PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 5 sierpnia 2005


EWA BERBERYUSZ

Kartki
ze skażonej strefy

Karol, człowiek, który został papieżem. Idzie wciąż w Polsce w każdym Cinema City, czyli tam, gdzie chodzą wielkie produkcje, batalistyka lub wszelkiego kalibru czary-mary według Tolkiena i jemu podobnych. Na Karolu sale - o dziwo! - prawie zapełnione. Ludzie nie spodziewają się arcydzieła, ale idą. Walą.

Film arcydziełem być nie może, bo kto potrafiłby już dziś zgłębić fenomen Karola Wojtyły? Może przyszłe pokolenie będzie potrafiło. Na to trzeba oddalenia, spojrzenia z perspektywy. Film daje to, co było możliwe, i tym się broni. Patrzymy i słuchamy w skupieniu. Akcja wartka. Nie razi mnie bynajmniej galopada przez historię Polski od przedwojnia po wrzesień 1939 r., szarże ułańskie, drogi zawalone uciekinierami, pikujące z góry i koszące ludzi messerschmitty tak nisko, jakby słaniały się po ziemi; nie razi mnie skrótowo pokazany Wawel z gubernatorem Frankiem ani spędzenie do Collegium Maius co bardziej zasłużonych profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego po to, by zaraz znaleźli się w obozach zagłady. Wszystko w takt osuwających się murów, w dymie, płaczu - pokazane niemal w jednym ujęciu. Nie, to mnie nie razi. Ta szybkość. Bo jest przejrzysta. Bardziej przejrzysta niż wątki historyczne, na przykład, w naszym Ogniem i mieczem Jerzego Hoffmana, które były zupełnie nieczytelne. Kiedyś, będąc w USA posłyszałam uwagi studentów z MIT (którym specjalnie sprowadzono Ogniem i mieczem), gdy wychodzili z sali kinowej: "Ależ ci Polacy chleją!". To im najbardziej utkwiło.

W Karolu burzliwy fragment dziejów Polski pokazany jest klarowniej. A wątek młodziutkiego Wojtyły jest wpleciony zręcznie i logicznie.

Zasługa w tym odtwórcy głównej roli, polskiego aktora Piotra Adamczyka. Fizycznie bezbłędny. Urodą dopasowany.

Zachowałam wycinek prasowy, gdzie na zdjęciu na peronie warszawskiego dworca przed pociągiem, który ma zawieźć na konklawe polskich kardynałów, stoją prymas Wyszyński, Karol Wojtyła i odprowadzający ich minister od spraw wyznań Kazimierz Kąkol. Wszyscy po cywilnemu. Na czarno, w kapeluszach. Wojtyła zsunął kapelusz lekko na bakier. Bardzo przystojny w tym stroju; przypomina do złudzenia aktora Jana Englerta.

Piotr Adamczyk, jak mówię, świetnie dobrany fizycznie. Tylko głos! Raził mnie od początku do końca. Nie mogłam wyzbyć się irytacji. Wysoki. Grubo za wysoki. Nie znam się na możliwościach techniki w tym zakresie, ale chyba można było coś poradzić. Zwłaszcza jest to ważne teraz, kiedy rosnące pokolenia nie mogły słyszeć prawdziwego głosu Jana Pawła. Głosu jedynego w swoim rodzaju, w którym przejawiała się jego charyzma. Nim urzekał. Nie tylko słowem. Słowo było wkomponowane w jego timbre, w jego modulację, w pauzy, w zamilknięcia, które nadawały wypowiedziom ukryty sens, często podbity nutką humoru.

Andrzej Łapicki, wybitny aktor, zwierzył się przed laty, zastrzegając, że może to gorszące, ale on słucha Jana Pawła głównie pod kątem swojego fachu, uczy się od niego operowania głosem.

Jaka ulga, kiedy w ostatniej sekwencji ukazuje się prawdziwy Jan Paweł II właśnie wybrany na papieża. Znana scena balkonowa. Zjawia się w szatach pontyfikalnych i w kilku zdaniach pozdrawia zebrany tłum. Gdy tłum wiwatuje, Karol Wojtyła zwraca się do niego po włosku, prosząc, żeby Włosi poprawiali jego język, gdy się pomyli. Owacja rośnie.

Film zrobili Włosi. Ufam, że w dubbingu podłożyli lepszy głos.

*

Ileż ja naurągałam braciom Kaczyńskim w tych "Kartkach", a wciąż dostaję zaproszenia sygnowane przez Lecha Kaczyńskiego. Leży przede mną drukowana na pięknym czerpanym papierze seria zaproszeń na uroczystości z okazji kolejnej rocznicy powstania warszawskiego. Msza, apel poległych, koncert, wmurowanie tablicy upamiętniającej walki na terenie obecnego Muzeum Powstania, wspólne zdjęcie, koncert piosenek powstańczych... Wszystko dla Sz.P. Ewy Berberyusz od prezydenta stolicy, poprzedzone osobnym listem.

Wiem, że ani redaguje, ani nie podpisuje tego on sam. Robi to dział prasowy jego sztabu wyborczego. Ale jak fatalnie świadczy to o sztabie! Tak źle, jak zdezorganizowane miasto. Bo czyż trudno posłużyć się serwisem, który wyławia nazwisko "Kaczyński", gdziekolwiek się pojawi w druku? No i wyeliminować tak niegodną osobę jak ja. Chyba że pracują w sztabie sami masochiści. Albo niechluje. Albo - co mnie rzeczywiście martwi - nikt w Polsce nie zagląda do Przeglądu Polskiego.

Skrzynka pocztowa zawalona rachunkami, reklamami, no i owymi zaproszeniami. Zaprasza mnie nie tylko Lech Kaczyński, ale i Henryka Bochniarz, pretendująca do prezydentury z ramienia Demokratów.pl. Szans żadnych, bo jej partia jest, niestety, pod kreską wyborczą (oby jednak notowania się poprawiły i weszli do parlamentu!). Więc pani Henryka nie ma szans żadnych, ale zaproszenie do ogrodów pałacu Zamoyskich na ulicy Foksal, czyli w siedzibie SARP, dziś lokalu i kawiarni niezwykle nobliwej i drogiej; zapraszający gwarantują "dobre towarzystwo i dobrą atmosferę przy muzyce jazzowej".

Więc na to bym poszła, gdyby nie fakt, że tego dnia szpital wyznaczył mnie na badanie za pomocą holtera ciśnieniowego. Nie mogłabym wkroczyć w dobre towarzystwo omotana rurkami i "portfelem w kaburze", który co pół godziny wydaje przykre buczenie. Pójdę więc tylko w niedzielę na spotkanie z Normanem Daviesem pod frapującym tytułem: "Jak powstało Powstanie 44". (Norman Davies jest mi szczególnie bliski, bo zrobiłam z nim przed laty pierwszy wywiad dla paryskiej Kultury).

Nie koniec! Zadzwoniono do mnie ze sztabu wyborczego Włodzimierza Cimoszewicza! Osłupiałam. Kiedyś, kiedyś, kiedy Cimoszewicz wchodził dopiero w szranki polityki, a wkładanie ręki w kieszeń, małpowane po Amerykanach, stawało się u nas modą; otóż wtedy, na jakiś urzędowym koktajlu, tak się złożyło, że przez moment znalazłam się w bliskości Cimoszewicza. Stał normalnie, po polsku, nagle, jakby sobie coś przypomniawszy, z impetem włożył rękę do kieszeni. Nie mogłam się powstrzymać od uwagi: "A mamusia nie uczyła, że nie trzyma się rąk w kieszeni...". "Uczyła, uczyła" - odpowiedział z miejsca i wyjął rękę.

Daleka przeszłość. Więc skąd teraz sztab Cimoszewicza do mnie? Bardzo rzadko pisuję do prasy krajowej, a jeżeli, to psiocząc na władzę. Czyżby otworzyli listę emerytów? Emeryt, owszem, dobry wyborca jak każdy. Ale nie każdy emeryt lubi Cimoszewicza, i o tym sztab powinien wiedzieć. Bałagan, gdzie się nie obrócić.

*

Dzisiaj, czyli 26 lipca ostatnie posiedzenie Sejmu. Parlamentarzyści pobiorą gaże. Przez sierpień, wrzesień i październik posłowie pobiorą po 9 tysięcy 200 złotych plus 10 tysięcy na prowadzenie biura, którego już nie będzie, plus darmowe przejazdy kolejowe I klasą oraz takież przeloty lotnicze. Pomyślano też o tych, którzy, biedaczki, nie załapią się do nowego parlamentu: dostaną po 27 tysięcy złotych brutto do końca października. Dla porównania: znajoma z licencjatem (czyli wykształceniem wyższym) pracuje dwanaście godzin na dobę w sklepie z zabawkami i zarabia 800 złotych słownie: osiemset) miesięcznie. I jeszcze musi dobrze się ubrać, bo sklep elegancki.

Marszałek Cimoszewicz mówi, że odprawy są w normie. Bo przecież, jeżeli pracodawca daje pracownikowi wymówienie, też płaci mu za trzy miesiące. Czyż aż takie bielmo na oczach ma pan marszałek, że nie widzi różnicy? Albo czy tak jest cyniczny? Pracownik otrzymujący zwolnienie musi przez te trzy miesiące pracować. Posłowie tymczasem, z wypchaną kieszenią, idą w tan. Przepraszam, ale dla takiej bezczelności nie mam słów. Wiem, że grzeszę i dlatego słowa te piszę z lekkim przymrużeniem oka: ale niech sobie jadą do kurortów, gdzie może ich trafić bomba samobójcy. Sama zresztą, pod hajrem (dla tych, co nie znają wyrażenia, tłumaczę: pod słowem honoru) pojechałbym w te pędy do Szarm el-Szejk najchętniej, bo tam firmy turystyczne drastycznie obniżyły ceny. Niestety, stać mnie najwyżej na dziesięć dni w podwarszawskich Oborach i wziewanie zdrowotnych oparów w konstancińskiej tężni za darmo. Na podstawie legitymacji kombatanckiej.

Donald Tusk konsekwentnie domaga się, co konsekwentnie śledzę od lat, odchudzenia budżetu wyższych urzędników. W tym posłów i dyrektorów, szefów zarządów i rad przedsiębiorstw i spółek z udziałem skarbu państwa. (Prywatne, niech zarabiają krocie - hulaj, dusza!). Jest to jego i jego partii (Platformy Obywatelskiej) postulat wysuwany niezmiennie jako pierwszy. Uważa za najwyższą nieprzyzwoitość domaganie się przez parlamentarzystów odpraw za okres, kiedy nie będą pracować. On widzi, do czego może prowadzić niebotyczna dysproporcja płac. Niestety, mało mamy takich polityków. Znakomita większość z miedzianym czołem bierze. A co dalej? Niech będzie i potop. Takie jest myślenie. A raczej bezmyślność.

Dlatego Tusk, Tusk, Tusk - po raz trzeci. Agituję: głosujcie na Donalda Tuska jako prezydenta. Pan profesor Religa jest dobry, ale bez doświadczenia politycznego. Henryka Bochniarz nie przejdzie, Kaczyński nie wchodzi w rachubę. (Wiecie, co mi o nim powiedziała pedikiurzystka? "Proszę pani, jak można wybrać na prezydenta kogoś, kto na stojąco wchodzi pod stół?! Byłoby mi wstyd, gdyby taki konus odbierał honory przed wojskiem"). Postura posturą. Żart żartem. Mnie u Kaczyńskiego i jego kompanii wprawiają w lęk zapędy dyktatorskie. Oj, daliby nam popalić! Zapędy dyktatorskie, spiskowe postrzeganie historii (wszędzie wietrzą nieprzyjaciela), no i arogancja. A byli tak dobrze wychowani. Synowie jednego z głównych inżynierów COP-u (Centralny Okręg Przemysłowy), czyli zbrojeniówki w okolicach Skarżyska Kamiennej (zagłębie bezrobocia), powołanej przez Eugeniusza Kwiatkowskiego. Za późno, żeby kraj obronić przed potęgą armii niemieckiej, ale dało chleb temu regionowi. Jarosław i Lech Kaczyńscy ze swoją polityką chleba narodowi nie dadzą.

Proszę Państwa, Szanowna Emigracjo - Donald Tusk, Kaszub z pochodzenia; jeden z najinteligentniejszych Polaków. To mu przyznają nawet przeciwnicy. Z doświadczoną polityczną głową i dobrym programem. Chociaż nie jest to program dla emerytów, ale staram się myśleć trochę dalej. Proszę, głosujcie na niego.

*

27 lipca. W tym dniu urodził się Jerzy Giedroyc i w tym dniu odbył się pogrzeb Stanisława Stommy, jego krajana, rówieśnika i współpracownika na różnych polach, chociaż z oddali.

Lubiłam łagodnego, przemiłego w obcowaniu pana Stanisława. Robiłam z nim wywiady w jego mieszkanku na Kanonii i w ukochanych Laskach. Pogrzeb miał z honorami wojskowymi w warszawskiej katedrze, a potem spoczął na laskowskim cmentarzu. Dużo znajomych twarzy. Tadeusz Mazowiecki szedł wyprostowany, choć wsparty szwedką. Dobrze mówił. My, staruszkowie, nie daliśmy się upałowi, który zawładnął ostatnio Polską. Towarzyszyliśmy drogiemu panu Stanisławowi do ostatniej łopaty ziemi, która go pokryła.

Warszawa, 27 lipca 2005 r.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail