PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 5 sierpnia 2005


O teatrze,
literaturze i polityce

z Antonim Liberą rozmawia Agata Kłopotowska

Agata Kłopotowska: - W październiku ubiegłego roku w warszawskim Teatrze Powszechnym odbyła się premiera wyreżyserowanego przez Pana spektaklu "Zapasiewicz gra Becketta" z okazji 50-lecia pracy oraz 70. urodzin aktora. Przedstawienie to stało się ważnym wydarzeniem teatralnym i nadal trudno się na nie dostać. Składają się na tę sztukę trzy jednoaktówki: "Katastrofa", "Impromtu ´Ohioª" oraz słynna "Ostatnia taśma", w której Zbigniew Zapasiewicz daje popis prawdziwej wirtuozerii aktorskiej. 20 lat temu w Teatrze Studio rolę tę, również w Pana reżyserii, zagrał Tadeusz Łomnicki. Czy praca z tymi dwiema wybitnymi indywidualnościami sceny wyglądała inaczej?

Antoni Libera: - Owszem. Już sam czas prób o czymś mówi. Z Łomnickim pracowałem nad Krappem prawie trzy miesiące, a z Zapasiewiczem niespełna sześć tygodni. Łomnicki to był wielki fantasta. Do pracy potrzebował "czarów". Godzinami opowiadał sobie rolę, zanim zaczynał tworzyć ją wprost. Chodziliśmy razem na obiady, kolacje, przez pewien czas właściwie nie rozstawaliśmy się. Natomiast Zapasiewicz, choć też chciał wiedzieć wszystko o postaci, którą ma zagrać, podchodził do rzeczy wybitnie technicznie. Przekładał problemy wyrazu, sensu, psychologii na język czysto formalny. A kiedy forma była już uchwycona, potrafił, mimo swego mistrzostwa, powtarzać najdrobniejsze gesty i przejścia dziesiątki razy, tak aby stały się one nieomal mechaniczne - aby, że tak powiem, wykonywały się same, niejako poza jego świadomością. Pracował jak klasyczny wirtuoz. Tyle że instrumentem było jego ciało.

- A jak odbiera Pan końcowy efekt? Czy Krapp zagrany przez Zapasiewicza jest wyraźnie kimś innym niż Krapp wykreowany przez Łomnickiego?

- Tak. Krapp Łomnickiego stał się postacią autonomiczną. Jak powiedział to dowcipnie Erwin Axer, reżyser wielokrotnie współpracujący z Łomnickim i bardzo wysoko go ceniący, tamto przedstawienie z 1985 roku to była... Ostatnia taśma Łoma, a to z Zapasiewiczem to prawdziwa Ostatnia taśma Krappa. Głównie chodzi o to, że Zapasiewicz, zgodnie z moją intencją, podążył ściśle za myślą Becketta, a Łomnicki poszedł swoją drogą, teatralnie z pewnością atrakcyjną, ale odbiegającą od istoty postaci i całej sztuki. Krapp bowiem to ktoś w rodzaju protestanckiego maksymalisty, człowieka, który z powodów ideowych stawia na jedną kartę i przegrywa swój wybór. W wykonaniu Łomnickiego postać ta kojarzyła się raczej z postaciami literatury rosyjskiej.

- W zeszłym roku Znak wydał powieść "Molloy" i cztery nowele Samuela Becketta w Pana tłumaczeniu. Te mało znane utwory, choć tłumaczone już wcześniej na polski, dopiero - jak to zaznaczył wydawca - w przekładzie Antoniego Libery ujawniły "swe wielopiętrowe znaczenia, zwłaszcza niezwykłą urodę języka i stylu". Czy myśli Pan, że proza ta ma szansę na większe zainteresowanie współczesnego czytelnika?

- Raczej nie. Ale to nic nadzwyczajnego. Proza ta bowiem nigdy nie cieszyła się powszechnym zainteresowaniem, szerzej stała się znana dopiero po światowym sukcesie dramaturgii Becketta, a następnie po przyznaniu mu Nagrody Nobla. Tak to już jest we współczesnym świecie, którym rządzi kultura masowa. Potrzeba sensacji, promocji, nagłośnienia, aby dane dzieło stało się "medialne". Nie zmienia to jednak faktu, że rzeczy prawdziwie wartościowe zostają i są wznawiane, a rzeczy o mniejszym czy zgoła zerowym ciężarze gatunkowym, choćby nie wiem jak bardzo były wyniesione i jak wysokie osiągnęły nakłady, szybko przemijają i nie zostaje po nich nawet pamięć. Rzecz w tym, że poważna, głęboka literatura - dotykająca najistotniejszych spraw człowieka - nigdy nie jest "łatwa, miła i przyjemna". Wymaga skupienia, trudu, a przede wszystkim w ogóle zainteresowania ważnymi problemami. Kultura masowa wprowadziła szum informacyjny i zmanipulowała samo pojęcie literatury. Na pozór w dalszym ciągu jest ona tym, czym była, czyli jednym z najważniejszych wyznaczników kultury, a faktycznie stała się towarem rozrywkowym. Według mnie ponad 90% współczesnej produkcji literackiej pełni zupełnie inną rolę niż w przeszłości. To jest nowa jakość, którą z prawdziwą literaturą łączy jedynie to, że jej tworzywem jest język, a nośnikiem papier, czcionka i farba drukarska.

- Przed przeszło trzema laty w naszej rozmowie przeprowadzonej także dla "Przeglądu Polskiego" powiedział Pan o swojej powieści "Madame", że jest "w pewien sposób egocentryczna". Zabrakło w niej bowiem, jak Pan wyjaśnił, odniesień do wielkich wydarzeń "na skalę światową, ogólnoludzką", takich jak powstanie Solidarności czy wybór i postać Papieża Jana Pawła II, wydarzeń, które w historii Polski były czymś "na granicy cudu". Czy napisze Pan taką książkę?

- Nie wiem. Nie sądzę jednak, aby stało się to głównym tematem, i to podjętym wprost. To mogłoby być raczej tłem, punktem odniesienia, przedmiotem dygresji. Teraz pracuję nad książką, w której staram się przedstawić całą historię mojej znajomości z Beckettem - od wstępnego zainteresowania, poprzez komentowanie i tłumaczenie jego dzieł, aż po kontakty osobiste - i robię to w formie opowieści w stylu podobnym do autobiograficznej prozy Ryszarda Kapuścińskiego. I chociaż jest to temat, powiedziałbym, czysto literacki, niejednokrotnie odwołuję się do spraw politycznych i społecznych, ponieważ stanowiły one właśnie tło mojego wtajemniczenia w tę wysoce filozoficzną czy nawet metafizyczną twórczość.

- Nie chciałabym tymi pytaniami uprzedzać tego, o czym być może Pan napisze... Czy Beckett w rozmowach z Panem pytał o Polskę? Czy jego wiedza o naszym kraju wykraczała poza komunały i stereotypy? Czy rozumiał powojenną tragedię Polski?

- Mam za mało danych, aby rzetelnie odpowiedzieć na te pytania. Mogę jednak stwierdzić, że wiedział o naszym kraju i historii więcej, niż się tego spodziewałem. Być może stąd, że miał wcześniej do czynienia z kilkoma Polakami, którzy mogli mu przekazać różne rzeczy. W czasie wojny, gdy ukrywał się na południu Francji, ścigany przez gestapo, zaprzyjaźnił się z polskim malarzem żydowskiego pochodzenia Henrykiem Haydenem (podobno od niego usłyszał żart o krawcu i Panu Bogu, który wykorzystał później w Końcówce). W drugiej połowie lat 60. spotykał się w Paryżu z Adamem Tarnem (założycielem i pierwszym redaktorem naczelnym miesięcznika Dialog) i Sławomirem Mrożkiem. Poza tym cenił sobie, że pamiętna inscenizacja Czekając na Godota w Teatrze Współczesnym w Warszawie, w reżyserii Jerzego Kreczmara, była bodaj trzecią czy czwartą na świecie. Ktoś przetłumaczył mu recenzje z tego spektaklu. Potem pisał listy do Kreczmara, na podstawie zdjęć chwalił dekoracje i kostiumy. Mnie zaskoczył przede wszystkim wiedzą na temat Mickiewicza i mitologii "polskiego pielgrzymstwa" oraz orientacją w sprawie Katynia. Warto też przypomnieć, że po wprowadzeniu stanu wojennego natychmiast podpisał protestacyjny list w tej sprawie.

- No to wiedział wcale niemało. A skoro mówimy o percepcji Polski: jakie odnosi Pan wrażenia ze spotkań podczas podróży zagranicznych? Niedawno był Pan w Paryżu na zorganizowanej przez Jacques'a Chiraca imprezie poświęconej kulturze europejskiej.

- Moim zdaniem to "Spotkanie na rzecz Europy kultury" (zwracam uwagę, że nazwa zakłada postrzeganie kultury na podobieństwo globu ziemskiego i jego kontynentów i sugeruje działanie na rzecz idiomu odpowiadającego geograficznej Europie) zostało całkowicie zmanipulowane. Podporządkowano je mianowicie zbliżającemu się referendum we Francji w sprawie europejskiej konstytucji i niejako z góry uczyniono z niego wiec poparcia twórców i intelektualistów. Nikogo nie pytano, jakie ma poglądy w tej sprawie, głos zabierali wyłącznie orędownicy konstytucji i do mediów poszła informacja, że cała intelektualna Europa (ponad 400 nazwisk!) popiera Jacques'a Chiraca i konstytucję. Jako żywo przypominało to sławetne "kongresy kultury" organizowane u nas za komuny.

Stosunek Francji do Polski jest wyjątkowo obłudny. Kiedy Polska jest zniewolona i buntuje się przeciw zaborcom, wówczas Francuzi nas podziwiają, ślą pozdrowienia i paczki. Kiedy tylko Polska wybija się na niepodległość i staje krajem w miarę normalnym, zaczynają kręcić nosem. Wszystko przestaje im się nagle podobać. Naród "romantyczny", przepojony wzniosłymi ideami wolności i równości, bezkompromisowy i odważny, staje się w ich oczach "ciemny", "ksenofobiczny", "zacofany", odrażająco klerykalny. Natomiast wspaniała jest dla nich... Rosja. Potężna i tajemnicza. Jest to właściwie groteskowe, gdyby nie było tak przykre, a nawet groźne. No, ale rzeczywistość utarła im ostatnio nosa.

- Widok zatroskanego, wyraźnie zbitego z tropu Chiraca po przegranym referendum konstytucyjnym mógł być źródłem chwilowej satysfakcji, ale też szczególnej pociechy dla nas to wydarzenie ze sobą nie niesie. Rosja zaś podczas uroczystej fety 9 maja w Moskwie z okazji 60. rocznicy zakończenia II wojny światowej zademonstrowała w sposób dobitny i symboliczny zarazem, czym jest dla niej Polska i jaki jest jej stosunek do prawdy historycznej.

- Postawa Rosji i wynikające z niej zachowania nie były dla mnie zaskoczeniem. Od wielu lat powtarzam, że Rosja nie jest w stanie sama przezwyciężyć swojej przeszłości i wkroczyć na drogę przynajmniej zbliżoną do tej, jaką podążają kraje zachodnie. Jest to państwo grabieżcze i pasożytnicze, od setek lat niepotrafiące sobie poradzić z własnymi problemami (niektórzy nazywają to "duszą rosyjską") i przez to bezprzykładnie agresywne. Jedynymi ideami scalającymi ten naród jest pycha narodowa, wrogość wobec innych i widmo rzekomych zagrożeń. Polska jest tam szczególnie znienawidzona, ponieważ nie jest mocarstwem, a jednak wielokrotnie pokazała, że nie podporządkuje się przemocy i wilczym prawom, a poza tym jest krajem, w którym per saldo, przy wszelkich jego bolączkach, żyje się lepiej i szczęśliwiej. Oni tego nie mogą znieść i dlatego będą próbowali nas zniszczyć. Warto zwrócić uwagę, że najbardziej podziwiają Rosję narody, które z jej strony poniosły największą klęskę: Francja i Niemcy.

Mówi się, że we współczesnym świecie o wszystkim decyduje ekonomia. Z pewnością w wysokim stopniu tak. Ale nie wyczerpuje to sprawy. Są jeszcze rzeczy niewymierne: strach, zbiorowy masochizm i jego odwrotność - pogarda. "Kontredans", do którego Rosja zaprosiła ostatnio Francję i Niemcy i na który te ostatnie ochoczo przystały, przypomina ponurą psychodramę. Niegdyś pokonani płaszczą się przed pogromcą, zarazem (ukradkiem) z niego szydząc; pogromca zaś pyszni się i gardzi pokonanymi, jednocześnie (milcząco) ich podziwiając, ponieważ mimo zwycięstw i dumy nijak nie potrafi dorównać im cywilizacyjnie. Tego rodzaju sytuacja nie zmieni się, dopóki świat siłą (jak niegdyś ekipa Ronalda Reagana) nie zepchnie Rosji do defensywy i nie wymusi na niej przestrzegania zasad koegzystencji albo sama Rosja, wskutek toczących ją rozmaitych chorób, nie zachwieje się i nie padnie.

- A my w tym złowieszczym sąsiedztwie z naszymi skorumpowanymi, skłóconymi czy po prostu głupimi "elitami politycznymi" możemy stać się łatwym łupem... Polska powinna przezwyciężyć kryzys, w którym się obecnie znajduje. Wierzy Pan w IV RP? Jest potrzebna? Jest możliwa?

- Że jest potrzeba zasadniczej odmiany, to oczywiste. Czy taka odmiana jest jednak możliwa, a jeśli tak, to w jakim stopniu, nie jest już takie pewne. Nie wystarczy wygrać wybory, a potem nie kłócić się w nowo powstałym układzie władzy. Do przeprowadzenia odnowy potrzeba woli czy przynajmniej przyzwolenia większości społeczeństwa. A tutaj widzę niejakie problemy. W Polsce jest bowiem wiele sił czy środowisk wybitnie obstrukcyjnych. Z jednej strony są to tacy lub inni populiści, reprezentujący rzesze sfrustrowanych i zrezygnowanych, którym bynajmniej na zmianach nie zależy, z drugiej zaś cyniczna prywata (mająca zresztą w Polsce długą i niechlubną tradycję), która patrzy wyłącznie na własny interes, natomiast państwo i dobro wspólne ma w pogardzie. Oligarchowie ci - a jest to w dużej mierze "uwłaszczona" nomenklatura peerelowska i byłe służby specjalne - uczynią wszystko, aby nie dopuścić do koniecznych reform, włącznie z próbą eliminacji przeszkadzających im polityków lub urzędników. Znamiennym przykładem jest tu przypadek zabójstwa generała Papały. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze bardzo skomplikowana polityka zagraniczna. Europa Zachodnia jest moralnie słaba. Kultywując w straceńczy sposób ideologię politycznej poprawności, kopie sobie grób. Do tego jest obłudna. Głosi idee równości i poszerzenia, a jednocześnie wyznaje odwieczną zasadę, że są "równi i równiejsi" i bardzo dba o własne interesy. Polska powinna bezwzględnie zachować równowagę sojuszniczą z Unią i USA. Bez ścisłego związku z USA nie będziemy bezpieczni. No, ale to właśnie bardzo nie podoba się Unii. Znalezienie w tych warunkach modus vivendi jest zadaniem wyjątkowo trudnym. Trzeba wreszcie nieustannie walczyć o korzystny lub przynajmniej prawdziwy wizerunek naszego kraju na arenie międzynarodowej. Polska - poza Rosją - rzeczywistych wrogów nie ma. Istnieją jednak siły, które z różnych powodów chcą obraz naszego państwa i społeczeństwa zohydzić lub przynajmniej zdyskredytować. Należy temu sensownie i skutecznie przeciwdziałać. Nic bowiem tak szybko się nie utrwala jak propagandowe stereotypy. Tak więc, choć pragnę być optymistą, widzę w najbliższej przyszłości mnóstwo trudnych problemów do rozwiązania. Być może jest to ostatnia faza koniunktury dla Polski. Trzeba koniecznie ją wykorzystać.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail