Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Chamo
sovieticus
Tak się składa, że najważniejsze chwile w życiu mego pokolenia
spędzam w Bieszczadach - jakbym uciekał w te góry przed wyrokami historii.
Tymczasem to historia i Bieszczady wykonały kilka wyroków na mojej rodzinie.
Ciągnie mnie tam jak przestępcę na miejsce zbrodni, choć to nie ja jestem
zbrodniarzem. A może podświadomie wracam, jak pies do budy, do matecznika,
gdy zanosi się na burzę? Tak było w sierpniu 1968 r., w grudniu 1970 r.
i w sierpniu 1980 r. Teraz znowu tu jestem i aż wstrzymuję oddech, gdy
mijamy Patryję pod Jabłonkami, gdzie zginął "generał Walter", co upamiętnia
szpetny pomnik. Od Durnej już nie strzelają, co najwyżej wyskoczy
zza rogu jakiś dureń uzbrojony w rozpędzonego opla i rozjedzie kolejne
dziecko.
Tymczasem jedziemy bezpiecznie fiatem, kierowanym przez Jolę Buziewicz -
"milusianą przydaśkę" w nazewnictwie jej męża, doktora Marka Wilka.
"Przydaśka" gromadzi wszystko, co może się przydać, ma więc przy
sobie cztery nagrobne znicze, jakie zapalimy wkrótce na bieszczadzkim szczycie.
Zza zakrętu pod Ryczywołem, niedaleko "Cienia PRL-u", wybiegło na drogę
stado ryczących buhajów, jakby żywcem wyjęte z legendy bieszczadzkich
kowbojów. "Cień PRL-u" to zajazd między Cisną i Wetliną, z czerwoną
flagą i restauracją o nazwie "Ostatnia deska ratunku", gdzie o chwilę
zadumy proszą ze ścian portrety Gomułki i Cyrankiewicza. Jest niedziela,
21 sierpnia, i jest nad czym dumać w rocznicę "pomocy", jakiej udzielił
PRL "bratniej Czechosłowacji".
O inwazji dowiedziałem się na Połoninie Wetlińskiej z Radia Wolna Europa,
słyszanego tam prawie bez zakłóceń. Teraz idziemy na Kremenaros, gdzie
spotykają się trzy granice: Polski, Słowacji i Ukrainy. Z połonin Wielkiej
Rawki widać naraz trzy kraje i jest to widok zapierający dech w piersiach.
Ludzie, którzy wysłali czołgi na drugą stronę granicy, zapewne nigdy
nie nasycili oczu "najpiękniejszym widokiem świata" - jak twierdzi Jola,
rozkochana w tych stronach. A już na pewno nie był na Wielkiej Rawce generał
Jaruzelski, bo nie mógłby dziś przepraszać Czechów za tłumienie
Praskiej Wiosny; skończyłby na udar mózgu lub zawał po ujrzeniu piękna
ziemi, którą kazał przeorać gąsienicami. Ojciec stanu wojennego stale
utrzymuje w wywiadach, że jest człowiekiem wrażliwym na piękno,
że o ludzkiej krzywdzie nie wspomnę.
Nie będę też przypominał, co ten żywy cień PRL-u mówił
o Czechach w pamiętnym Sierpniu '68. Wiemy wszyscy, co zrobił nasz największy
(rangą) homo sovieticus, usłużnie wykonując rozkazy Moskwy.
Gdyby odmówił, zostałby bohaterem narodowym i Czechów, i Polaków,
a tak? Teraz w czeskiej telewizji bije się w piersi, gdyż ówczesne działania
"martwią go i mu dokuczają". Jeszcze trochę, a zacznie generała martwić
Grudzień '70 i zacznie mu dokuczać Grudzień '81, a wtedy zupełnie wyrzeknie
się "jedynie słusznej" decyzji o rozgromieniu "Solidarności". Byłby
to prawdziwy dramat, zaiste.
Na razie nic takiego nam nie grozi i ze spokojnym sumieniem możemy wspominać
gorące lato 1980 r. Ponure cienie PRL-u snują się jednak po III RP niczym
mgły nad Chrewtem, gdzie stajemy obozem w domku Joli i Marka. Siedzimy w bieszczadzkim
worku, a dalej na północ, jak na innej planecie, rozciąga się kraj chory
na "chorobę niewolników", choć mija właśnie ćwierć wieku od podpisania
porozumień sierpniowych. Jak mówił ksiądz profesor Józef Tischner,
"przebaczenie to jedyne lekarstwo na chorobę niewolników; jak długo nie
będzie przebaczenia, tak długo będzie trwać choroba". Trwa więc nadal,
bo nikt nikomu niczego w Polsce nie wybaczył i nie wybaczy. Gruba kreska nie
odcięła ciemnej przeszłości, a jedynie podkreśliła winy winowajców.
"Przydaśka" rozpala przed domkiem ognisko pod grilla (a tak, w przeciwieństwie
do zwariowanej Ameryki i Kanady, w Polsce można jeszcze palić koło domów
ogniska) i dochodzimy z Jolą, Vicki, Wiktorem i Mateuszem do niewesołego
wniosku, że cienie PRL-u nie zejdą z tych połonin jeszcze długo, może
nawet nigdy. Homo sovieticus zagnieździł się w świadomości
zbyt głęboko i wzbogacił o rodzimą mutację, nazywaną przeze mnie
chamo sovieticus. To on cofa ten kraj do epoki wczesnego feudalizmu.
Tępi ludzi wybitnych, prześladuje zdolnych, uprawia mobbing, donosi i rozgłasza
fałszywe oskarżenia. Najwięcej go na państwowych posadach, nawet najwyższych
urzędach, w ministerstwach, zarządach i dyrekcjach. Pełno go w szkołach
i na uczelniach, na ulicach, w urzędach celnych i redakcjach, w szpitalach
i domach opieki, a zdarza się, że i w kościele. Jest wszędzie i ma
się dobrze. Parafrazując lekko księdza Tischnera: chamo sovieticus
"nie zna różnicy między swym własnym interesem a dobrem wspólnym.
Może podpalić katedrę, byle sobie przy tym ogniu usmażyć jajecznicę".
Chamo sovieticus jeszcze długo pozostanie w polskim krajobrazie -
"pełen roszczeń, zawsze gotów do obwiniania innych, a nie siebie, chorobliwie
podejrzliwy, przesycony świadomością nieszczęścia, niezdolny do poświęcenia
siebie", ale za to bardzo chętnie poświęcający innych. Od roku przyglądam
się rodzimym chamo sovieticusom i nadziwić się nie mogę ich nadprodukcji.
Okazuje się, że choroby nazwanej jakże celnie przez ks. Tischnera
nie można uleczyć samą zmianą systemu, tak jak "nie wystarczy zburzyć
stodołę, aby na jej miejscu powstał dom". Twór ten tak łatwo nie wyparuje
z polskich głów, bo to choroba dziedziczna, zapisana w genach, niczym kły
w ponurym spadku po wampirze.
Na Wielkiej Rawce zapaliliśmy znicze rozsypanym tu przed trzema laty prochom
miłośnika Bieszczad Tadeusza Rybickiego, sędziego i doktora praw z Warszawy;
22 września 2002 r. spadł w Tatrach z Koziej Przełęczy do Dolinki Pustej, ale
w testamencie wskazał "najpiękniejsze góry świata" na miejsce wiecznego spoczynku.
Cztery płomienie szarpane wiatrem upamiętniły także czeskie i polskie ofiary
chamo sovieticusa, wciąż kładącego się na wolnej Rzeczpospolitej długim
cieniem PRL-u...
|
|