PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 29 lipca 2005


ARTUR TANIKOWSKI

O Wicie Stwoszu
i jego spuściźnie

Jednym z najważniejszych wydarzeń milenijnego roku 2000 w Nowym Jorku była w Metropolitan Museum of Art prezentacja sztuki mistrza rzeźby późnogotyckiej Tilmana Riemenschneidera (ok. 1460-1530). Jej autorzy nie ukrywali, że najpoważniejszym spośród współczesnych mistrzowi z Wurzburga konkurentem był Wit Stwosz (ok. 1447-1533), którego artystyczne koncepcje postrzega się dziś jako biegunowo odmienne od tych autorstwa Riemenschneidera. Zapewne nie sposób obiektywnie wskazać większego spośród nich artystę, choć wobec owego nieformalnego wyścigu o palmę pierwszeństwa warto jednak przytoczyć pewną historię, cenną dla tych, którzy uznają głównie kryteria rynkowe. W latach 1490-1492 Riemenschneider wykonał monumentalną nastawę ołtarzową dla kościoła św. Marii Magdaleny w Münnerstadt. Przez ponad 10 lat ołtarz pozostawał bez dekoracji malarskiej, do czasu, gdy podjął się tego zbiegły z Norymbergi (bo sądownie ścigany za długi) mistrz Wit. Oprócz pokrycia figur polichromią, namalował także 4 sceny z legendy św. Kiliana na zewnętrznych skrzydłach nastawy. Jego liczące 220 guldenów honorarium o jedną trzecią przekroczyło to, które zapłacono Tilmanowi - było, nie było - twórcy całego ołtarza!

Ledwie 19 lat swego długiego życia Stwosz spędził w Krakowie, jednak właśnie tu wykonał Ołtarz Mariacki - swe najznakomitsze dzieło (nie mają co do tego wątpliwości także zachodni badacze), którym wpisał się do każdego podręcznika powszechnej historii sztuki. W jagiellońskiej stolicy wyszło spod jego dłuta kilka innych mistrzowskich obiektów, spośród których najważniejsze to krucyfiks Slackerowski w kościele Mariackim oraz nagrobek króla Kazimierza Jagiellończyka w katedrze wawelskiej. Dlatego w Krakowie czczono ostatnio mistrza Wita w trójnasób.

Gdyby wyjąć z kontekstu słowa pani dyrektor krakowskiego muzeum, piszącej o "dwóch nowo odkrytych rzeźbach wielkiego artysty" - mielibyśmy do czynienia z sensacją artystyczną skali światowej. Nie wchodząc głębiej w zawiłości domniemania autorstwa, ani nie umniejszając roli "odkrywców" należy podkreślić, że dwa obiekty, znane - choć jak widać dotąd nie do końca rozpoznane - zostały niedawno Stwoszowi przypisane. I okazało się to wystarczającym powodem do zorganizowania wystawy, wydania znakomitego katalogu oraz zwołania międzynarodowej konferencji naukowej pod wspólnym tytułem "Wokół Wita Stwosza"*. Owo hasło zawarło w sobie tak zróżnicowane zagadnienia, jak rzeźba w Małopolsce przed i po Stwoszu, jego oddziaływanie na obszary sąsiednie, rzemiosło i architektura krakowska w czasach mistrza Ołtarza Mariackiego, wreszcie nie mniej interesujące problemy "życia po życiu" twórczości i osoby Wita Stwosza aż po wiek XX i teatr Tadeusza Kantora.

Katalog i konferencja zdecydowanie przerosły skalą wystawę, której pojemność (z racji wyznaczonego jej miejsca) nie miała prawa unieść gatunkowego ciężaru zagadnienia. Ekspozycję o wysmakowanej scenografii i przemyślanej koncepcji, zawierającą obiekty, których miejsca pierwotnego przeznaczenia miały zdecydowanie monumentalną skalę, zamiast umieścić w Gmachu Głównym krakowskiej placówki, upchnięto w nazbyt kameralnych salach Kamienicy Szołayskich.

*

Wit Stwosz urodził się w Horb w Szwabii, a kształcił u boku jednego z czołowych artystów swego czasu - Mikołaja z Lejdy. Wpływ nań wywarło także malarstwo Rogera van der Weydena oraz sztychy Martina Schongauera czy Mistrza E.S. Do Krakowa przybył w roku 1477, by wyjeżdżając po 19 latach osiąść - z przerwami na podróże (i ucieczki!) - na resztę życia w Norymberdze, gdzie kontynuował artystyczną drogę, hamowaną dramatycznymi wydarzeniami. Uwięziony za finansowe malwersacje, których okoliczności do dziś nie są jasne, uniknął wprawdzie oślepienia, a nawet egzekucji, ostatecznie także doczekał pełnej rehabilitacji. Nie uszedł jednak publicznemu napiętnowaniu - blizny na przypalonych gwoździem policzkach nosił do ostatnich swych dni.

