PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 16 września 2005


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Świadectwo
Henryka Daski

Jestem w Polsce, a nie startuję w żadnych wyborach. Mówią mi, że chyba świruję, skoro nie startuję. Wyścig o bycie na szczycie stał się tu najlepszym interesem i patriotycznym obowiązkiem. Pasją wielu moich znajomych nie jest jakaś głupia harówka, dobra dla Amerykanów i Francuzów. Polacy wybierają, jak zawsze, ciekawszą drogę na szczyt. Ta iście romantyczna cecha kazała nam wejść na Mount Everest zimą, jakby 50 stopni mrozu latem było za mało. Prochu nie wymyśliliśmy, ale za to jaki zawsze robiliśmy z niego użytek! Mówię oczywiście o strzelaniu na wiwat, niech mnie nikt nie posądzi o uleganie modzie na krytykę upadłych powstań narodowych.

Zresztą powstania, jak sama nazwa wskazuje, są po to, by upadać: co powstało, musi upaść lub opaść. Gdy zatem opadnie wyborczy kurz i znikną z polskich ulic billboardy, a z nich gębusie i mordy - nie będzie pustki. Twarze ludzi "z charakterem" lub "z zasadami" znów zastąpią pupy panienek reklamujących majtki. Nic się nie zmieni, bo nie ustanie polskie drapanie się na szczyty, dobijanie się (wzajemne), ściąganie za nogawki, podgryzanie, opluwanie, poniżanie, kupowanie i sprzedawanie (kolegów), gardłowanie, klaskanie i mlaskanie... Walka o życie na szczycie nie zakończy się z wyborem na prezydenta człowieka z zasadami lub z charakterem (jak widać, jedno drugie wyklucza). Walka z ulic przeniesie się na sale sądowe, bo nieustanna walka, jak uczy historia, jest naszym świętym obowiązkiem.

Jesienią moi rodacy zajmą się więc rozliczaniem przeszłości. Sędziowskie stoły i domowe telewizory wypełnią znowu teczki i akta. Nadchodzący sezon w telewizji - na miejsce poniedziałkowego Teatru TV - oferuje swym widzom rozliczanie jaczejki Jaruzelskiego za stan wojenny, a może i Grudzień '70. Zapewne nikt się nie zająknie na temat jaczejki Moczara i Gomułki. Tradycją programów wyborczych i programów telewizyjnych stało się nie za dobre pamiętanie o "incydencie" Marca '68. Politycy i media mówią o wypędzeniu Łemków i Ukraińców w akcji "Wisła", od roku na tapecie znajduje się sprawa wypędzenia czy - jak kto woli - przesiedlenia Niemców, niechętnie, ale zaczyna się mówić o "nieustannych przesunięciach" tysięcy Polaków na emigrację w czasie stanu wojennego. Głuche milczenie spowija wciąż żywą i bolesną ranę zadaną Polsce, jej kulturze, nauce, a przede wszystkim dumie: "przesunięcie" za granicę tysięcy polskich Żydów w latach 1968-1969. Dlaczego?

Mamy tu do czynienia ze zjawiskiem "wybiórczej amnezji". To taka pamięć z dziurami niczym szwajcarski ser. Nie chce ona przypominać o czynach haniebnych, o dość powszechnej obojętności towarzyszącej usuwaniu z polskiego życia tysięcy Polaków żydowskiego pochodzenia. Społeczeństwo polskie w Marcu '68 ogłuchło od wrzasku propagandy. Ta głuchota nie pozwoliła mu dosłyszeć strzałów na Wybrzeżu w Grudniu '70 ani odgłosów policyjnych pałek na ścieżkach zdrowia w Czerwcu '76. Wzrok i słuch wrócił dopiero w Sierpniu '80. Nie trzeba być laryngologiem ani okulistą, by postawić diagnozę przyczyn tak zbiorowej głuchoty i ślepoty. Nic innego jak amnezja. Wybiórcza. To nawet gorsze niż antysemityzm i wszelka ksenofobia.

Marcowym dramatom dał ostatnio przejmujące świadectwo Henryk Dasko (Gazeta Wyborcza z 10 września br.). Pokazał dwie strony medalu: ludzi szlachetnych, pomagających prześladowanym Żydom za cenę ryzykowania nie tylko własnych karier - oraz skundlonych karierowiczów, prześladujących Żydów w celu zrobienia kariery. Henrykowi Dasce pomagali bezinteresownie m.in. Irena i Karol Małcużyńscy, dyrektor Łazienek Marek Kwiatkowski, ekipa Andrzeja Wajdy. Niszczył go nikomu wtedy nieznany doktorek, który chcąc się zasłużyć doprowadził do wyrzucenia ze studiów studenta SGPiS na podstawie najbardziej bezsensownego zarzutu. Zresztą zarzut był tu nieistotny. Dr Zbigniew Klepacki nie wyrzucał ze studiów wroga ludu. Dr Klepacki wyrzucał ze studiów Żyda. I robił to rozmyślnie, z nadzieją wyjechania w górę na spałowanych plecach wysłanego "do Syjonu syjonisty"...

Zachowanie Klepackiego, niczym się nieróżniące od wojennego szmalcownictwa, zostało dostrzeżone i nagrodzone. Dasko musiał Polskę opuścić. Klepacki zrobił w niej karierę. Został profesorem zwyczajnym, wybitnym specjalistą prawa międzynarodowego, przedstawicielem Polski w agendach ONZ i zajął kierownicze stanowiska w PAN-ie. Dziś jest prawdopodobnie emerytem i prowadzi prywatną uczelnię, nauczającą biznesu i przedsiębiorczości. "Ale początkiem drogi prof. Klepackiego był przełomowy dla jego biografii rok 1968, kiedy już jako nowo mianowany, marcowy ´szturmdocentª wyszedł ostro z bloków startowych, budując swoją karierę na fałszywych oskarżeniach i cudzej krzywdzie" - jak napisał Dasko. Jest to indywidualne świadectwo krzywdy nigdy nienaprawionej. A w szerszym aspekcie - nigdy dokładnie niezanalizowanej i nieudokumentowanej.

Henryk Dasko pokazał wierzchołek góry lodowej. Po roku pobytu w Polsce i pracy na uczelni mogłem się przekonać, że marcowa "inwazja pluskiew" (termin prof. Leszka Kołakowskiego z eseju Tezy o nadziei i beznadziejności) pozostawiła trwałe ślady ukąszeń, jak najbardziej heglowskich, umysły zniewolone kłamstwem i strachem. A także spadek w postaci funkcjonującego wciąż w najlepsze systemu, opartego na donosicielstwie oraz tępieniu niezależnego myślenia. Wiele starych "pluskiew" nadal wygrzewa profesorskie i senatorskie fotele. Nawet jak odejdą, skażenie w umysłach zostanie.

Może z tego powodu nie spełnię w Polsce patriotycznego obowiązku i nie wystartuję tu nigdy w żadnych wyborach. A przecież mógłbym pójść w ślady Stana Tymińskiego - przyjechałem z Kanady i odróżniam komputer od konia. Wolę jednak świeże powietrze kanadyjskich prerii od zaduchu pluskiew, bijącego z polskich salonów. Za dużo różnych Klepackich sprawuje nadal w tym kraju rządy, nie tylko dusz. Może dlatego tak w nim duszno?

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail