EWA BERBERYUSZ
Kartki
ze skażonej strefy
Karol, człowiek, który został papieżem. Idzie wciąż
w Polsce w każdym Cinema City, czyli tam, gdzie chodzą wielkie
produkcje, batalistyka lub wszelkiego kalibru czary-mary według
Tolkiena i jemu podobnych. Na Karolu sale - o dziwo!
- prawie zapełnione. Ludzie nie spodziewają się arcydzieła,
ale idą. Walą.
Film arcydziełem być nie może, bo kto potrafiłby już dziś zgłębić fenomen Karola
Wojtyły? Może przyszłe pokolenie będzie potrafiło. Na to trzeba oddalenia, spojrzenia
z perspektywy. Film daje to, co było możliwe, i tym się broni. Patrzymy i słuchamy
w skupieniu. Akcja wartka. Nie razi mnie bynajmniej galopada przez historię
Polski od przedwojnia po wrzesień 1939 r., szarże ułańskie, drogi zawalone uciekinierami,
pikujące z góry i koszące ludzi messerschmitty tak nisko, jakby słaniały się
po ziemi; nie razi mnie skrótowo pokazany Wawel z gubernatorem Frankiem ani
spędzenie do Collegium Maius co bardziej zasłużonych profesorów Uniwersytetu
Jagiellońskiego po to, by zaraz znaleźli się w obozach zagłady. Wszystko w takt
osuwających się murów, w dymie, płaczu - pokazane niemal w jednym ujęciu. Nie,
to mnie nie razi. Ta szybkość. Bo jest przejrzysta. Bardziej przejrzysta niż
wątki historyczne, na przykład, w naszym Ogniem i mieczem Jerzego Hoffmana,
które były zupełnie nieczytelne. Kiedyś, będąc w USA posłyszałam uwagi studentów
z MIT (którym specjalnie sprowadzono Ogniem i mieczem), gdy wychodzili
z sali kinowej: "Ależ ci Polacy chleją!". To im najbardziej utkwiło.
W Karolu burzliwy fragment dziejów Polski pokazany jest klarowniej.
A wątek młodziutkiego Wojtyły jest wpleciony zręcznie i logicznie.
Zasługa w tym odtwórcy głównej roli, polskiego aktora Piotra Adamczyka. Fizycznie
bezbłędny. Urodą dopasowany.
Zachowałam wycinek prasowy, gdzie na zdjęciu na peronie warszawskiego dworca
przed pociągiem, który ma zawieźć na konklawe polskich kardynałów, stoją prymas
Wyszyński, Karol Wojtyła i odprowadzający ich minister od spraw wyznań Kazimierz
Kąkol. Wszyscy po cywilnemu. Na czarno, w kapeluszach. Wojtyła zsunął kapelusz
lekko na bakier. Bardzo przystojny w tym stroju; przypomina do złudzenia aktora
Jana Englerta.
Piotr Adamczyk, jak mówię, świetnie dobrany fizycznie. Tylko głos! Raził mnie
od początku do końca. Nie mogłam wyzbyć się irytacji. Wysoki. Grubo za wysoki.
Nie znam się na możliwościach techniki w tym zakresie, ale chyba można było
coś poradzić. Zwłaszcza jest to ważne teraz, kiedy rosnące pokolenia nie mogły
słyszeć prawdziwego głosu Jana Pawła. Głosu jedynego w swoim rodzaju, w którym
przejawiała się jego charyzma. Nim urzekał. Nie tylko słowem. Słowo było wkomponowane
w jego timbre, w jego modulację, w pauzy, w zamilknięcia, które nadawały wypowiedziom
ukryty sens, często podbity nutką humoru.
Andrzej Łapicki, wybitny aktor, zwierzył się przed laty, zastrzegając, że może
to gorszące, ale on słucha Jana Pawła głównie pod kątem swojego fachu, uczy
się od niego operowania głosem.
Jaka ulga, kiedy w ostatniej sekwencji ukazuje się prawdziwy Jan Paweł II właśnie
wybrany na papieża. Znana scena balkonowa. Zjawia się w szatach pontyfikalnych
i w kilku zdaniach pozdrawia zebrany tłum. Gdy tłum wiwatuje, Karol Wojtyła
zwraca się do niego po włosku, prosząc, żeby Włosi poprawiali jego język, gdy
się pomyli. Owacja rośnie.
Film zrobili Włosi. Ufam, że w dubbingu podłożyli lepszy głos.
*
Ileż ja naurągałam braciom Kaczyńskim w tych "Kartkach", a wciąż dostaję zaproszenia
sygnowane przez Lecha Kaczyńskiego. Leży przede mną drukowana na pięknym czerpanym
papierze seria zaproszeń na uroczystości z okazji kolejnej rocznicy powstania
warszawskiego. Msza, apel poległych, koncert, wmurowanie tablicy upamiętniającej
walki na terenie obecnego Muzeum Powstania, wspólne zdjęcie, koncert piosenek
powstańczych... Wszystko dla Sz.P. Ewy Berberyusz od prezydenta stolicy, poprzedzone
osobnym listem.
Wiem, że ani redaguje, ani nie podpisuje tego on sam. Robi to dział prasowy
jego sztabu wyborczego. Ale jak fatalnie świadczy to o sztabie! Tak źle, jak
zdezorganizowane miasto. Bo czyż trudno posłużyć się serwisem, który wyławia
nazwisko "Kaczyński", gdziekolwiek się pojawi w druku? No i wyeliminować tak
niegodną osobę jak ja. Chyba że pracują w sztabie sami masochiści. Albo niechluje.
Albo - co mnie rzeczywiście martwi - nikt w Polsce nie zagląda do Przeglądu
Polskiego.
Skrzynka pocztowa zawalona rachunkami, reklamami, no i owymi zaproszeniami.
Zaprasza mnie nie tylko Lech Kaczyński, ale i Henryka Bochniarz, pretendująca
do prezydentury z ramienia Demokratów.pl. Szans żadnych, bo jej partia jest,
niestety, pod kreską wyborczą (oby jednak notowania się poprawiły i weszli do
parlamentu!). Więc pani Henryka nie ma szans żadnych, ale zaproszenie do ogrodów
pałacu Zamoyskich na ulicy Foksal, czyli w siedzibie SARP, dziś lokalu i kawiarni
niezwykle nobliwej i drogiej; zapraszający gwarantują "dobre towarzystwo i dobrą
atmosferę przy muzyce jazzowej".
Więc na to bym poszła, gdyby nie fakt, że tego dnia szpital wyznaczył mnie
na badanie za pomocą holtera ciśnieniowego. Nie mogłabym wkroczyć w dobre towarzystwo
omotana rurkami i "portfelem w kaburze", który co pół godziny wydaje przykre
buczenie. Pójdę więc tylko w niedzielę na spotkanie z Normanem Daviesem pod
frapującym tytułem: "Jak powstało Powstanie 44". (Norman Davies jest
mi szczególnie bliski, bo zrobiłam z nim przed laty pierwszy wywiad dla paryskiej
Kultury).
Nie koniec! Zadzwoniono do mnie ze sztabu wyborczego Włodzimierza Cimoszewicza!
Osłupiałam. Kiedyś, kiedyś, kiedy Cimoszewicz wchodził dopiero w szranki polityki,
a wkładanie ręki w kieszeń, małpowane po Amerykanach, stawało się u nas modą;
otóż wtedy, na jakiś urzędowym koktajlu, tak się złożyło, że przez moment znalazłam
się w bliskości Cimoszewicza. Stał normalnie, po polsku, nagle, jakby sobie
coś przypomniawszy, z impetem włożył rękę do kieszeni. Nie mogłam się powstrzymać
od uwagi: "A mamusia nie uczyła, że nie trzyma się rąk w kieszeni...". "Uczyła,
uczyła" - odpowiedział z miejsca i wyjął rękę.
Daleka przeszłość. Więc skąd teraz sztab Cimoszewicza do mnie? Bardzo rzadko
pisuję do prasy krajowej, a jeżeli, to psiocząc na władzę. Czyżby otworzyli
listę emerytów? Emeryt, owszem, dobry wyborca jak każdy. Ale nie każdy emeryt
lubi Cimoszewicza, i o tym sztab powinien wiedzieć. Bałagan, gdzie się nie obrócić.
*
Dzisiaj, czyli 26 lipca ostatnie posiedzenie Sejmu. Parlamentarzyści pobiorą
gaże. Przez sierpień, wrzesień i październik posłowie pobiorą po 9 tysięcy 200
złotych plus 10 tysięcy na prowadzenie biura, którego już nie będzie, plus darmowe
przejazdy kolejowe I klasą oraz takież przeloty lotnicze. Pomyślano też o tych,
którzy, biedaczki, nie załapią się do nowego parlamentu: dostaną po 27 tysięcy
złotych brutto do końca października. Dla porównania: znajoma z licencjatem
(czyli wykształceniem wyższym) pracuje dwanaście godzin na dobę w sklepie z
zabawkami i zarabia 800 złotych słownie: osiemset) miesięcznie. I jeszcze musi
dobrze się ubrać, bo sklep elegancki.
Marszałek Cimoszewicz mówi, że odprawy są w normie. Bo przecież, jeżeli pracodawca
daje pracownikowi wymówienie, też płaci mu za trzy miesiące. Czyż aż takie bielmo
na oczach ma pan marszałek, że nie widzi różnicy? Albo czy tak jest cyniczny?
Pracownik otrzymujący zwolnienie musi przez te trzy miesiące pracować. Posłowie
tymczasem, z wypchaną kieszenią, idą w tan. Przepraszam, ale dla takiej bezczelności
nie mam słów. Wiem, że grzeszę i dlatego słowa te piszę z lekkim przymrużeniem
oka: ale niech sobie jadą do kurortów, gdzie może ich trafić bomba samobójcy.
Sama zresztą, pod hajrem (dla tych, co nie znają wyrażenia, tłumaczę: pod słowem
honoru) pojechałbym w te pędy do Szarm el-Szejk najchętniej, bo tam firmy turystyczne
drastycznie obniżyły ceny. Niestety, stać mnie najwyżej na dziesięć dni w podwarszawskich
Oborach i wziewanie zdrowotnych oparów w konstancińskiej tężni za darmo. Na
podstawie legitymacji kombatanckiej.
Donald Tusk konsekwentnie domaga się, co konsekwentnie śledzę od lat, odchudzenia
budżetu wyższych urzędników. W tym posłów i dyrektorów, szefów zarządów i rad
przedsiębiorstw i spółek z udziałem skarbu państwa. (Prywatne, niech zarabiają
krocie - hulaj, dusza!). Jest to jego i jego partii (Platformy Obywatelskiej)
postulat wysuwany niezmiennie jako pierwszy. Uważa za najwyższą nieprzyzwoitość
domaganie się przez parlamentarzystów odpraw za okres, kiedy nie będą pracować.
On widzi, do czego może prowadzić niebotyczna dysproporcja płac. Niestety, mało
mamy takich polityków. Znakomita większość z miedzianym czołem bierze. A co
dalej? Niech będzie i potop. Takie jest myślenie. A raczej bezmyślność.
Dlatego Tusk, Tusk, Tusk - po raz trzeci. Agituję: głosujcie na Donalda Tuska
jako prezydenta. Pan profesor Religa jest dobry, ale bez doświadczenia politycznego.
Henryka Bochniarz nie przejdzie, Kaczyński nie wchodzi w rachubę. (Wiecie, co
mi o nim powiedziała pedikiurzystka? "Proszę pani, jak można wybrać na prezydenta
kogoś, kto na stojąco wchodzi pod stół?! Byłoby mi wstyd, gdyby taki konus odbierał
honory przed wojskiem"). Postura posturą. Żart żartem. Mnie u Kaczyńskiego i
jego kompanii wprawiają w lęk zapędy dyktatorskie. Oj, daliby nam popalić! Zapędy
dyktatorskie, spiskowe postrzeganie historii (wszędzie wietrzą nieprzyjaciela),
no i arogancja. A byli tak dobrze wychowani. Synowie jednego z głównych inżynierów
COP-u (Centralny Okręg Przemysłowy), czyli zbrojeniówki w okolicach Skarżyska
Kamiennej (zagłębie bezrobocia), powołanej przez Eugeniusza Kwiatkowskiego.
Za późno, żeby kraj obronić przed potęgą armii niemieckiej, ale dało chleb temu
regionowi. Jarosław i Lech Kaczyńscy ze swoją polityką chleba narodowi nie dadzą.
Proszę Państwa, Szanowna Emigracjo - Donald Tusk, Kaszub z pochodzenia; jeden
z najinteligentniejszych Polaków. To mu przyznają nawet przeciwnicy. Z doświadczoną
polityczną głową i dobrym programem. Chociaż nie jest to program dla emerytów,
ale staram się myśleć trochę dalej. Proszę, głosujcie na niego.
*
27 lipca. W tym dniu urodził się Jerzy Giedroyc i w tym dniu odbył się pogrzeb
Stanisława Stommy, jego krajana, rówieśnika i współpracownika na różnych polach,
chociaż z oddali.
Lubiłam łagodnego, przemiłego w obcowaniu pana Stanisława. Robiłam z nim wywiady
w jego mieszkanku na Kanonii i w ukochanych Laskach. Pogrzeb miał z honorami
wojskowymi w warszawskiej katedrze, a potem spoczął na laskowskim cmentarzu.
Dużo znajomych twarzy. Tadeusz Mazowiecki szedł wyprostowany, choć wsparty szwedką.
Dobrze mówił. My, staruszkowie, nie daliśmy się upałowi, który zawładnął ostatnio
Polską. Towarzyszyliśmy drogiemu panu Stanisławowi do ostatniej łopaty ziemi,
która go pokryła.
Warszawa, 27 lipca 2005 r.
|