Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Giermkowie
błędnych rycerzy
Ciężkie jest życie, jakie my,
giermkowie błędnych rycerzy, pędzimy.
Miguel de Cervantes, Don Kichote
Motto tego felietonu zaczerpnąłem z mądrej rozmowy między
giermkami błędnych rycerzy, wyrzekającymi na swój los. Bycie
giermkiem błędnego rycerza wymagało zaiste wielkiego samozaparcia
i końskiej kondycji. Sługa pokornie znosił humory pana i niewygody
tułaczego życia, niczym polski emigrant na Greenpoincie, bo
miał perspektywę przyszłej nagrody - w naszym przypadku zieloną
kartę, a u Cervantesa wyspę na Pacyfiku. Błędni rycerze byli
na tyle cwani, że zamiast płacić - obiecywali sługom gruszki
na wierzbie, czyli wyssane z palca godności i bogactwa. Sancho
dostał od Don Kichote'a wyspę z ludnością i pałacem, a giermek
Leśnego Rycerza - kanonię wraz z perspektywą zostania arcybiskupem.
Czasy się zmieniły, a i literatura nie ta sama. Błędni rycerze
przestali cokolwiek obiecywać - poza podwyżkami cen i masowymi
zwolnieniami z pracy. Coraz częściej zaczynają też straszyć
masową zagładą. Radosną wiadomością na ten temat uraczył mnie
Nowy Dziennik. Usiadłem akurat do komputera, by zdać
relację z kolejnego tygodnia w Kraju Deszczowego Lata, a tu
koledzy zza oceanu donoszą, że większość Amerykanów jest przekonana
o możliwości wybuchu wojny nuklearnej - odwrotnie do Japończyków,
których podświadomość programowo blokuje przystęp wybuchowemu
myśleniu. Oni już próbę generalną, ba - małą wojnę nuklearną
przerabiali 60 lat temu i sądzą, raczej logicznie, że teraz
kolej na innych.
Nie siedzę w skórze przeciętnego Amerykanina, ale gdybym
nim był, czułbym się niechybnie giermkiem błędnego rycerza,
któremu obiecano wysepkę pokoju i dostatku na oceanie szczęśliwości,
wypełnionym coca-colą oraz whisky z lodem z góry lodowej -
rozłupanej na kawałki atomówką, ma się rozumieć. Jest wszak
jeden warunek: Amerykanie muszą zrobić na świecie porządek
z rzeczywistymi oraz domniemanymi wrogami Ameryki i światowego
porządku. Obietnica jest tak mglista jak polskie lato - w
Polsce mówią, że jest tak beznadziejnie, że nawet słońcu nie
chce się świecić - a zapowiada trudy i ofiary tak wielkie,
że oferta złożona Anglikom przez Churchilla podczas II wojny
światowej - w postaci krwi, potu i łez - wydaje się przy niej
dziecinną igraszką.
W III Rzeczpospolitej żadnej III światowej nie będzie, bo
tutaj panuje myślenie sprawami i sprawkami zaścianka; niewiele
nas obchodzą losy reszty planety. Ta filozofia biernego trwania
przy własnym korytku - z małym wyjątkiem Iraku, który tylko
potwierdza regułę - sprawia, że Polacy nabierają przekonania,
iż na naszej ziemi - porytej tyloma bombami i wojnami i tak
obficie użyźnionej ciałami poległych - już żadne zbiorowe
szaleństwo morderczych instynktów zdarzyć się nie może. Dlatego,
gdy świat szykuje się do przyszłych konfliktów, my przerabiamy
w kółko stare.
Widać to najlepiej w telewizji. Właśnie wyświetlono niemal
zapomnianego "półkownika" - Krótki dzień pracy Krzysztofa
Kieślowskiego, zrealizowany na podstawie reportażu Hanny Krall
Widok z okna na pierwszym piętrze. Film mówi o początkach
Sierpnia '80, które miały miejsce już w Czerwcu '76, oryginalnie
opowiedzianym z punktu widzenia I sekretarza komitetu wojewódzkiego
w Radomiu. Film niechcący przypomina, że późniejsze samouwłaszczenie
nomenklatury spowodowało, iż typ partyjniaka aktywisty nie
wyginął, a zachował się w Polsce w formie prawie nienaruszonej,
jak mamut znaleziony na pustyni Gobi. To także obraz niebezpieczny
dla współczesnych wyzyskiwaczy, bo pokazuje pracownikom, że
i metody też się nie zmieniły: ten sam cynizm i mafijność
grupek wspólnych interesów, przy jednoczesnym zaniku bezsilnego
państwa.
W 25 lat po Sierpniu '80 Polska staje się tworem znanym jej
starszym mieszkańcom z przeszłości, potworem pożerającym własne
dzieci. Właśnie zadzwonił Romuald Karaś, wybitny reporter,
który jak za dawnych lat wrócił z Suwalszczyzny i mówi, że
jest tam dramat, wielkie bezrobocie, rolnicy zalesiają pola
uprawne, panuje powszechne poczucie braku perspektyw. W kwestii
amerykańskich prognoz wojennych przytoczył wypowiedź Irakijczyka,
mieszkającego w Polsce doktora Hatifa Janabiego, przychylnego
Amerykanom - dużo wycierpiał od reżimu Saddama - będącego
jednak zdania, że przy całej dysproporcji sił ta wojna prawdopodobnie
nigdy się nie skończy, bo Ameryka weszła w coś, z czego nie
można się wydostać. Błędne koło, czyli błędy strategiczne
błędnych rycerzy.
Pamiętam pierwszy dzień strajków polskiego lata 1980 r. Z
Teresą Torańską i Stefanem Kozickim piliśmy herbatę w barze
pracowniczym Gazety Współczesnej i Kontrastów
w Białymstoku. Właśnie dotarła wiadomość o strajkach w Lublinie.
W Torańskiej odezwał się reporterski instynkt: - Trzeba jechać!
Na co śp. Kozicki stwierdził, że lepiej zaczekać na Wybrzeże,
bo tam się wszystko rozegra. Pamiętam unoszący się nad naszym
stolikiem i muskający nasze twarze wiaterek historii, fizyczne
wręcz odczucie nieuchronności zdarzeń, jakie nas czekają.
Sierpień przeorał świadomość i zmienił życie Polaków, ale
po zatoczeniu koła sytuacja w Polsce nabrzmiewa do ponownego
wybuchu. Gdy piszę te słowa, przed Sejmem górnicy walczą z
policją, poszły w ruch armatki wodne, gazy łzawiące, deski,
pałki i kamienie, słychać strzały albo petardy i widać pokrwawionych
ludzi, bo wszystko na żywo transmituje telewizja. Jakby wczorajszy
film Kieślowskiego wcale się nie skończył, a polskie lato
trwało nadal, tyle że protesty nie są już tak spokojne jak
wtedy. Dzieje społeczne rządzą się swoimi prawami, ale jedno
wydaje się niepodważalne: cokolwiek byśmy robili i tak nie
unikniemy powtórki z historii.
O wiele mądrzej mówi o tym giermek błędnego rycerza, Sanczo
Pansa: "Nie masz tak gładkiej drogi, na której byś się o jakiś
kamień nie potknął". Amen.
|
|