|
Część
pierwsza rozmowy
Przyzwoitość
była miarą
Z Władysławem Frasyniukiem, jednym z przywódców strajku
Sierpnia '80 we Wrocławiu, rozmawia Elżbieta Sitek
Elżbieta
Sitek: - O czym przekonał się Pan w czasie tych 6-7
dni, że będzie inaczej, lepiej?
Władysław Frasyniuk: - Strajk dla mojego pokolenia był przygodą,
nie znaliśmy konsekwencji tego, co się wydarzy. Po strajku zaczęła się
gwałtowna edukacja. Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć,
że moje pokolenie, ci, którzy organizowali Solidarność, pokończyli
uniwersytety. Zdobyliśmy taką wiedzę o ludziach, wiedzę z socjologii,
z psychologii; umiejętność rozładowywania napięć, stawania na czele,
a także świadomość, że lider zostaje sam. Proszę zwrócić
uwagę, że stan wojenny był także okazją do poznawania samych siebie;
o ile te 16 miesięcy to była bitwa o demokrację, samoorganizacja, samoedukacja
- to stan wojenny był opowieścią o naszych słabościach. Z więzienia
ci aktywni wyszli z dystansem do siebie. Okazało się, że nie jesteśmy
tacy świetni, wspaniali, że strach jest na stałe przypisany do człowieka,
że trzeba go stale zwalczać i przełamywać, że potrzebna jest stała
motywacja. I wtedy to, czego się wcześniej nauczyliśmy, zaczęło mieć
praktyczne znaczenie. Czasem wydawało się, że nie znajdziemy motywacji,
żeby się ukrywać, a niektórzy mówili: a po co, Władek - przecież
można żyć inaczej; po co, Marysiu - przecież za to grozi 5 lat
więzienia... Do dzisiaj mówią o nas złośliwi: "etosowcy". Człowiek
uświadomił sobie, że życie bez wartości jest anarchią, że
nie można odnieść sukcesu, nie można zmobilizować ludzi do odwagi,
do działania, do przyjmowania strachu, jeżeli nie wierzy się w wartości.
I wtedy okazało się, że teoria i praktyka to dwie różne rzeczy.
Stan wojenny z mojego punktu widzenia jest bardzo ważny, bo przekładał
się w codziennym życiu na praktykę i był ważną lekcją dla
polskiego społeczeństwa. Władza sprawdzała, czy dorośliśmy do demokracji,
okazało się, że dojrzeliśmy wszyscy, te dziesiątki tysięcy ludzi,
którzy nam na co dzień pomagali.
Po 1989 roku ludzie z podziemia poszli do pracy, bo wszyscy, podobnie jak ja
w 80 roku, nie chcieli być urzędnikami, parlamentarzystami, chcieli być
przyzwoitymi ludźmi, którzy pracują w przyzwoitych instytucjach. I
wtedy mnie zabrakło tej determinacji, o której mówił Olek Labuda. To
ja powinienem był ich wtedy zatrzymać i powiedzieć: "Jak to, jest nowa
sytuacja, państwo potrzebuje sprawdzonych ludzi, odpowiedzialnych". I to jest
chyba jeden z największych błędów, które popełniłem. Mam wyrzuty
sumienia, że minęły już 24 lata od stanu wojennego, a 25
od powstania Solidarności - i nie ma pozytywnego przesłania, nie ma ludzi
ani nie ma pamięci o tych ludziach. Oni nie potrzebują pieniędzy, odznaczeń;
potrzebują szacunku. I dlatego się buntuję. Dlatego lubię tę tablicę
przez 364 dni, a nie lubię jej w ten świąteczny. Uświadamiam sobie,
że przychodzą ludzie, których nigdy nie znałem z imienia i nazwiska.
Dzisiejsza władza powinna oddawać hołd tym, którzy stoją w cieniu,
ale ona myśli tylko o sobie. "Mundek", "Monter", "Zosia" i wielu innych są
tacy sami, jacy byli w 1980 czy 81 roku.
- Czy zastanawiał się Pan kiedyś, jak oceniają tamte wydarzenia Pana
współtowarzysze, uczestnicy strajku - kierowcy, mechanicy, robotnicy?
- Różnie. Ci, którzy się wówczas angażowali, mówią, że
nie rozumieją obecnej krytyki, narzekania, dla nich to wszystko, co się
wydarzyło, to ich wspaniała młodość, która zakończyła się
sukcesem, wygranym powstaniem. Inni narzekają, że nie radzimy sobie z
wolnością, że koszty budowania wolnego państwa są duże i że
ci, którzy walczyli, bardzo często nawet nie dotknęli jeszcze owoców
zwycięstwa. Ale też, jak mi się wydaje, jest to problem zmiany mentalności.
Stosunkowo łatwo jest zdobyć wolność granic, wolność państwa,
ale bardzo trudno wybić się na osobistą wolność. Nie chciałbym używać
określeń, które dzieliłyby ludzi, ale jesteśmy społeczeństwem
postniewolniczym. Kiedy słyszę, że 16 lat po okrągłym stole ludzie
boją się zakładać związki zawodowe - to się szczypię. Mam wrażenie,
że państwo jest tak słabe... wszędzie organizują się związki
przestępcze, mafie... Przeczytałem właśnie, że jest jakaś aukcja
zameczku kupionego za grosze, a teraz ktoś w internecie sprzedaje go bez jakiejkolwiek
renowacji za parę milionów złotych. To państwo prawa powinno być strażnikiem
zasad! Jak patrzę na lustrację, na ten chaos w polityce, to myślę, że
zasady, o które walczyliśmy, gdzieś się zapodziały. Znowu powołam
się na Olka Labudę, który jest nie tylko znakomitym intelektualistą,
ale też świetnym kucharzem. Kiedyś jedliśmy w restauracji befsztyk.
Kiedy okazało się, że befsztyk jest mielony, Olek poprosił kelnera
i tłumaczył mu, jak przygotowuje się mięso na befsztyk. Kelner z wyższością
spojrzał na niego i mówi: - Przepraszam, ale pan nie doczytał, to jest
"befsztyk mazowiecki". Wtedy Olek powiedział: "Pamiętaj, Władku, w komunizmie
przymiotniki miały zasadniczą część przepisową". I dzisiaj jest
jak z tym befsztykiem - mamy "mazowiecką" równość, "mazowiecką" sprawiedliwość.
Ja mam poczucie porażki. A moi koledzy? Oni byli kiedyś nazywani "wielkoprzemysłową
klasą robotniczą", ale te podziały klasowe zniknęły już podczas
strajku w zajezdni, potem okazało się, że wybitni intelektualiści
z Uniwersytetu Wrocławskiego czy Politechniki mieszkają w tych samych kamienicach,
co my, są tacy sami jak my. Profesor Mieczysław Zlat powiedział kiedyś:
"Myśmy się wszyscy uczyli od was", czyli uczyliśmy się nawzajem od siebie.
A dziś wszyscy mają poczucie porażki - skończyła się wielkoprzemysłowa
klasa robotnicza, nie ma wielkich przedsiębiorstw, nie ma tych tysięcy ludzi,
którzy mieli poczucie siły i wspólnoty... Organizatorzy strajków są
świadomi, że nie cieszą się szacunkiem w swoim środowisku. Często
dumnie mówili: "Ja organizowałem te związki" i słyszą: "Co z tego
mamy, biegamy za frajerów, bo ktoś chciał się urządzić albo odcinać
kupony od swojej byłej kariery; dlaczego tak jest, że złodziej ma się
lepiej niż przyzwoity obywatel?". Kiedyś po spotkaniu z kolegami z zajezdni,
które zorganizował Tomek Surowiec, taki starszy kierowca zwrócił się
do mnie: "Panie Władku, to jest oczywiste, oni pana kochali, a teraz wie pan,
dlaczego pana nie lubią? Jak pan odszedł z Solidarności - to odszedł
przywódca, nie było nikogo na pana miejsce. Nie było z kim pogadać;
a z drugiej strony zazdroszczą, że pozostał pan silny, oni nie. Nadal
by pana kochali, gdyby chodził pan w worku pokutniczym, mają potrzebę,
żeby był pan jednym z nich. Wyszedł pan z tego środowiska i jeszcze
nie jest w tamtym; jest pan gdzieś pośrodku". I myślę, że to prawda.
Moje pokolenie, pokolenie tych liderów robotniczych, nie należy dziś
ani do robotników, ani do inteligentów, my jesteśmy pośrodku.
- ...ale warto było walczyć?
- Zawsze warto walczyć, niezależnie, czy jest to system totalitarny,
czy demokratyczny, walka stanowi o wartości i wielkości człowieka, nie
zwycięstwo; to charakter cię pcha do naturalnej walki - nie żeby zabić
sąsiada, ale żeby zmienić rzeczywistość, znaleźć w sobie
siłę do zmiany. Mnie tego dziś brakuje. Miałem kiedyś spotkanie w
elitarnym liceum. Przede mną wystąpił mój kolega, świetnie wykształcony
Ryszard Petru. "Najważniejsza jest znajomość komputera, języki" -
mówił. Wstałem i powiedziałem: "Przede wszystkim liczą się: charakter,
wartości i wiedza. Komputer i języki to narzędzia". Janek Lityński mówi,
że zna ludzi, którzy władają dwunastoma językami i w żadnym
z nich nie mają nic do powiedzenia. Ja sobie dopiero po latach uświadomiłem,
że żaden uniwersytet nie uczy podejmowania decyzji. Charakter ma się
zakodowany genetycznie.
Staram się o tym przekonywać mojego syna i tych wszystkich młodych ludzi,
którzy przychodzą do Partii Demokratycznej, przychodzą z dobrymi intencjami
do partii, która jest poza parlamentem. Uczę ich, żeby pamiętać
o wartościach, mieć poglądy i nie bać się ich wyrażać, wszędzie
- w taksówce, na imieninach, spotkaniach, w miejscu pracy. Ludzie potrzebują
rozmowy, potrzebują argumentów.
- Jakie jest największe, według Pana, osiągnięcia sierpniowego strajku?
- Z dzisiejszej perspektywy największe zdobycze strajku we Wrocławiu -
to że, jak już powiedziałem, Dolny ląsk stał się naprawdę
polski, stał się naszą "małą ojczyzną", w końcu rzeczywiście
wrócił do macierzy. Od tego momentu staliśmy się wrocławianami, staliśmy
się Dolnoślązakami, mamy powody do dumy i staliśmy się lokalnymi patriotami.
Drugie - tylko we Wrocławiu zniknęły podziały klasowe; do Gdańska
przyjechali inteligenci z Warszawy, w Krakowie, nawet w stanie wojennym był
Kraków i Nowa Huta, tylko we Wrocławiu pojawił się ten fenomen. I trzeci
sukces - to, że już 1 września myśleliśmy o samoorganizacji i
obywatelskiej samoedukacji; powstała tu pierwsza wszechnica związkowa. To
tu od pierwszego dnia stanu wojennego był największy opór. Powtarzam bez
fałszywej skromności - nie mieliśmy w sierpniu podpisanych porozumień,
nie pokazano nas w telewizji, ale to te trzy wyznaczniki złożyły się
na siłę wrocławskiej Solidarności. Żadne ważne miasto nie mogło
sobie wpisać tego, co załatwiliśmy przez kilka dni strajku.
- A gdyby spojrzeć szerzej ....
- Przyzwoitość, otwartość. Wtedy ludzie uwierzyli w siebie...
- Nie podpisanie 21 postulatów?
- Nie, to są tylko "narzędzia". Nie przywiązuję do tego większego
znaczenia. Solidarność, okrągły stół - to są etapy. Ludzie są
ważni, nie porozumienia, nie papier - ludzie są ważni! Nie programy,
ludzie są nośnikami programów. Tęsknię do tamtej przyzwoitości.
Przychodzili ludzie z komisariatów MO i konspirowali z nami, bo chcieli zakładać
komórki Solidarności, przychodzili wojskowi, nikt nie pytał, czy jesteś
w partii, czy nie - członkowie PZPR byli w czołówce tego ruchu, dziś
pewnie by im to wytknięto... Oni chcieli być przyzwoitymi ludźmi, chcieli,
żeby ta partia była też przyzwoita. Nieprawda, że to robotnicy
wymyślili hasło: "Socjalizm z ludzką twarzą" - hasło, które ja pamiętam,
brzmiało: "Lepiej umrzeć na stojąco niż żyć na kolanach". Nie
pytaliśmy nikogo, skąd przychodzi; skoro jest z nami to znaczy, że chce
z nami coś wspólnie zdziałać.
W stanie wojennym wielu z nas musiało się wycofać, z różnych powodów:
dzieci, rodziny, wielu było sparaliżowanych strachem, jak to się zakończy...
W moim pokoleniu wielu ludziom "złamano kręgosłupy" i efekt jest taki,
że po 1989 roku nie było takiego festiwalu radości, nie było powrotu
do tamtej atmosfery. Stąd jestem zwolennikiem poglądu, żeby nie przejmować
się "papierami" i nie przyjmować dogmatycznie wszelkich dat. Uważam,
że współczesną datą odzyskania niepodległości jest 31 sierpnia,
kiedy ludzie stali się wolni.
Zgubiliśmy gdzieś po drodze naszą wielkość. Dowiadujemy się o niej
od Bono na koncercie U2 w Chorzowie, bo na całym świecie fenomen Solidarności
żyje.
|