Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Dzicy
lubią owocową
"Pokaż mu piąchę"; "Bawicie się?"; "Ale dzicy lubią owocową"
- oto trzy wyrwane z kontekstu zdania, jakie usłyszałem w tak zwanym przeciągu
trzech sekund, w czasie czynności zwanej przelatywaniem kanałów. Kanały
były telewizyjne, telewizja polska, godzina popołudniowa. W tym samym czasie
nad Pacyfikiem przelatywał połatany prom kosmiczny, niepewnie zmierzający
ku lądowisku. Przelatywałem kanały mając nadzieję dowiedzenia się
czegoś o tym dość teatralnym, by nie powiedzieć dramatycznym lądowaniu,
ale gdzie tam: państwowa telewizja raczyła Polaków kaszką manną i
kiszką językową, nadziewaną głupotką.
Z braku innych zajęć - poza pisaniem tego felietonu, ma się rozumieć
- sięgnąłem po zaległe lektury. Otworzyłem sobotnią Rzeczpospolitą
i wcisnęło mnie w fotel niczym astronautę przy wchodzeniu w atmosferę
ziemską. Wrażenie było tak niebywałe, że porzuciłem klawiaturę
i zacząłem lekturę, co, jak wiem, zdarza się piszącym coraz rzadziej.
Ludzie piszący nie są przecież ludźmi czytającymi, z tej prostej
przyczyny, że człowiek zajęty pisaniem nie ma w dzisiejszych czasach
czasu na czytanie, nierzadko nawet własnych tekstów. Na szczęście ma
redaktora, któremu przecież za to płacą, by piszący wiedział,
co pisze, a czytelnik domyślił się, co autor chciał mu powiedzieć.
Zatem chciałbym niniejszym podzielić się z Czytelnikami głęboką
troską o stan polskich umysłów, rozpiętych niczym ofiary Azji Tuhaj-bejowicza
pomiędzy końmi, ciągnącymi w przeciwnych kierunkach. Po jasnej stronie
polskiego księżyca sytuuje się polska telewizja, która w końcu podała,
na jednym oddechu, że Discovery wylądował, i to w nocy, że mamy
60. rocznicę Nagasaki i że brazylijscy rabusie wydrążyli długi
kanał, by wynieść 68 milionów dolarów. Po ciemnej stronie tej rzeczywistości
sytuuje się sierpniowa Rzecz o książkach, comiesięczny dodatek
do warszawskiego dziennika. To naprawdę przygnębiająca lektura. Co tekst,
to pretekst - do protestu. Nie ma kaszki manny ani kiszki, a samo mięso myśli,
wzloty intelektu i talentu. Po zmasowanym ataku takich materiałów człowiek
czuje się malutki jak Ziemiec (termin poety Bogdana Czaykowskiego z Vancouver
w Brytyjskiej Kolumbii), oglądany przez lunetę astronauty z wysokości
300 kilometrów.
Gdy Azję wsadzali na pal, robili to wolno a dokładnie, w celu zadania długich
a rozmyślnych tortur. Podobnie postąpiła Elżbieta Sawicka, redagując
ten numer: co zdanie, to minipalik albo łyżka dziegciu, dodawana do ognia
narodowych kompleksów. Cały niemal dodatek poświęcony jest bowiem książkom
i pisarzom spoza Polski. Na przykład "Piszączka": nie jest to nowa nazwa
"kawalerskiej choroby", a tytuł wywiadu z Marianem Marzyńskim, który termin
był wymyślił w wieku lat trzynastu. Zdaniem zdolnego dokumentalisty filmowego
piszączka to "niekontrolowana chęć przelania na papier własnych myśli,
z obawy, że są takie ulotne". Marzyński leje mi się miodem na duszę,
gdy mówi, że po latach cenzurowania własnych myśli w PRL-u piszączkę
odzyskał dopiero po emigracji do Ameryki w latach 70. Od dawna powtarzam,
że emigracja nie musi się wcale kończyć złamaniem pióra, a wprost
przeciwnie, jego niekończącym się rozrostem i pączkowaniem, tak jak
nasze życie nie zostało w Polsce stanu wojennego, a zyskało nowe jakości
i wartości. Dlaczego? Marzyński: "Korzystam z tego, że w Ameryce wolno
mi być i tym, i tamtym, i jeszcze kimś tam, kolekcjonerem kultur i narodowości".
W następnym zdaniu jest jeszcze ciekawiej: "Zaraz po przyjeździe powiedziałem,
że jestem z Poland, a ktoś zrozumiał Holland. Ktoś inny był z Wisconsin,
a jeszcze ktoś z Kalifornii. I nic z tego nie wynikało, takie zwykłe krajoznawcze
pojęcia. Tak zaczęło się moje mentalne wyprowadzanie się z formy".
"I dokąd ta przeprowadzka?" - pyta Marzyńskiego Ewa Szymańska-Wierzyńska.
"Do siebie, do WŁASNYCH UCZUĆ I PRZEMYŚLEŃ" (podkr. M.K.) - odpowiada
Marzyński. Pani Ewa nie ustępuje: "Skąd ma pan pewność, że wyprowadzenie
się z Polski ´do siebieª jest receptą na sukces, nie mówiąc
już o szczęściu, o które jest chyba szczególnie trudno człowiekowi
znikąd, który nie należy do nikogo i niczego poza sobą". Marzyński
podpiera się Gombrowiczem: "On uciekał od przedwojennego nacjonalizmu, religianctwa
i narzucanej ´nowoczesnościª do otwartych stepów Argentyny, ja
od powojennego życia na niby, on samotny, wyobcowany, ja otwarty do innych,
zakochany w swojej rodzinie. To, co nas połączyło, to jego koncepcja wolności
i boskości, w której człowiek nie jest stworzony na podobieństwo Boga,
ale Bóg na podobieństwo człowieka".
Autor Sennika polsko-żydowskiego powiedział dalej, że lektura
Gombrowicza otworzyła mu "drogę pisania". Gombro zachęcił go do "analizowania
siebie, zabawy z językiem, do tworzenia z niego muzyki"; co więcej, Marzyński
uświadomił sobie, że "pisze o tej samej walce z formą", o jakiej pisał
przez całe twórcze życie Gombrowicz. Jak uświadomimy sobie jeszcze,
że obaj wymyślili swoje formy poza krajem języka swego dzieciństwa,
dojdziemy do wniosku, że jednak można urodzić się dwa razy: raz
w Polsce i po raz drugi na emigracji. I jest to pocieszające, pod warunkiem
że nie wróciło się z tak zwanej emigrozy do Kraju Lodowatego Lata;
dzisiaj, a jest to w końcu początek sierpnia, na Kasprowym Wierchu spadło
20 centymetrów śniegu.
W tym samym numerze Rzeczy o książkach zachwyty Jerzego Jarzębskiego
nad książką Klementyny Suchanow Argentyńskie przygody Gombrowicza.
Nie będę streszczał tej recenzji, bo to streszczenie mogłoby spowodować
głęboki stres u licznych piszących, a z braku innych zajęć także
czytających na emigracji czytelników, i mógłbym na dodatek zobaczyć
piąchę, gdyby się okazało, co przecież niemożliwe, że w
Nowym Jorku, podobnie jak w Warszawie, jacyś dzicy bardziej lubią owocową,
i nie poradzi na to nawet Elżbieta Sawicka.
|
|