezją", czyli najpiękniejszą polską porą roku, opisaną genialnie przez Brunona Schulza w Drugiej jesieni. "Jesień, jesień, aleksandryjska epoka roku, gromadząca w swych ogromnych bibliotekach jałową mądrość 365 dni obiegu słonecznego. O, te poranki starcze, żółte jak pergamin, słodkie od mądrości jak późne wieczory! Te przedpołudnia uśmiechnięte chytrze jak mądre palimpsesty, wielowarstwowe jak stare pożółkłe księgi! Ach, dzień jesienny, ten stary filut-bibliotekarz łażący w spełzłym szlafroku po drabinach i kosztujący z konfitur wszystkich wieków i kultur! Każdy krajobraz jest mu jak wstęp do starego romansu. Jakże się świetnie bawi, wypuszczając bohaterów dawnych powieści na spacer pod to zadymione i miodne niebo, w tę mętną i smutną, późną słodycz światła! Jakich nowych przygód dozna Don Kichot w Soplicowie? Jak ułoży się życie Robinsonowi po powrocie do rodzinnego Bolechowa?".

To dobre pytania. Zadaje mi je na co dzień polska rzeczywistość. W miarę upływu czasu czuję się tu po trosze Don Kichotem z Soplicowa, po trosze Robinsonem z Bolechowa. Im dalej w las i czas, tym więcej pytań bez odpowiedzi. Pod ich naporem Polska kurczy się jak arktyczny lodowiec, topnieje jak wiosenny bałwan, ulepiony przez radosne dzieci. Całkiem duże dzieci oblepiły tymczasem swymi podobiznami każdy słup, każde drzewo na naszych ulicach. Patrzą na nas z wysokości billboardów niczym myszołowy na przyszłą ofiarę z podniesienia rozłożystych dębów. Kampania w iście amerykańskim stylu znów się nasila, dolepiają coraz to nowe plakaty, a ludzie domalowują na tych twarzach nieprzystojne komentarze. Media dokładają z drugiej strony i nie ma już niczego ważniejszego poza dylematem: Tusk czy Kaczyński? A mnie bardziej obchodzi złota polska jesień, jakże wspaniale opisywana przez autora Sklepów cynamonowych.

Zaiste, wszystko to jest daremne, bo nie wyprowadza poza zamknięty krąg skazanej na siebie doskonałości zwanej "naszością". Naszość to lepszość, obcość to gorszość. To samo się tyczy jesieni, bo teoretycznie amerykańskie "Indian summer" jest równie cudowne jak polskie "babie lato", ale nie posiada w literaturze takiej kwintesencji jesieni jak ów "traktat meteorologiczny" Schulza.

Uciekłem do białowieskiego Zwierzyńca, ostoi żubrów i jeleni, od kuglarstw politycznych do atmosferycznych, by złapać oddech od żubrów na reklamach piwa i jeleni kłapiących z ekranów spranymi sloganami. Tu, w ciszy dni głębokich i pięknych, bez jednego szmeru wiatru stały kilkusetletnie dęby, sypiące hojnie barwnymi liśćmi. Uderzenia spadających żołędzi wybijały niepowtarzalny rytm tego lasu. Żerowały na żołędziach i sarny, wydające ostrzegawcze szczeknięcia, i dziki, chrząkające na pożegnanie, bo szybko podawałem tyły, i żubry, pomrukujące znaną tylko sobie mantrę. Majestatycznie maszerowały chmary jeleniowatych, pohukiwały sowy, a nad wysokimi koronami mrowiły się zastępy mgławic, widoczne na perliście czystym niebie, poprzecinanym smugami spadających meteorytów. Te niezwykłe dla człowieka z miasta zjawiska działały odkażająco na malaryczną febrę naszej polityki, na kolorowe deliria telewizji. "Jak bańki mydlane, wstawały dni coraz piękniejsze i eteryczniejsze i każdy wydawał się tak do ostatnich granic wyszlachetniony, że każda chwila trwania wydawała się cudem przedłużonym nad miarę i niemal bolesnym".

O wiele bardziej bolesny okazał się powrót do rzeczywistości. Kampania wyborcza nie jest bynajmniej "wielkim wędrownym teatrem kłamiącym poezją". Jest i wielkim, i wędrownym, i kłamiącym teatrem. I na tym porównanie się kończy. Na miejsce poezji można tu od biedy wstawić prozę - Kornela Makuszyńskiego. "My jesteśmy tacy dwaj, tacy dwaj na cały kraj" - podśpiewują sobie Jacek i Placek na planie filmu O dwóch takich, co ukradli księżyc. Tekst Makuszyńskiego zawiera i takie przesłanie: "Mamy wielkie używanie przewidziane w naszym planie". W warszawskich wypożyczalniach kaset wideo kolejki do dziełka reżysera Jana Batorego z 1962 r. Sądząc po zainteresowaniu, nawet skradnięcie powszechnie tu lubianego księżyca nie pokrzyżuje naszym braciom planów.

W drodze z Białegostoku do Warszawy zatrzymałem się pod Jeżewem, przy miejscu wypadku maturzystów jadących na pielgrzymkę. Płoną znicze, nieopodal pasą się krowy, poza tym nic nie wskazuje na to, że rozegrała się tu jedna z najbardziej horrendalnych tragedii drogowych ostatnich lat. (Pisałem o tym przed tygodniem, ale przypomnę: 13 osób zabitych, wiele ciężko poparzonych). Nawet nazwy miejscowości na umieszczonym niedaleko drogowskazie jakby wyjęte z prozy Makuszyńskiego: Sikory Pawłowięta, Sikory Wojciechowięta. Biedni chłopcy i dziewczęta, płonący w autobusie z jednej strony, i dziecinne nazwy jak z filmu Batorego - z drugiej. Polska rzeczywistość czasu wyborów jest równie tragiczna, co śmieszna. Niczym dylematy Robinsona z Bolechowa...

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail