PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 2 września 2005


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Jechać
do Gdańska

Miałem poważny dylemat: kontestować srebrne gody Solidarności czy nie kontestować, a zatem jechać czy nie jechać do Gdańska. Gdy ten tekst się ukaże, będzie już po obchodach, czyli po kłopocie i zgryzocie, krzesła spod pomnika Stoczniowców wrócą na salę BHP, gdzie mają spędzić noc z gitarami stoczniowcy w drelichach, otoczeni BOR-em politycy wrócą spod pomnika do polityki, a kontestujący w Domu Technika obie powyższe grupy Gwiazda i Walentynowicz - do oskarżeń Wałęsy o agenturalność, zdradę robotniczych ideałów, bratanie się z Kwaśniewskim i inteligenckimi doradcami w rodzaju Geremka i Mazowieckiego. No nie, nie mogłem kontestować, musiałem jechać, zobaczyć i usłyszeć.

Kazimierz Kutz nie pojechał. Powiedział w wywiadzie, że "w Polsce Solidarności nie ma solidarności między ludźmi", a państwo "porzuca swoich obywateli, pozwala na ich zmarginalizowanie". Nie tylko jego zdaniem na naszych oczach rozgrywa się "wielka współczesna tragedia społeczna". W kraju trwa wyścig szczurów, a o biedzie się nie mówi, bo nie jest medialna. Nie mówi się też o zwykłych, prostych robotnikach. Dlatego pan Kazimierz nie jedzie do Gdańska, bo nie będzie tam prostych robotników, prawdziwych dawców wolności. Dla nich zabraknie krzeseł pod pomnikiem i na obchodach.

W 25 lat po ozdrowieńczej dawce demokracji Polską trzęsie podobna febra, jak w czasach poprzedzających strajki. Od Wybrzeża poprzez cały kraj akademie ku czci, konferencje, media toczą wielkie - niczym amerykańska "Katrina" - fale dyskusji o blaskach i cieniach wygnania komuny. Optymiści pocieszają, że wygraliśmy wolność, a demokracji nie buduje się w dwa lata. Pesymiści oblepiają Solidarność niczym słup ogłoszeniowy bolesnymi odcinkami rent i robotniczych emerytur, na przemian z kuponami odcinanymi od wolności przez jej zawodowych tępicieli. Ci ostatni przykleili się do okrętu Solidarności i spowodowali nabieranie przezeń wody - w usta. Jeden z najważniejszych postulatów strajków - na temat wolności słowa - obraca się teraz przeciw nam. "Naszą bronią były tylko słowa - pisane, mówione, śpiewane" - mówi Barbara Labuda w telewizyjnej dyskusji na temat tej rocznicy. Te same słowa, tylko trochę inne, stały się zmorą codziennych rozmów herosów tamtych dni. "Zdrajca ideałów pierwszej Solidarności" - sączy przez zaciśnięte usta Anna Walentynowicz pod adresem Lecha Wałęsy. "To chorzy ludzie" - mówi o swoich adwersarzach Lech Wałęsa. I dodaje: "Jak potrzebują lekarza, mogę nim być".

Jadę do Gdańska targany podobnymi uczuciami jak przed ćwierć wiekiem. Radość pomieszana z obawą, nadzieja z rozczarowaniem. Wtedy wiedziałem przynajmniej, czego się spodziewać. Na stoczniowej sali BHP było i bezpiecznie, i higienicznie - przynajmniej w moralnym znaczeniu tego słowa. Oraz pracowicie. A dzisiaj? Jan Rulewski mówi w telewizorze, że kilka milionów Polaków pracuje bez umowy, bez zabezpieczeń, z jedynym widokiem na przyszłość: że za pół roku znajdą się na bruku. Alain Tourraine utrzymuje, że Polska jest społeczną pustynią i bardzo trudno jest z tym twierdzeniem dyskutować. Francuz może z łatwością znaleźć setki dowodów na prawdziwość swojej tezy, podobnie jak Jean-Michel Jarre znalazł setkę tysięcy słuchaczy na koncercie w Stoczni, choć wielu zapowiadało kontestowanie koncertu, bo Polacy nie gęsi i swoich artystów mają.

Mają, i to jeszcze jakich, ale żaden z nich nie okrasza swojej muzyki girlandami sztucznych ogni, czyli nie jest za bardzo medialny. Kutzowi, twórcy Soli ziemi czarnej, solą w oku są te "pompatyczne" uroczystości, bo zostały zrobione "z zadęciem" oraz "zawłaszczone przez komercję". Kutza boli to, że wszyscy zapomnieli o robotnikach, a 25 lat Solidarności to "święto tych, którzy najwięcej zyskali na przemianach - najcwańszych, inteligentnych, tych, co się odnaleźli w polskim drapieżnym kapitalizmie". Tymczasem mamy 20-procentowe bezrobocie, "somalijską nędzę w wielu regionach kraju, a państwo udaje, że nie ma sprawy".

Dziwię się, że się Kutz dziwi. Ten kraj nigdy nie miał poczucia miary i formy, i może właśnie dlatego przewracał systemy. Ja do Gdańska jadę i podobnie jak Kutz ogłaszam swą decyzję na łamach gazety. Reżyser powiedział, że "bez stoczniowców, a potem górników, inteligenci mogli sobie gadać o ideałach jeszcze z 500 lat i nic by z tej gadaniny nie wyszło". Jadę do Gdańska bez względu na to, czy będą tam robotnicy, inteligenci, czy tylko ich inteligentni wyzyskiwacze. Jadę, bo mam tam swoje rachunki z historią. Gdy patrzę na stoczniowe żurawie, widzę w ich kabinach swoją matkę. Nie przeszkadza mi ani nie pomaga świadomość, że pracowała razem z Anną Walentynowicz. Chciałbym widzieć panią Annę stojącą ponad podziałami, bo tak wiele dzięki jej odwadze osiągnięto. Od zwolnienia jej z pracy 7 sierpnia do podpisania umów 31 sierpnia minęło 25 dni... To 25-lecie powinno łączyć, a nie dzielić. Niewiele świat obchodzi, czy Wałęsa był, czy nie był agentem. Słowami Bogdana Borusewicza był "lokomotywą" ciągnącą strajk. Takim maszynom zawsze doczepia się różne wagony. Najważniejsze, że ten cudaczny i cudowny zarazem skład dotarł do stacji wolność.

Dla mojej matki też by zapewne zabrakło miejsca pod pomnikiem Stoczniowców, który budowała. Ale ja tam będę. Za nią i dla niej. Jadę, by cieszyć się tą rocznicą razem z Iuliusem Filipem, torturowanym przez sześć i pół roku w rumuńskim więzieniu za przysłanie listu poparcia na I Zjazd Solidarności. Jadę do Gdańska, bo większość robotników, jak i inteligentów radują te srebrne gody - obchodzą one cały naród oraz połowę świata. 31 sierpnia 1980 r. Lech Wałęsa podpisał się za nas wszystkich na akcie zgonu komuny. I o tym wydarzeniu powinniśmy przypominać - i sobie, i światu, choćby i w najbardziej nawet pompatycznym, medialnym show.

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail