EWA BERBERYUSZ
Kartki
ze skażonej strefy
Piszę je z wyprzedzeniem, bo utarła się tradycja, że na przełomie
sierpnia i września jedziemy we trójkę: Teresa, nasza przyjaciółka,
mój mąż Zbyszek i ja do jej rozwalającej się willi "Jaskółka"
w Jastrzębiej Górze. Morze jeszcze jej nie podcięło, jak inne budynki
i całą plażę, bo leży wysoko. Zresztą, "trójkąt" w tym składzie
należy do tradycji sięgającej głęboko w czasy panującej komuny.
Mąż Teresy, nieżyjący już Zbyszek, nie lubił się ruszać,
więc w drogę ruszała nasza trójka do ciepłych KDL-i (dla niewtajemniczonych:
Kraje Demokracji Ludowej), czyli do Bułgarii i Rumunii. Pod namiot. Wyprawę
poprzedzały odpowiednie zabiegi u odpowiednich władz. Kiedyś urzędnik
spojrzał: - Jak to? Troje pod namiot?
Zaryzykowałam: - Jedzie seks-grupa.
Zaśmiał się. A mogłoby być całkiem źle, gdyby czynownik nie
miał poczucia humoru.
Teraz nasze portfele schudły, więc ciepłe morza odpadają, ale została
"Jaskółka". Opustoszałe od dzieciarni plaże (szkoła); niestraszne
nam zimne morze, przynajmniej mnie: jestem "morsem", kąpię się w Bałtyku
nawet w zimie, Teresę urzekają sztormowe krajobrazy, bo na starość zaczęła
malować. A gdy nam zbrzydnie słota, to obok Gdańsk i Gdynia, najpiękniejszy
dla mnie Hel i naprawdę ciekawe i niezdobyte zakątki naszego Wybrzeża.
Ze Szwajcarią Kaszubską włącznie. Oby tylko benzyna nie poszła jeszcze
w górę, bo nie wydolimy!
Piszę to tytułem usprawiedliwienia, że w tekście nie będzie o rocznicy
Września. Ale właściwie to nie! Nie lubię rocznic, który z reguły
nie odbywają się bez patriotycznego zadęcia, jakiego nie znoszę.
*
Niedawno zatelefonowała do mnie Ania Szaniawska (wdowa po Klemensie), która
od jego śmierci wiernie pracuje w Unii Wolności we wszystkich jej poprzednich
i następnych przemianach. Teraz to Partia Demokratyczna-demokraci.pl. Zadzwoniła
i pyta:
- Zagłosowałabyś na naszego kandydata na prezydenta?
- Nazwisko - rzucam.
- A gdyby to była kobieta?
- Aniu, co za pytanie!
- No to jest: Henryka Bochniarz. Spotykamy się w Ogrodzie Cytadeli...
Przychodzimy całą rodziną o oznaczonej porze. Opodal krzyża, gdzie
powieszono Romualda Traugutta. Tłum ludzi; starszyzna, ale większość
młodzi. Krótkie świetne przemówienia Mazowieckiego, Frasyniuka i Bochniarz
(tej kobiecie nie można odmówić precyzji). Teraz spodziewam się komunikatu:
tu, przy tym stoliku, leży lista...
Nie ma stolika, nie ma listy. Biegnę do Szaniawskiej: - Gdzie lista? We czworo
chcemy się podpisać.
- A, już poszła w obieg - mówi beztrosko. Szukam, latam po ludziach:
- Może u was? Może wiecie, gdzie lista na Bochniarz?
Nie, nikt nie wie, rozprawiają towarzysko. Rozchodzimy się do domu, zniesmaczeni,
wlokąc dzieci.
Wszystko po staremu. Kulturalne rozmówki inteligentów. Bez żadnego
poczucia zrywu. Izba Lordów. Tylko Frasyniuka mi żal, bardzo żal.
Żal mi Marka Belki, żal Jerzego Hausnera, ale ci się jakoś urządzą,
prawdopodobnie w międzynarodowych agendach.
No i starej miłości mi żal. Niczego się nie nauczyli? Nie! Miasto
oblepione ich nieudacznymi billboardami, smutnawymi twarzami młodych ludzi.
Jak dawna "Siła spokoju", która weszła do obśmiewanego repertuaru złej
propagandy. Wtedy nieudolny sztab Tadeusza Mazowieckiego mimowolnie zrobił
mu brzydki kawał. Dziś, po prawie piętnastu latach mamy powtórkę.
A tak się dobrze zapowiadało, tak na nich liczyłam. Ruszyli z kopyta
i cofnęli się.
W Oborach na ganku rozważamy sprawę: dlaczego, dlaczego, dlaczego?! Dlaczego
jest tak źle. Wybory prezydenckie zawsze bardziej ekscytują ludzi niż
parlamentarne. To zrozumiałe.
Julia Hartwig, nie tylko znakomita i płodna poetka, ale uznany w świecie
kultury autorytet etyczny, należy do komitetu wyborczego Henryki Bochniarz,
ale jej tam nie ma. Jest z nami. W zamkniętej enklawie pisarzy. Na pewno pracuje.
Na pewno powstają wiersze.
Ale nie powstają działania na rzecz promowania pani Bochniarz. Teraz, teraz
jest ostatni dzwonek, żeby się za to zabrać. Julia Hartwig prócz dorobku
literackiego ma siłę oddziaływania słowem. Jej się słucha. Gdyby
więc zamiast zamykać się w Oborach, urządziła serię spotkań po
domach kultury i bibliotekach w małych miasteczkach z repertuarem własnych
wierszy, wierszy przystępnych, przemawiających do każdego; niektóre
mają wręcz charakter poetyckich reportaży, otóż gdyby się tego
podjęła - gwarantuję - przysporzyłaby niemało głosów swojej kandydatce.
Małe miasteczka są dziś siedliskami prawdziwej inteligencji. Czyli inteligencji,
która czyta. Już nie pną się w górę, obywają małym, myślą
i czytają. Łatwo to sprawdzić po kwizach telewizyjnych, a głównie
radiowych. Kto odpowiada na pytania, nieraz wymagające dużej wiedzy? Otóż
prawie nigdy ktoś z Warszawy ani z wielkich miast. Wiedzą górują ludzie
małych miasteczek.
Nie chcę być źle zrozumiana. Nie mam zamiaru "zaganiać" sędziwej,
choć wspaniale się trzymającej poetki do ciężkiej pracy. Bo nie
ma co ukrywać. Byłaby to ciężka praca. Lecz niestety, sam akces do
komitetu nie wystarczy. Zwłaszcza że inne partie dwoją się i troją,
żeby zabłyszczeć. Zgoda, w większości bywa to błysk fałszywej
biżuterii, ale widoczny i jaskrawy. A naiwnych nie sieją.
*
Nie żal mi natomiast ani trochę Włodzimierza Cimoszewicza. Nigdy nie
był bohaterem mojego romansu, jak zwykł mawiać Jerzy Giedroyc, ale przyznam,
miałam o nim lepsze mniemanie. Bardzo szybko zapomniano mu zupełne zagubienie
w czasie wielkiej powodzi w roku 1997 roku, kiedy był premierem. Mógł
ocalić Wrocław od zalania, zatapiając ewakuowaną wioskę. Mimo fachowej
ekspertyzy nie podjął właściwej decyzji. Jeżeli ktokolwiek był
pomocny w tym kataklizmie, to media. Ale to już osobna sprawa.
Zapewne dziś pluje sobie w brodę, że zgodził się kandydować na
prezydenta. Chyba że były to z góry ukartowane ceregiele! Że nie,
że nigdy, że Puszcza Białowieska jest jego żywiołem. Że
żona, żona, której zdanie jest dla niego rozkazem, a żona nie
pozwala kandydować, i już! I co? Niewiele wody w Wiśle przepłynęło
i oświadcza, że startuje. Że zniewoliły go stosy błagalnych listów.
I od razu w sondażach wysforował się na pierwsze miejsce. Cimoszewicz
ratunkiem dla SLD. No bo kogóż mogliby mu przeciwstawić?
Zapomniano natychmiast zachowanie wobec sejmowej komisji ds. Orlenu, którą
najpierw niewybrednie zbeształ, choć jest marszałkiem tegoż Sejmu,
i świadkowania odmówił, a niebawem do zeznań jednak przystąpił.
Pomijam niewiedzę w sprawach największego przedsiębiorstwa, jakim jest
Orlen (słowa "nie wiem" padały z ust świadka Cimoszewicza bardzo często),
pomijam machinacje giełdowe majątkiem córki, pomijam sprawę asystentki
Anny Jaruckiej - niech je badają właściwe organa, ale trudno pominąć
coś, co jest czarno na białym: niedopełnienie obowiązku złożenia
deklaracji o stanie majątkowym we właściwym terminie. Zarzucił mu to
szef komisji etyki sejmowej, poseł Franciszek Jerzy Stefaniuk. I spotkał
się z ostrą reprymendą Włodzimierza Cimoszewicza. Teraz to wszystko
wyszło na jaw. Nawarzył piwa, niech pije.
Komisja sejmowa ds. Orlenu jaka jest, każdy widzi. Stronnicza. Nieraz zżymałam
się na pytania Romana Giertycha, Zbigniewa Wassermanna, Konstantego Miodowicza
czy Antoniego Macierewicza. Zachowywali się tak, jakby nie tyle chcieli dojść
prawdy materialnej w sprawie, do której zostali powołani, ale raczej chcieli
zjeść wroga partyjnego w kaszy. Zachowanie zachowaniem, ale coś z brzydkich
spraw na wierzch wyszło.
A już myślałam, że Cimoszewicz z całego tego towarzystwa postkomunistów
najuczciwszy! I wyszło szydło z worka. Bóg z nim, niech się morduje
dalej w walce wyborczej. Ale notowania w sondażach mu spadły. Był prawie
pewniakiem. Ale już nie jest. Nie jest.
*
Karol Modzelewski, którego poznałam przed laty w niecodziennych okolicznościach
w Tatrach, od dawna profesor historii na Uniwersytecie Warszawskim, zachwycił
mnie ostatnio artykułem w Gazecie Wyborczej. Artykuł jest duży,
dwukolumnowy, ale czyta się go jednym tchem. Rzecz dotyczy pracy Instytutu
Pamięci Narodowej. Otóż Karol Modzelewski, nie podważając konieczności
istnienia Instytutu, stawia tezę, iż historycy, którzy w nim pracują,
pomylili się w wyborze zawodu: "...powinni byli iść na prawo karne, zostać
prokuratorami albo sędziami. A może policjantami, ale na pewno nie historykami".
Teza podbudowana mocno dowodami, dlaczego tak myśli.
Miałam podobne wrażenie; nie mogłam wyjść ze zdziwienia, dlaczego
ludzie IPN-u tak pracują, dlaczego tak się dzieje, skąd zajadłość
personalna, skąd wiara w prawdziwość dokumentów esbeckich i niewiara
w inne źródła. Skąd to wszystko bierze się u ludzi, których znałam,
szanowałam.
Prawdę powiedziawszy, Modzelewski też psychologicznie tej postawy nie
wyjaśnia. Jednak konstatuje, że nie są to historycy z prawdziwego zdarzenia.
*
Piszę te zdania 15 sierpnia, w dniu rocznicy cudu nad Wisłą. Cud zawierał
się w determinacji i bohaterstwie obrony oraz w geniuszu polskich kryptologów,
którzy bezbłędnie i na bieżąco rozszyfrowywali radiowe komunikaty
sowieckie o posunięciach ich wojsk. Józef Piłsudski miał codziennie
na biurku, czarno na białym, najmniejsze posunięcie ich oddziałów tak
na północnym, jak i na południowym froncie. Cud zawierał się również
w tym, że nie pobierając nauk w West Point po mistrzowsku z wiedzy tej
skorzystał. A istniało wielu dowódców, marszałków, generałów,
świetnie wykształconych wojskowo, i wcale niekoniecznie naszych, którzy
sprawę "przefajdali" (jeżeli mam być blisko języka niektórych wypowiedzi
naszego Komendanta).
|