Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Komunia Yusefa
Komunyakaa z Bogalusy
Yusef Komunyakaa jest poetą. Wybitnym poetą. I jak prawie każdy prawdziwie wybitny poeta naszych czasów pochodzi z Ameryki. A jeśli już jakiś wybitny poeta z Ameryki nie pochodzi, to na pewno ma z nią jakieś związki. Na przykład nie znam prawdziwie wybitnego poety polskiego - od Norwida po Zagajewskiego - który by w Ameryce dłużej lub krócej nie przebywał, nie wykładał, który by do Ameryki nie emigrował lub tylko do niej nie peregrynował po natchnienie czy tylko tchnienie reklamowanej szeroko w świecie wolności i przestrzeni. Gdy po takiej krótszej lub dłuższej bytności w ojczyźnie wolności - ja tu rymuję, co nie oznacza, że sobie dworuję - nasączony widokami, językami, kolorami, zapachami i rytmami Ameryki poeta wraca do Rzeczy-bardzo-pospolitej, dzieją się z nim różne rzeczy. Pospolite nad wyraz.
Przede wszystkim dostrzega w lustrze inną, choć nadal swoją twarz. Ba, jego własna twarz, która kiedyś wydawała mu się mało interesującą, nabiera atrakcyjnych kształtów, a jej oczy, niegdyś przygaszone, płoną radosnym światłem. - Widziałem Madonnę! - poeta zwierza się księdzu na spowiedzi, a ksiądz mu na to najspokojniej: - Ja też byłem na jej koncercie, w Madison Square Garden. Zbity nieco z tropu poeta zmierza do rodzinnego domu swego, by spojrzeć przez amerykańskie soczewki na własną rodzinę. I cóż takiego nasz przybysz z lepszego świata zauważa? Oto naraz dostrzega smukłą zawsze kibić własnej żony, która nigdy nie miała problemów z nadwagą i nie wydała ich skromnego majątku na "diety-cud". Dostrzega dalej swoje niezauważane wcześniej dzieci, a w nich odnajduje bardzo oczytanych, inteligentnych, rzutkich młodych ludzi, znających nie tylko nazwę stolicy własnego kraju, ale i nazwisko człowieka, którego imieniem i nazwiskiem nazwano i górę, i stan, i stolicę kraju Amerykanów.
Nieco gorzej na porównaniach wypada ojczyzna poety. Wydaje mu się nieco zdeformowaną, epileptyczną jakąś, wstrząsaną febrą zwyżek i obniżek nastrojów. Krajanie naszego poety popadają w ciągłe przeciwności, nie ma w nich równowagi. Oceny, jak i ceny płacone za swoje życie w ciągłym swingu są także skrajne. W ojczyźnie poety wszystko wygląda inaczej niż w Ameryce, choć pozory mogą mylić. Polska droga może przypominać amerykańską autostradę, bo mkną po niej zawsze cztery rzędy samochodów najlepszych marek, ale i na tym porównanie się kończy, bo pasów jest tylko dwa, w obie strony, a rzekoma autostrada jest tylko wąską dróżką w szpalerze przydrożnych krzyży. Dojechawszy cało do celu podróży poeta polski, co był wrócił z dalekiej planety Ameryka, lakonicznie stwierdza, że przeżył podróż z Okęcia do Rzeszowa wyłącznie dzięki personalnemu szczęściu oraz dobrym układom w niebieskiej dziedzinie, czyli tak zwanym chodom, wychodzonym tam dla nas, Polaków, przez największego podróżnika wszech czasów, polskiego papieża.
Jako się rzekło, poeta polski, co był cało wrócił nie tylko z południa Ameryki, zdewastowanego przez huragan, ale i przeżył jakimś cudem kilkugodzinny pobyt na stole prosektoryjnym zwanym polską drogą, trafia w barokowe mury sali refektarzowej rzeszowskiego muzeum - i co widzi i słyszy: jakiś biały gra na harmonijce bluesa, a najprawdziwszy Murzyn czyta po angielsku wiersz. To nie sen - mówi poecie głos wewnętrzny - to najprawdziwszy poeta amerykańskiego Południa Yusef Kumunyakaa, a obok niego inny, najprawdziwszy z prawdziwych poeta południa polskiego Janusz Szuber. Poeci czytają i ku sobie głowami kiwają, z podziwem i szacunkiem oraz zachwytem, wynikającym z podobieństw motywów, tropów, poszukiwań. Komunyakaa odświętny, w niebieskim krawacie, wygląda, jakby przyjmował od Szubera komunię świętą. Szuber na wózku inwalidzkim, a ten wózek skrzy się w światłach fleszów jakby lekko swingował w rytmie bluesa.
Życie lubi jednak płatać figle: obaj poeci urodzili się w tym samym roku 1947, obaj debiutowali późno, obaj sięgają po doświadczenia z radosnego dzieciństwa i trudnej młodości. Yusef wzrastał w ubogim rolniczym miasteczku Bogalusa w Luizjanie, niedaleko Nowego Orleanu. W Bogalusie znajdowało się oko cyklonu "Katrina". Janusz wzrastał w ubogim wtedy miasteczku Sanok. W Sanoku młodości Janusza rządzili komuniści, w Bogalusa - choć nazwą znajduje się ono blisko Boga - rządził Ku-Klux-Klan. Yusef, z powodu koloru skóry, nie miał dostępu do jedynej biblioteki w mieście. Janusz, z powodu choroby, w tym i choroby skóry, także do biblioteki nie chodził. Ale to było już po studiach, przed chorobą. Wcześniej włóczył się po Bieszczadach, a Yusef po okolicznych lasach, niewiele sobie robiąc z zagrożeń, typowych dla Murzyna na Południu w czasach ostrej segregacji rasowej. Potem trafił do Wietnamu, gdzie widział płonącą dziewczynę i wszystkie horrory wojny. Janusz poznał horror choroby, osamotnienia, bólu. Czarodziejskie miasto Yusef poświęcił rodzinnemu miastu. Mojość to hymn na cześć rodzinnego miasta Janusza. Obaj w samotności stworzyli własne światy, w innych, a jednak bliskich sobie wymiarach. Pochodzą z odmiennych kultur, a jednak jakże blisko siebie kroczą przez gęsty las jędrnych metafor, zmysłowych paralel, podobnie odczuwają dramat istnienia.
Obaj piszą wiersze o "miejscach ciemnych", pełne wewnętrznego ognia. Łączy ich celebracja, afirmacja życia, pomimo cierpienia i piętna. Połączyły ich także te same mądre babki, uczące praw życia. W wierszach sięgają po te same tajemnice, no i po placki, wypiekane według podobnych receptur, a ich wiersze smakowitsze są niż wszystkie placki świata - z wyjątkiem, oczywiście, polskiego placka ze śliwkami lub jabłecznika. Połączyła ich też typowo amerykańska, poetycka metryka, wiodąca się z samotności, osobności. Każda wybitna twórczość jest osobna i jedyna, niepowtarzalna. Taka jest poezja Komunyakaa, taka jest poezja Szubera. Amerykańska z ducha, czyli wolna. Ale i samotna.
|
|