Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Barszcz
Sosnowskiego
"Ruchem świata jest powrót" - mówi do Mateusza 25-letnia Aneta Wiktoria,
gdy idziemy na wycieczkę, a nad nami wisi to samo, co przed ćwierć wiekiem,
pochmurne niebo sierpniowe, którego oni nie pamiętają, grozi poparzeniami
ten sam barszcz Sosnowskiego*), czernieje ten sam groźny las Grabiński,
rosnący w tym samym miejscu przy trasie na Iwonicz z widokiem na Cergową,
gdzie faszyści rozstrzelali 72 partyzantów; potem odpoczynek na szczycie
i zejście zboczem Winiarskej na świeżego pstrąga z zimnym piwem. Trzy
różnice w tym krajobrazie to obecność Anety, rówieśniczki Solidarności,
i Mateusza - dziecka stanu wojennego, obecność baru, przyklejonego do zbocza
i oblepionego parasolami z napisem "Tyskie", oraz świeży wysyp domów
na zboczach - widomy znak przemian zapoczątkowanych tamtego lata. Przy barze
zatrzęsienie nowych samochodów - odpucowane, tryskające optymizmem znaki
nowego statusu ich właścicieli, a oni jakoś dziwnie smutni, przygaszeni,
zupełnie niepasujący do swoich aut. Na tle tych szarych twarzy jaśnieje
pogodna, ufna twarz Mateusza: zaraz widać, że nietutejszy.
To samo widać w telewizorze: jasne, radosne twarze obcokrajowców recytujących
po polsku w programie "Europa da się lubić..." wierszyk Władysława Bełzy
Kto ty jesteś? Polak mały... oraz spętane twarze widowni i osowiałą
fizjonomię Jerzego Pilcha mówiącego o swej rodzinnej Wiśle, że widzi
nowe domy, ale pośród nich trudno mu wytropić znaną mu z dzieciństwa
krainę szczęśliwości. Z telewizora płynie o wiele więcej, gdy wsłuchać
się jedynie w teksty wystąpień: kardynał Józef Glemp na Jasnej Górze,
w rocznicę wielkich ruchów społecznych rozprawiający się z ruchami
feministycznymi, czy prezydent Kwaśniewski, wygłaszający z okazji rocznicy
bitwy warszawskiej kilka okrągłych banałów na temat przyjaźni z
narodem rosyjskim - bez słowa komentarza na temat bicia polskich dyplomatów
i dziennikarzy oraz prześladowań białoruskiej Polonii.
Jestem w tych samych stronach, co ćwierć wieku temu, gdy moja matka Alicja
pisała do mnie z wysokości nieruchomego żurawia Stoczni Gdańskiej:
"Stoimy już trzecią dobę, a gdy odrzucą żądania, zrobimy koniec".
A zaczęło się zupełnie niewinnie, od żądania przywrócenia do
pracy koleżanki mojej matki, Anny Walentynowicz. Potem dołączono inne
postulaty, ale na początku poszło, zupełnie jak w raju, o kobietę. Nie
myślę, by kardynał Glemp wiązał mocnym spoiwem myśli biblijną
Ewę z Anną Walentynowicz, ale przecież wygnanie pani Ani z raju Stoczni
im. Lenina spowodowane było sięgnięciem przez nią po zakazany owoc męskiej
chwały, czyli walkę o prawa pracowników. Na Wybrzeżu poszło o kobietę,
którą sami stoczniowcy zrównali w prawach z mężczyzną, i jakoś
im nie przeszkadzało to "feministyczne" podejście. Upominam się zatem
o szacunek dla wyzwolonej i wyzwalającej nas Anny Walentynowicz, dla wyzwolonej
i wyzwalającej nas mojej matki, dla wyzwolonej i wyzwalającej nas Elżbiety
Prinke-Ciecholewskiej, jak i innych wyzwolonych i wyzwalających nas kobiet
ze Stoczni Gdańskiej i tysięcy z innych zakładów. To one, kobiety, miały
najwięcej do stracenia.
Polska po 25 latach jest zupełnie innym krajem, choć takim samym, dlatego
jestem za tą Polską, a nawet przeciw niej - jak by powiedział Lech Wałęsa.
Ryszard Kapuściński w Lapidarium: "Jeśli chcesz rozpętać burzę,
skłócić ludzi, ba, nawet całe narody podzielić na wrogie obozy i doprowadzić
je do wojny - podnieś najzupełniej błahą sprawę do rangi narodowego
lub religijnego symbolu i wmów innym, a przede wszystkim swoim pobratymcom,
że od jego losów, od jego triumfu, lub przeciwnie - klęski, zależy
ich przyszłość, więcej - życie samo". Człowiek rzadko bowiem zdobywa
się na myślenie racjonalnie, "natomiast z zapałem rzuca się w odmęty
uwznioślonej bzdury i uświęconego absurdu" - jak pisał Kapuściński.
"Wystarczy wymyślić pretekst, a już będziemy skakać sobie do oczu,
brać się za bary, rozłupywać czaszki". Święta prawda. Szkoda tylko,
że niegłoszona z miejsc uświęconych. Jakby nauki Jana Pawła II wyparowały
z dostojnych głów.
Nie wiem, czy ma to jakiś związek, ale na polskich drogach ginie co roku
ponad sześć tysięcy ludzi, czyli o półtora tysiąca więcej, niż
poległo polskich żołnierzy w bitwie warszawskiej, stosunki z Rosją
są tak samo przepojone nienawiścią, jak przed 85 laty, Polacy tak samo
narzekają na swój los, jak przed powstaniem Solidarności, takie same,
jeśli nie głębsze, różnice dochodów dzielą Polaków na wąską
grupkę bogaczy i szarą większość przeciętniaków z przewagą biedoty.
Jeśli odrzucić powszechne narzekactwo i tradycyjne polskie malkontenctwo,
a posłużyć się jedynie statystykami, obraz może się okazać
znacznie gorszy od zewnętrznych przejawów poprawy: statystyki mówią,
że 40 procent polskich rodzin żyje za 400 złotych miesięcznie. Czytam
o tym przy pstrągu z piwem, za którego zapłacę 40 złotych, i wierzyć
mi się nie chce, ale zaraz przypominam sobie przyjaciół uwięzionych
w swoich mieszkaniach z powodu braku pieniędzy na bilet tramwajowy - i pyszny
pstrąg przestaje mi smakować. Piwo, i owszem, smakuje, tym bardziej że
można nim zalać robaka.
"Ruchem świata jest powrót" - mówi przy piwie 25-letnia Aneta Wiktoria
do młodszego o dwa lata Mateusza; wisi nad nami to samo, jak przed ćwierć
wiekiem, pochmurne niebo sierpniowe, którego oni nie pamiętają, grozi
poparzeniami ten sam barszcz Sosnowskiego, którym skarmiano krowy w sowchozach.
Dotknięcie tego barszczu powoduje poparzenia słoneczne i niegojące się
łatwo rany, zupełnie jak bitwa warszawska, która nie zakończyła się
ani 85 lat temu, ani z chwilą powstania Solidarności i upadku imperium w
dekadę później, ale ślimaczy się i swędzi tak samo jak zawsze,
a kobiety, jak przed ćwierć wiekiem, sprowadzane są z wyżyn dźwigów
w Stoczni Gdańskiej do poziomu podłogi w kuchni, gdzie podobno ich miejsce
- i to na kolanach, ze szmatą w jednej ręce i dzieckiem na drugiej...
*) Barszcz Sosnowskiego (Heracleum sosnowskyi) oraz barszcz Mantegazziego
(Heracleum mantegazzianum), dwie rośliny kaukaskie ściągnięte
do Europy jako rośliny pastewne bądź ozdobne, stały się groźnymi
chwastami, wypierając z naturalnych stanowisk gatunki rodzime. U ludzi zetknięcie
skóry z tymi roślinami wywołuje uczulenie na promienie słoneczne.
|
|