PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 19 sierpnia 2005


JAN ZIELIŃSKI

Pod innym kątem

Pokochać
przedmiot


Rozproszone. W przypadku pisarza taki tytuł sugeruje, że mamy do czynienia ze zbiorem tekstów, rozproszonych dotąd po czasopismach i drukach ulotnych. Jakieś recenzje, wywiady, noty, wstępy, posłowia i inne literackie paraphernalia, nieprzedrukowywane w dotychczasowych zbiorach tego autora. Ale jest w tym słowie pewien paradoks. Jego przeciwieństwem byłoby bowiem: "zebrane". A przecież te Rozproszone też są zebrane, może nawet z większym trudem niż teksty pozbierane przez samego autora (w przypadku Czapskiego: Oko, Tumult i widma) lub przy jego udziale (Patrząc, Czytając). Słowo "rozproszone" ewokuje dopełnienie: "zebrane". Dopowiada to karta tytułowa: "Teksty z lat 1925-1988. Zebrał i notami opatrzył Paweł Kądziela".*)

Rzecz się komplikuje, kiedy pisarz był, jak Czapski, także malarzem. Słowo "rozproszone" każe wówczas myśleć o świetle, o pewnym zamgleniu, nieostrości konturów, unikaniu czarno-białego widzenia świata. Ale i w tym słowie kryje się paradoks. Jego przeciwieństwem byłoby bowiem: "skupione". A przecież te Rozproszone też są skupione, Czapski jak mało kto umiał skupić uwagę na drugim człowieku, na jakiejś myśli, cytacie, na konewce, klamce czy innym szczególe. Dobrze ten jego stan skupienia ilustruje umieszczona na okładce fotografia, której autorką jest Maria Czapska. W rozproszonym świetle, na ziarnistym tle okna Czapski patrzy na coś przez okulary w rogowej oprawce, aż do zaciśnięcia warg i usztywnienia szczęki skupiony. Słowo "rozproszone" ewokuje w tym wypadku dopełnienie: "skupione".

*

Z tekstów zawartych w tym 500-stronicowym tomie można wyłuskać małą kronikę życia Józefa Czapskiego, alternatywną wobec innych tego typu zestawień, a pokazującą zarówno szeroki wachlarz spraw, które go poruszały, jak i ciągłe przeplatanie się optyki pisarza z optyką malarza.

1914 - w Szwajcarii podczas wspólnej wyprawy w Alpy zażarcie ("czyśmy w ogóle zauważyli góry wokół nas?") dyskutuje z Tadeuszem Romerem na tematy religijne.

1921 lub 1922 - w Warszawie Dymitr Fiłosofow czyta Czapskiemu otrzymany potajemnie wiersz Mandelsztama Na strasznej wysokości błądzący ognia blask: "Pamiętam oczy Fiłosofowa, gdy mi ten wiersz Mandelsztama czytał" (tymi słowy kończy się omawiana książka).

1925 - w Paryżu Czapski uczestniczy w trzech publicznych wykładach Mariana Zdziechowskiego, których główna teza brzmi, że bolszewizm może obalić jedynie myśl religijna. Zdziechowski zapoznaje Czapskiego z księdzem Lucienem LaberthonniŹre, co "szedł przez świat, nie słysząc rozgwaru świata, z oczami zamkniętymi na zmienną rzeczywistość" (Zdziechowski).

1926 - po raz pierwszy odwiedza paryski salon Cypriana i Idy Godebskich. Idzie przez place St. Lazare, na który patrzy okiem malarza, ale nie kolorysty, którym był, tylko impresjonisty: "wymijając sznury huczących, trąbiących autobusów, ciężarówek, samochodów, tłumy spieszących ludzi o twarzach różnokolorowo oświetlonych światłami kawiarni i blaskiem barwnych afiszów, przez plac, gdzie najcięższy jest oddech Paryża".

1928 - w Neuilly odwiedza w jego domu, na który patrzy okiem malarza ("Duży salon w tonach zgaszonych niebieskich, szare ze złotem boazerie, piękny portret szkoły angielskiej, przypuszczalnie Shelleya na tle drzewa i obłoków"), prozaika André Maurois ("jest siwiejącym czterdziestokilkuletnim człowiekiem o ruchomej, nerwowej twarzy i żywych oczach") i przeprowadza z nim wywiad (Maurois: "Fabryka, a potem wojna dały mi bezpośrednie zetknięcie z ludźmi [...]").

1928 - W Paryżu ogląda i recenzuje dedykowaną Piłsudskiemu (jako wrogowi "zoologicznego" nacjonalizmu) wystawę Artura Szyka: ozdobiony niezliczoną ilością miniatur i winiet artysty tekst statutu wiślickiego, który zatwierdzał prawa udzielone polskim Żydom przez Kazimierza Wielkiego.

1929 - uczestniczy w spotkaniach Union pour la Verité (tu zabrakło w książce przypisu, że chodzi o stowarzyszenie założone pod koniec XIX wieku dla dyskutowania kwestii etycznych, początkowo jako Union pour l'Action morale, a od czasu sprawy Dreyfusa pod nazwą Związku na rzecz Prawdy).

1930 - odwiedza w jej domu na prowincji Francji amerykańską awangardową pisarkę Gertrude Stein. Usłyszał od niej: "Przecie artysta znaczy dopiero wtedy, kiedy jest s a m."

1930 - w warszawskiej "Zachęcie" fachowym okiem patrzy na retrospektywną wystawę obrazów i rysunków poety-malarza Tytusa Czyżewskiego: "Wiszą one w małym pokoiku, obitym ordynarną czerwoną tapetą, są tak stłoczone, że wzajemnie się gaszą, ramy, podobna jedna do drugiej, również w niczym nie podkreślają walorów każdego obrazu z osobna".

1932 - w paryskiej Orangerie fachowym okiem patrzy na retrospektywę Maneta, zwracając uwagę na szczegóły techniczne: "to ostatnie płótno nadesłane z Londynu (Col. Courtauld) wisi pod szkłem w hermetycznej szkatule z termometrem i barometrem, regulującymi wewnętrzną temperaturę i ciśnienie powietrza. Koloryt tego płótna jest zachowany, jakby ono było wczoraj malowane".

1933-34 - Na łamach Wiadomości Literackich współtworzy Kolumnę Plastyków, w której wdaje się w namiętne polemiki i spory, broniąc polskiej sztuki przed prowincjonalnością. Tam publikuje programowy artykuł "Literatura i plastyka".

1941 - W Tocku na stepie orenburskim ("Opieka nad przybywającymi z północy żołnierzami") okiem malarza patrzy na przybyłego z zesłania Romana Hausnera: "Miał na nosie okulary, w których zamiast jednego szkiełka był wklejony karton, w środku zaś tego kartonu był misternie wprawiony drobniutki kawałek szkiełka".

1943 - podczas pobytu z wojskiem polskim na Bliskim Wschodzie zwiedza muzeum w Bagdadzie; w dziale rzeźb i waz sumeryjskich odnajduje "źródła sztuki nowoczesnej": połączenie elementu naturalistycznego z abstrakcyjnym.

1967 - wraz z siostrą i Konstantym A. Jeleńskim pisze oświadczenie wyrażające solidarność z zaatakowanym (wojna sześciodniowa) Izraelem. Otrzymują setki listów z wyrazami poparcia.

1968 - piętnuje antysemicką nagonkę w PRL, nazywając ją hańbą.

1968 - wyraża solidarność z Natalią Gorbaniewską i innymi Rosjanami, którzy protestują przeciwko agresji na Czechosłowację.

1976 - bierze udział w odsłonięciu pomnika katyńskiego w Londynie, ostro krytykując rząd brytyjski za negatywny stosunek do tej manifestacji pamięci.

*

Czapski pisze w pewnym miejscu, że chyba dopiero czyjaś śmierć daje bliźnim coś, co można nazwać wizją całego człowieka. Sam, długowieczny, siłą rzeczy przeżył większość swoich bliskich. Pomimo trudności z pisaniem (postępująca utrata wzroku) potrafił często ująć tę całościową wizję, jakby aurę. Jak w tekście o Hilarym Krzysztofiaku, gdzie pięknie opisana gwałtowność koloru u tego malarza łączy się w przedziwny sposób z jego ruchliwością, gorączkowym poszukiwaniem nowego, zdolnością do zaczynania wciąż od nowa. Jak we wspomnieniu o Jeleńskim, o jego intuicji i o umiejętności wypełniania każdej chwili ("Te spotkania mogły trwać sekundę, zawsze w tych sekundach dawał siebie. Ta sekunda była zawsze pełna").

*

W ramach lekturowej trójpolówki czytałem Rozproszone równolegle z Dramatem religijnym Tołstoja Radosława Romaniuka (Biblioteka "Więzi", Warszawa 2004) i z wydaną w roku 1942 książeczką Hermanna Hessego Kleine Betrachtungen. Książka Romaniuka, ciekawa, choć niestety niechlujnie, chaotycznie napisana, odtwarza m.in. ostatnie chwile Lwa Tołstoja. Jak nie myśleć o Czapskim, kiedy czytamy w niej, że droga z Jasnej Polany do końcowej, jak się miało okazać, stacji Astapowo wiodła przez... stację Kozielsk ("Wchodząc do budynku stacyjnego Tołstoj zatoczył się, gdy wchodzili do pociągu, skaleczył palec"). Albo, mając w pamięci zamykający Rozproszone szkic Dorożkarz i koń, jak nie zadumać się nad taką scenką: "Z okna domu pielgrzyma [Tołstoj] obserwował, jak kowal bił okrutnie młotkiem niesfornego konia. [Lekarz] Makowicki wyszedł poprosić, żeby przestał". Starzec z Jasnej Polany przewija się niczym czerwona nić przez pisma Czapskiego, także te rozproszone i teraz zebrane, jako pewien wzorzec moralny, punkt odniesienia, znak, że nie można inaczej, że trzeba protestować.

A Hesse w książeczce, zilustrowanej rysunkami prowadzonymi delikatną kreską, opowiada o ludziach prostych z prostotą, którą miał też Czapski. Drobne spostrzeżenia to szkice o rzekach dzieciństwa, o przejściowej porze między latem i jesienią, o wieczornych chmurach obserwowanych z mikroskopijnego balkonu pisarza, o więdnących cyniach, które oswajają z myślą o przemijaniu.

Kiedy pisałem niedawno o przedziwnym spotkaniu tureckiego pisarza z Czapskim w Marsylii w roku 1930, nie znałem szkicu Artiem (Orzeł Biały, 1946 r.), w którym Czapski, kreśląc wzruszającą sylwetkę prostego Białorusina wspomina mimochodem o własnej tęsknocie za podróżami: "mieszkając pod Marsylią w latach trzydziestych, śledziłem rankami i wieczorami wielkie statki, płynące do portu i z portu. Ginęły w szarej mgle, szarym wodnym oparze upalnych ranków, albo odcinały się mocno na tle ciężkiej, ultramarynowej tafli morza".

Artiem, gajowy spod Pińska, spotkany przez Czapskiego w roku 1944 w południowych Włoszech, siedzi przy kominku ze szklanką wina i "spokojnym, matowym głosem", jakby beznamiętnie, opowiada - ten drugi Ojciec Zadżumionych - o strasznych rzeczach, jakie przeżył od czasu aresztowania w 1939 r. do wyjścia z Rosji. Czas jakby ten sam, co w opowiadaniu Hessego. Ale jakże inna skala doświadczeń. (Hesse zresztą, oczywiście, ma świadomość swojej wyjątkowej sytuacji, życia jakby w oku cyklonu; w pewnym momencie pisze: "Tak, to komiczne: podczas gdy pół świata gotowi się w okopach i bunkrach, w twierdzach i na okrętach wojennych, w stoczniach i fabrykach, by nasz dotychczasowy świat rozwalić kompletnie w drobny mak, ja całymi dniami zajmowałem się nadaniem mojemu krótkiemu wierszykowi lepszej formy").

Odpowiednikiem Artiema jest u Hessego stary sąsiad imieniem Mario. W młodości przemierzył pół Europy jako wędrowny murarz, potem osiadł w rodzinnej wiosce, przejął po ojcu małe gospodarstwo, dokupił kawałek lasu, który sam wykarczował i zamienił w winnicę. Teraz najbardziej lubi siedzieć wieczorem z fajką przy szklaneczce wina. Hesse pisze najpierw, że Mario jest na pozór jego całkowitym przeciwieństwem i zastanawia się, co Mario sobie o nim myśli, że pewnie ma go za próżniaka, który tylko rysuje, maluje i spaceruje (pisał w domu, więc tego nie było widać). Ale potem dochodzi do wniosku, że to był sąd pochopny i krzywdzący. Przypomina sobie, że Mario na swoim polu, położonym z dala od wsi, już dawno temu zbudował stajnię. Kiedy ją ostatnio remontował, nie poprzestał na wypucowaniu ścian: u wioskowego malarza zamówił obraz przedstawiający Świętą Rodzinę. Poza tym Mario gra na rożku w konserwatywnej "Filharmonii" (w wiosce jest też drugie, liberalne stowarzyszenie muzyczne). I w końcu narrator dochodzi do wniosku, że ma więcej wspólnego ze starym sąsiadem niż z wieloma ludźmi ze swojej sfery.

Hesse i Czapski podobnie poprzez ludzi widzą otaczający ich pejzaż. Hesse opowieść o Mario zaczyna od opisu ukrytego wśród paproci i pni drzew wejścia do jego piwnicy winnej, przypominającego tajemnicze wrota z bajki, prowadzące do świata koboldów. Czapski patrząc na twarz Artiema myśli: "Białorusini, ten etnicznie najczystszy szczep słowiański, dlatego może odgrywali w historii rolę mniejszą niż ich sąsiedzi i nigdy świata nie próbowali zdobyć, bo byli najcichsi, najmniej drapieżni, najmniej pyszni, ale serdeczni i bliscy jak ten pejzaż białoruski z czarnymi, niskimi chatami o rzeźbionych ramach okiennych z traktami wśród starych brzóz, gęstymi lasami, łąkami pełnymi różowych smołek, żółtych pełników i białych wełnianek".

*

Instynkt edytora. Na ogół trafnie prowadzi Pawła Kądzielę do ewokowanych przez Czapskiego tekstów, a zwłaszcza do miejsc, gdzie można znaleźć dalsze informacje o wspomnianych przez niego ludziach. Czasem jednak zawodzi. Jak kiedy Czapski w kapitalnym tekście o Wańkowiczu wspomina, jak z jego namowy zgłosił się na ochotnika do pociągu pancernego "Śmiały", a po powrocie opowiadał o swych doznaniach i Piłsudskiemu w Belwederze, i Żeromskiemu, i Strugowi, który był wówczas redaktorem pisma Rząd i Wojsko. I pisze: "Wtedy zacząłem pisać do jednodniówki ´Śmiałegoª i do Rządu i Wojska." A edytor milczy. Czyż mając do dyspozycji taką informację nie należało zajrzeć do tej jednodniówki i do tego pisma, spróbować zidentyfikować w nich teksty Czapskiego? Szkoda. Bliższe jest mi podejście przedwojennego redaktora Głosu Plastyków, Kazimierza Mitery, który - pisze o tym Czapski - potrafił wysłać w środku nocy telegram z pytaniem: "Jak się nazywał kuzyn Toulouse-Lautreca?", żeby dać stosowny podpis do małej karykatury Bonnarda (dziś zajrzałby do wyszukiwarki internetowej i po paru sekundach wiedziałby, że kuzyn nazywał się malowniczo: Gabriel Tapié de Céleyran).

Cytaty na ogół zidentyfikowano, ale wiele pozostało. Jak cytat z Fausta na s. 358 ("Szara jest wszelka teoria, wiecznie zielona jest złota gałąź życia"). Ale najbardziej doskwiera brak identyfikacji wiersza Ruperta Brooke'a The Soldier, z którego Czapski wziął tytuł do szkicu Taki skrawek obcego pola.

Indeks też niezbyt staranny, a już szczyt wszystkiego, gdy zdaniu z eseju Czapskiego (z roku 1956): "Cóż by się stało z Gierymskim, gdyby nie Abakanowicz" odpowiada w indeksie hasło "Abakanowicz Magdalena". Przecież tu chodzi o Brunona Abakanowicza, XIX-wiecznego przemysłowca, filantropa i ekscentryka. W książce Onegdaj Maria Korniłowiczówna (wnuczka zaprzyjaźnionego z Abakanowiczem Sienkiewicza) pisze: "Gdyby nie Abakanowicz, Gierymski byłby prawdopodobnie dawno poszedł w ślady swego brata Maksymiliana, to znaczy umarłby z nędzy. Abakanowicz lansował i sam kupował jego obrazy, zapraszał go, żeby malarz mógł się porządnie odjeść, a jednocześnie nie czuł się dotknięty bezpośrednią pomocą w gotówce". Czapski dobrze znał biografię braci Gierymskich; charakterystyczne też jest dla niego wyczulenie na wątek dawania, pomocy potrzebującym, a także na sposób, w jaki ta pomoc jest dawana. Wiele tego przykładów znajdziemy w tomie Rozproszone, szkoda, że w tym miejscu zamiast komentarza znalazło się absurdalne hasło w indeksie.

*

Wróćmy wszakże do spraw ważniejszych. W tekście z roku 1959 o wystawie Tadeusza Dominika w paryskiej Galerie Lambert Czapski wspomina "wrażenie pozornie błahe, sprzed wielu lat, które we mnie utkwiło i jakby skrystalizowało mój stosunek do malarstwa i do świata". I pisze o czasopiśmie wydawanym przez Rosjan w Berlinie w początku lat dwudziestych, piśmie o sztuce, ale nie emigracyjnym. Wspomina: "Pismo nazywało się Wieszcz. To słowo po rosyjsku: wieszcz z miękkim znakiem na końcu, koniecznie z miękkim znakiem, znaczyło ´rzeczª, ale ten miękki znak słowo to oswajał, jakby je czynił w wymowie delikatnym. Rosjanie skasowali wówczas miękki znak i dzięki temu to słowo dźwięczało po nowemu, brutalnie i zwycięsko. Nie marzenia, nie subtelne metafory, nie greckie Apollony i symboliki, ale r z e c z brutalna i konkretna".

Tyle wspomnienie. Nuta żalu za miękkością skasowanego miękkiego znaku każe myśleć o kabalistach, którzy powiadali, że ważna jest nie tylko każda litera, ale i biała przestrzeń, jaka ją otacza.

Ale nie bądźmy drobiazgowi. Nie chodzi o dokładność wspomnienia, sam Czapski wielokrotnie zastrzegał się, że cytuje z pamięci; można powiedzieć, że ulubione frazy (zwłaszcza z Norwida) wrastały w tkankę jego myślenia i nabierały autonomicznego bytu. Ważna jest sama rzecz, przedmiot i uczucia, jakie budzi. W tym samym szkicu Czapski zastanawia się, do jakiego stopnia kierunki abstrakcyjne są "przemijającą fazą sztuki", i używa znamiennego porównania, do promieni, które wypaliły "dziewiętnastowieczną dominację tematu literackiego (wypalając jednocześnie ileż żywych tkanek ze sztuki)". To pisał ten sam człowiek, który przed wojną pomstował na to, że sztuka polska jest odcięta od nowych prądów i skazana na historyzm i literackość Matejki. Teraz, wychodząc z Galerie Lambert, wspomina "serki i szynki na ciemnej gładkiej martwej van Schootena", karafkę, która rzuca cień na Zwiastowanie van der Weydena, geometrycznie rozcięte kapustę i melon na martwej naturze Cotąna, "szklanki w ażurowym kloszu Stosskopfa", suknię dziewicy, bronionej przez św. Jerzego na obrazie Ucella. I wyznaje: "jeszcze więcej pokochałem przedmiot".

W ten sposób, nie całkiem dokładne wspomnienie rosyjskiego pisma z lat dwudziestych splata się w jeden węzeł z przekrojem przez historię malarstwa (który można przedłużyć wstecz aż do dzieł sztuki sumeryjskiej, oglądanych w czasie wojny w Bagdadzie) i z coraz bardziej dominującą obecnością przedmiotów na obrazach Józefa Czapskiego. Trzeba było wiele przeczytać i przemyśleć, wiele obejrzeć i przeanalizować, wielu ludzi poznać i zrozumieć, żeby dojść do tego wyznania, w którym jest skupiona cała uwaga i cała strona emocjonalna pisarza i malarza: pokochać przedmiot.

------------------------------------------------------------

*) Józef Czapski, Rozproszone. Teksty z lat 1925-1988. Zebrał i notami opatrzył Paweł Kądziela, Biblioteka "Więzi", Warszawa 2005. Książkę można zamówić w Księgarni Nowego Dziennika, tel. (212) 594-2386, e-mail: ksiazki@dziennik.com


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail