Moją ojczyzną jest język
Z Ewą Lipską rozmawia Bożena U. Zaremba
Bożena U. Zaremba: - Czy uważa się Pani za osobę
zabieganą?
Ewa Lipska: - Chyba tak, ale dzisiaj już w inny sposób aniżeli
dawniej. Wtedy czas był mi bardziej życzliwy, godzina miała rzeczywiście
sześćdziesiąt minut. Teraz ma dużo mniej... Z wiekiem zmienia się
też forma "zabiegania". Jest się nastawionym bardziej na "sprawy wewnętrzne";
krzykliwa rzeczywistość jest coraz bardziej w tle. Poza tym wciąż
krążę między Wiedniem i Krakowem i pielęgnuję te swoje różnorodne
światy.
- No właśnie - z punktu widzenia emigrantki, chociaż w innym kraju,
jest to dla mnie ciekawy temat - dzielenie życia między dwoma państwami,
dwiema kulturami.
- W dzisiejszych czasach nie jest to, na szczęście, emigracja, są to
jedynie nasze wybory. Moja przygoda z Wiedniem zaczęła się w 1991 roku,
kiedy to ambasadorem polskim w Austrii został Władysław Bartoszewski.
Zaproponowano mi wtedy funkcję wicedyrektora, a później dyrektora Instytutu
Polskiego, w którym przepracowałam siedem lat. Polubiłam to miasto, które
już wcześniej fascynowało mnie swoją historią literatury i sztuki.
Bardzo lubię chodzić śladami Wielkich Nieobecnych i "spotykać" w CafŹ
Central, w Museum CafŹ czy w kawiarni Griensteidl Klimta, Schielego, Musila,
Schnitzlera, Bernharda, kompozytorów, architektów... Takich miejsc w Wiedniu
jest bardzo dużo.
- Czy nie odczuwała Pani w Wiedniu oderwania się od polskich korzeni?
- Absolutnie nie. Wiedeń i Kraków to podobne do siebie miasta. Byliśmy
przecież częścią monarchii austro-węgierskiej. Ale ja mam czasami
takie poczucie, że - niezależnie od miejsca, w którym przebywam -
należę do tej wspaniałej rodziny artystów, intelektualistów czy
myślicieli, która egzystuje gdzieś ponad narodami. Rilke czy Auden to
po prostu moi starsi bracia... Poza tym przez wiele lat mojej pracy w Austrii
staraliśmy się pokazać wszystko, co najlepsze w polskiej kulturze. W Instytucie
występowali ciekawi pisarze, malarze, aktorzy, dziennikarze, politycy. Można
się było spotkać m.in. z Wisławą Szymborską, Stanisławem Lemem,
Tadeuszem Różewiczem, Ryszardem Kapuścińskim. A wracając jeszcze
do tych korzeni, to nie będę oryginalna, jeśli powiem, że moją ojczyzną
jest przede wszystkim język, z którym nigdy się nie rozstaję.
- Ale my ciągle tęsknimy - będąc tam, tęsknimy tu, będąc tu,
tęsknimy tam.
- Uważam, że to jest fantastyczne! Każde miejsce ma swój inny
kolor, zapach, dźwięk. Mnie za każdym razem cieszy ta inność.
Uważam, że to wspaniała przygoda. I chociaż czasami narzekam na
"życie w drodze", to jednak nie zamieniłabym je na żadne inne. Oczywiście
dzielenie tej przygody między Polskę i Amerykę jest bardziej skomplikowane
ze względu na odległość.
- Czy Pani w ogóle odczuwa, że wyjeżdża za granicę?
- W Europie wygląda to zupełnie inaczej. Chociaż pokazujemy jeszcze
na punktach granicznych paszporty czy dowody osobiste, to jest to tylko formalność.
"Granice" rysowane są przez mijane miasteczka, krajobrazy. To one układają
różnorodność krajów, przez które przejeżdżamy. I taką
różnorodność oczywiście odczuwam, ale nie ma ona nic wspólnego
z przekraczaniem granicy w dawnym stylu i minionych czasach.
- Za czym Pani najbardziej tęskni, będąc w Austrii?
- Za bliskimi i przyjaciółmi.
- A w Krakowie?
- Tutaj jest podobnie, ponieważ w Wiedniu też mam rodzinę i przyjaciół.
Już po kilku dniach drażni mnie brud, chamstwo, polityczna mizeria...
Już nie mogę sobie pozwolić na nocny spacer na krakowski Rynek, bo jest
to po prostu niebezpiecznie. Ale kiedy spotykam w Nowej Prowincji moich przyjaciół
i zaczynamy, przy wspaniałej gorącej czekoladzie, snuć przedziwne i zabawne
plany towarzyskie, to wtedy zapominam o wszystkich niedogodnościach codziennego
życia.
- Czy identyfikuje się Pani z kulturą austriacką, ale w sensie
szeroko pojętej kultury życia?
- Podziwiam w tym kraju obywateli, którzy czują się odpowiedzialni
za swój kraj. Ważne jest oczywiście "ja" i "moja kondycja ekonomiczna",
ale też "my" i "mój kraj". Polska zaczyna się dopiero tego uczyć.
Nie jest dobrze, kiedy za wszystkimi decyzjami stoi jakaś "opcja polityczna".
Państwo obywatelskie wymaga od obywatela większej świadomości i kultury.
Musimy ograniczyć swoje roszczenia i zastanowić się nad tym, co możemy
z siebie dać naszej gminie, naszemu miastu, krajowi, a nie co moglibyśmy
dostać.
- Jakie cechy szczególnie Pani ceni u Austriaków?
- Właśnie tę odpowiedzialność obywatelską, codzienną kulturę,
czystość. Wszyscy piją tam wino czy inne alkohole, ale trudno spotkać
ludzi pijanych. Jeżeli taki się zdarzy, to najczęściej jest to cudzoziemiec...
Kulturę cechują rzeczy wydawać by się mogło czasami drobne, ale jakże
ważne w naszym życiu. Podam przykład: otóż nie znajdzie pani
szpitala w Wiedniu, naprzeciwko którego byłyby usytuowane zakłady pogrzebowe.
W Krakowie jest to normalka, jak mówi młodzież. To brak taktu, kultury
i wyobraźni, prawda?
- Czy w Austrii dostrzega Pani więcej niż Austraicy?
- Myślę, że będąc cudzoziemcem widzi się inaczej. Na wiele spraw
i wydarzeń reaguję z dystansem, przeciwnie aniżeli moja austriacka sąsiadka.
Podobnie jest, kiedy przyjeżdżają do Polski moi austriaccy znajomi.
"Tu jest przecież cudownie!", wołają na Rynku... Ja oceniam swój kraj
dużo ostrzej niż przyjezdni turyści. Dla nich jest to wspaniała
przygoda, tym bardziej jeżeli są pierwszy raz. Życie toczy się wtedy
w samym centrum miasta, siedzimy w miłych knajpach, panuje cudowny słowiański
bezwład, grają kapele jazzowe i ludowe, a nawet egzotyczni muzycy z całego
świata... Oczywiście w Austrii nie jestem turystką, to mój drugi dom,
w którym pracuję i który jest mi bliski.
- Wkroczyłyśmy w temat postrzegania rzeczywistości - czytając Pani
wiersze widzę wnikliwą obserwatorkę ciągle komentującą tę rzeczywistość.
- Bo rzeczywistość to dla mnie wielka sztuka teatralna, w której gram
ważne i mniej ważne role. Trudno od niej uciec i trudno jej nie komentować...
- Często tematy Pani wierszy to codzienne, nawet błahe sytuacje,
za którymi kryją się sprawy wielkie i ważne. Na przykład piękny
wiersz o przemijaniu, "Tramwaj", z ostatniego zbioru "Gdzie indziej". W wierszu
"Moment nieuwagi" pisze Pani: "Poetów nie ma. Jest tylko moment nieuwagi".
Odczytuję to przewrotnie - moment nieuwagi dotyczy niepoety, a poeta to ten,
który właśnie ten moment uchwyci.
- Tak, jest to rzeczywiście jakiś moment szczególnej "nieuwagi"... nie
da się tego metafizycznego stanu skomentować. I pewnie nie potrzeba. To
iskra, która przeskakuje w naszej wyobraźni, tajemnica chwili. Często
na spotkaniach autorskich czytelnicy zadają mi pytanie: "Czy pani ma natchnienie?".
Tym "natchnieniem" jest właśnie ten "moment nieuwagi". A potem zaczynają
się "ciężkie Norwidy", jakby powiedziała Wisława Szymborska, a więc
praca nad tekstem, która czasami trwa wiele miesięcy.
- Czy Pani kiedykolwiek odpoczywa od obserwacji?
- Tego nawet nie wiem. Proces twórczy jest takim programem komputerowym,
który stale pracuje w mojej wyobraźni; coś zapisuje, skreśla, maluje.
Taki background job, proces działający całą dobę, bo przecież
zapisuje też nasze sny. Jest to część mojej osobowości, nigdy się
nad tym nie zastanawiam.
- W rozmowie ze Stanisławem Lemem o snach stwierdziła Pani, że ma
kłopoty z nadmiarem wyobraźni. Czy ma Pani poczucie, że ta wyobraźnia
nie jest do końca zrealizowana?
- Oczywiście, ale ja nie cierpię z tego powodu. Na pewno w swojej wyobraźni
napisałam dużo więcej wierszy, powieści, opowiadań i dramatów
niż w rzeczywistości. Wyobraźnia to wspaniały magazyn pomysłów.
Ale aby z niego rozsądnie korzystać, potrzebna jest intuicja, zdolność
przewidywania. "Poeta przegra, jeśli nie poświęci całkowicie swych uczuć
wierszowi, tak aby stały się one własnością wiersza" - jak powiedział
W.H. Auden. I coś w tym jest.
- Czy było coś, co przekroczyło Pani wyobraźnię?
- 11 września 2001 roku.
- Napisała Pani wtedy, że "świat się spruł".
- Bo to była cezura w naszym życiu - coś się zmieniło. Uprzytomniliśmy
sobie, jak krucha jest wolność człowieka, kultura, demokracja. Wiersz
11 września 2001 [z tomu Ja] jest też sprzeciwem wobec mediów,
dla których dramat ludzki staje się często jedynie sensacyjną wiadomością
i często ulega banalizacji.
- Czy osiągnęła Pani stabilizację?
- Mając precyzyjny stosunek do przygody pod tytułem "życie", mam poczucie,
że była ona (i w dalszym ciągu jest) ciekawa, a nawet momentami fascynująca.
Mogłam oddawać się "niepraktycznym" sztukom, wyjeżdżać w świat,
poznawać wspaniałych i niekonwencjonalnych ludzi... Oczywiście nie zawsze
sprzyjały mi gwiazdy, ale przeważnie notuję ich życzliwość...
Moja "radosna twórczość" i tak zweryfikowana zostanie przez czas. Dopiero
za dwadzieścia, trzydzieści lat można będzie zobaczyć (autor już
tego nie dożywa), czy wiersze dalej są czytane i czy nowe pokolenia znajdują
w nich coś dla siebie.
- Mówiąc o Pani wierszach, nie sposób pominąć temat miłości.
Jest taka zwyczajna, bez wielkich tragedii i uniesień. To raczej chwile czułości,
jak np. w wierszu "Ciasto ze śliwkami".
- Zawsze uważam, że miłość jest "nierdzewna" i ponad wszystkim
marnym: polityką, zgiełkiem cywilizacyjnym, hałasem świata. Poza tym
jest niezależna od wieku, ponadczasowa. Mówiąc: "miłość", mam
też na myśli wspaniałe przyjaźnie, bliskość drugiego człowieka.
- Pani wiersze są tłumaczone na 15 języków, mimo że są bardzo
trudne do tłumaczenia - pełne zakrętów językowych, skojarzeń kulturowych,
idiomów. W wierszu "Moi tłumacze" nazywa ich Pani pięknie "mój ciąg
dalszy". Daje więc Pani im jakąś swobodę.
- Bo tak naprawdę bez nich nie istniałabym za granicą. Kocham swoich
tłumaczy i niezwykle ich cenię. Trzeba być przecież szaleńcem, aby
tłumaczyć poezję, prawda? Tłumacze podobni są do chodzących po linie
cyrkowców. Najdelikatniejszy powiew wiatru, czyli "bezradność słów",
może ich doprowadzić do upadku. Kiedy ja nie radzę sobie z jakimś
wierszem, mogę napisać zupełnie nowy, a oni muszą zbliżyć się
do oryginału, chociaż czasami jest to prawie niemożliwe. Nad wierszem
Moi tłumacze pracowałam kilka lat i dopiero teraz odważyłam
się go opublikować.
- A podsumowując rozmowę tytułowym"gdzie indziej" - czy to miejsce
realne, czy tylko ideał ze świata wyobraźni?
- Nie wiem, gdzie jest "gdzie indziej", ale na pewno chciałabym tam zamieszkać.
Może to kraj mojej wyobraźni, planeta marzeń. Myślę, że każdy
z nas ma czasem takie realne czy nierealne marzenia. Dzieje się tak najczęściej
wtedy, kiedy chcemy od czegoś uciec. Pamiętam, jak ze wzgórza nad San
Francisco podziwiałam zatokę, wiszący prawie w powietrzu most Golden Gate,
odchodzące kolory dnia. Było tak pięknie, że aż ogarnął mnie
nostalgiczny smutek. Przypomina mi to wspaniałą książkę Johna Steinbecka
Pastwiska niebieskie, w której piękno kalifornijskiej doliny staje
się tłem dla poszczególnych opowiadań o komplikacjach ludzkiego życia.
Ale ja chciałam wtedy porwać ten zakątek świata i odlecieć z nim "gdzie
indziej". Takie chwile uprzytamniają mi, że jesteśmy na tym świecie
jedynie "okamgnieniem", a poezja próbuje czasami takie momenty zatrzymać,
zapisać. Na ile się to udaje, niech ocenią czytelnicy moich książek...
|