Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Kaczor Donald
i bliźniaki
Polska w dzień po wyborach wygląda tak samo jak w dniu wyborów: tłumy na ulicach, dążące w sobie tylko wiadomym kierunku. W sześciu przypadkach na dziesięć nie pokrywa się on z kierunkiem pontonu o kształcie serca, dryfującego pośrodku liberalnej Europy wyraźnie na prawo. Nie wiem, co należałoby zrobić już za tydzień, by wybrać tu prezydenta na miarę średniej wielkości kraju europejskiego. Wybrać prezydenta średniej wielkości, jakim jest Tusk, czy prezydenta wielkości Napoleona - w obu wypadkach mówię o wzroście - nie jest takie proste: trudno wybierać, gdy kandydaci, poza wzrostem i tuszą, niczym szczególnie wyraźnym się nie odróżniają. Na przykład chórem opowiadają się za wojną w Iraku i żadnemu nie przeszkadza, że Irak zafundował nam Kwaśniewski z koniunkturalnych powodów. Obaj karmią się dziecinną nadzieją, że Ameryka pokocha Polskę jedynie za nadstawianie za nią kupra do bicia. Ameryka bardzo kocha Kaczora Donalda, machającego kuperkiem, ale nie wiem, czy zapała miłością za podobne pląsy do Donalda Tuska czy obu "Kaczorów". Amerykanie bardzo lubią partnerów, nawet krnąbrnych, ale z charakterem. Kampania prezydencka w Polsce przypomina tymczasem kompanię honorową wojska polskiego, witającą prezydenta Busha.
Dzień wyborów spędziłem w samochodzie, między południem Polski a Warszawą. Wszędzie widziałem tłumy wracające z kościołów, ale po duchowych ablucjach dwie trzecie populacji udało się na kawę z ciastkiem, na spacer z dzieckiem lub wróciło do domku na obiadek. Zbyt wielu ludziom nie przyszło jakoś do głowy zagłosować. Z okienka autobusu widziałem zadowolone na ogół twarze nad piwkiem, zawzięcie o czymś rozprawiające. Myślałem, że mówią o przyszłych Polskach, jakie będą. Wieczorem w okienku telewizora zobaczyłem, że mówili o Polkach, które wyborczego wieczoru grały finałowy mecz z Włoszkami na siatkarskich Mistrzostwach Europy. Polki wygrały, ale z ich powodu, do pewnego stopnia, przegrała tego dnia Polska; mecz oglądało ponad pięć milionów rodaków, a głosowało trzy miliony z okładem.
Wybory pokazały też wyraźny podział na Polskę A i B. Każda z grup polskiego społeczeństwa żyje raczej osobnym życiem. To, co je łączy, to telewizja. A w telewizji słyszymy, że o wygranej Prawa i Sprawiedliwości zadecydował ksiądz Tadeusz Rydzyk, dając poparcie Lechowi i Jarosławowi Kaczyńskim. Wyborcy nie posłuchali jednak nawet księdza dyrektora i nie poszli do urn. Zła frekwencja nie jest prostym rezultatem dobrej pogody i niedzielnych korków na drogach dojazdowych do miast oraz zamknięcia lokali już o ósmej. Jest konsekwencją lekceważenia wyborców przez polityków.
Dochodzi do tego tradycja pogardy dla osoby starszej, samotnej czy chorej. Takich osób są w Polsce miliony, ale politycy w starzejącej się i coraz bardziej niedołężnej Polsce tych ludzi nie zauważają. Nigdy się przecież nie zgodzili na wybory pośrednie, to znaczy głosowanie korespondencyjne ludzi kalekich czy chorych, za pomocą specjalnych list i posłańców, co robi się powszechnie w krajach bardziej ucywilizowanych. W Polsce wszyscy muszą głosować osobiście, własnymi nogami - nawet gdy ich nie mają - i to w ściśle określonych godzinach. Do głowy nikomu tu nie przyszło zrobienie wyborów dwudniowych. Lokale wyborcze nie rozesłały po domach zawiadomień o miejscach głosowania, nie mówiąc o życiorysach kandydatów. Poza tym podwójne wybory i dwie kampanie spowodowały, że wielu ludzi po prostu nie wiedziało, że trzeba pójść zagłosować dwa razy w ciągu dwóch tygodni. Całe to medialne larum nad niską frekwencją jest samousprawiedliwianiem się polityków, niepotrafiących przeprowadzić porządnej kampanii wyborczej, a rwących się do rządzenia sporym krajem.
Przy okazji warto zauważyć różnice w komentowaniu tego, co stało się w niedzielę w Polsce, przez media krajowe i zagraniczne. Oglądam dzienniki BBC, CNN, CNBC i polskie, czytam zachodnie gazety. Ton tych komentarzy jest zgodny, że jest to wielka klęska lewicy i prawdziwy koniec rządów komuny w Polsce. Krajowe komentarze są ostrożne w ferowaniu tak niepopularnych wyroków. Nie przedstawia się tego, co się stało, jako końca epoki afer i korupcji. Historia III RP pokazała, że ścięty łeb hydry-lewicy lubi odrosnąć i połknąć sobie, lub braciom Rosjanom, kolejną rafinerię. Dlatego nie słychać w komentarzach, że jest to dawno wyczekiwany koniec korupcyjnych powiązań rodem z Peerelu. Tego faktu nikt nie podkreśla, a szkoda, bo odmłodzone SLD, prowadzone do tych wyborów za rączkę przez Pałac Prezydencki, poniosło druzgocącą klęskę.
W kolejce do okienka na poczcie nauczycielka streszcza komentarze dzieci: "Polecieli na Księżyc i nic nie zapowiadało katastrofy"; "Kaczor McDonald to połączenie Donalda Tuska z 'dwugłowym Kaczorem' Kaczyńskim i McDonald'sem". Agnieszka z biura podróży na Saskiej Kępie wita mnie od progu pytaniem: "Co mogę dla pana zrobić?" i jest to pytanie, jakiego nie słychać od kandydatów: "Co mogę dla Polski zrobić?". W Prosto w oczy rozmowa Olejnik z obydwoma głównymi pretendentami do fotela prezydenckiego. Jedyną w tej audycji osobą z jako taką charyzmą była Monika Olejnik. Media biją na alarm: Rokita ma zostać ministrem spraw zagranicznych, a nie zna angielskiego. Ja bym się tym nie przejmował: mieliśmy już prezydentów nieznających za dobrze polskiego. Co innego jest dziś ważniejsze: czy Ameryka, nasz jedyny sojusznik, jaki nam de facto pozostał, pokocha polskiego "Kaczora" lub polskiego Donalda?
|
|