Wciąż jeszcze wiele pytań dotyczących życia i twórczości norymberskiego mistrza pozostaje bez odpowiedzi. Jerzy Gadomski rozwinął je i ukonkretnił. I tak nie wiadomo, kto sprowadził Wita Stwosza z Norymbergi do Krakowa, nie znamy też jego dzieł z okresu przedkrakowskiego, a co za tym idzie - bezpośredniej przyczyny, dla której wybrano tego właśnie artystę na twórcę ołtarza w kościele Mariackim. Nie mniej znakomitym niż mariackie retabulum dziełem jest wyrzeźbiony z jednego bloku wapienia pińczowskiego krucyfiks fundacji Henryka Slackera (także w kościele Mariackim) - prawdą anatomii i wpisaną w konające ciało Zbawiciela ekspresją agonii wyrastający daleko ponad sztukę swego czasu. On właśnie (a nie ołtarz) - jako słynący łaskami obiekt kultu - cieszył się największym zainteresowaniem artystów XIX i początków XX wieku, prowokując powstanie wielu naśladownictw.

Wobec ołtarza i krucyfiksu Gadomski stawia kolejne niełatwe do rozstrzygnięcia zagadnienie indywidualnej lub zbiorowej kreacji w "skrępowanej" systemem cechowym sztuce średniowiecza oraz "roli artysty jako medium wyrażającego pochodzące ´z zewnątrzª nowatorskie koncepcje". Faktem jest, że z niejaką ostentacją Stwosz przełamał odium "bezimienności" cechowych majstrów, składając swą sygnaturę - tuż obok herbu Jagiellonów - na rzeźbionym przez siebie nagrobku Kazimierza Jagiellończyka (w katedrze wawelskiej). Z kolei pełne teologicznych zawiłości treści ideowe Ołtarza Mariackiego każą szukać autorów jego ikonograficznej koncepcji wśród ówczesnych profesorów wydziału teologicznego Uniwersytetu Krakowskiego. Tajemnicze pozostają okoliczności i motywy opuszczenia przez artystę niemal z dnia na dzień (pod koniec stycznia lub na początku lutego 1496 roku) jagiellońskiej stolicy. Wyjeżdżając do Norymbergi, pozostawił w Krakowie wiele rozpoczętych spraw, a przede wszystkim żonę Barbarę (!), która zmarła pół roku później. Choć do miasta pod Wawelem trafili dwaj synowie Wita, a sam mistrz zaprojektował jeszcze plakietę środkową do epitafium upamiętniającego swego przyjaciela - włoskiego humanistę Filippo Buonaccorsiego, zwanego Kallimachem (w krakowskim kościele oo. Dominikanów) - to losy swe związał już był z Norymbergą.

*

Dwa obiekty, przypisane ostatnio Stwoszowi, to relief z "Modlitwą Chrystusa w Ogrojcu" z drewnianego kościoła p.w. Wszystkich Świętych w Ptaszkowej oraz rzeźbiony również w drewnie lipowym i również polichromowany krucyfiks z kościoła Świętej Trójcy w Iwanowicach. Bardzo płaski (ledwie 11 cm grubości) wobec stosunkowo dużej wysokości (ponad 1 m) relief, przechodząc miejscami w rzeźbę pełną, świadczy o znakomitym opanowaniu warsztatu przez jego twórcę. W trójkątnej kompozycji klęczący na skale, oddany modlitwie Chrystus ukazany został profilem pomiędzy zatopionymi we śnie apostołami - św. Janem i św. Piotrem. Należy dodać, że pierwotna redakcja tematu była ikonograficznie bogatsza o postaci św. Jakuba oraz anioła, a także krajobrazowe tło - elementy bezpowrotnie zniszczone w XIX wieku. Mimo częściowej destrukcji dzieło zachowało do dziś mistrzowsko uchwycone przez artystę napięcie i dramatyzm, przynależne jednej z początkowych scen dopełniania się historii Zbawienia. Na charakterystyczne dla rzeźby Stwosza cechy, rozpoznawalne w ptaszkowskim Ogrojcu, składa się ogólny monumentalizm kompozycji, sposób modelowania szczegółów anatomicznych, a także ukształtowanie draperii, układających się miejscami w niezależne od upozowania figur, wirujące sekwencje. Dostrzeżono, że w fałdy szat św. Jana wpisana została inskrypcja inskrypcja "STVOS" - domniemana ukryta sygnatura rzeźbiarza. Dodajmy, że pod koniec XIX wieku relief ptaszkowski rysowali Stanisław Wyspiański i Józef Mehoffer.

Krucyfiks z Iwanowic, który powstał w warsztacie Stwosza przy jego bezpośrednim udziale, został przez Wojciecha Walanusa tak opisany: "Wskazać trzeba na silne napięcie ciała Chrystusa, podkreślone wyprostowaniem nóg i opracowaniem barków (...); niezaprzeczalnie Stwoszowski charakter ma także potężna budowa klatki piersiowej. (...) Pod względem doskonałości ukazania anatomii stawów, ścięgien i mięśni, krucyfiks w Iwanowicach nie ustępuje dziełom Stwosza. Perfekcyjne i subtelne zarazem jest modelowanie muskulatury, zwłaszcza zaznaczenie ´uaktywnionychª mięśni zębatych przednich".

Uważa się, że Stwosz oddziałał na wyobraźnię artystów lokalnych, ale nie pozostawił godnych swego talentu następców, nawet spośród własnych synów (Tadeusz Chrzanowski). Pojedyncze cechy jego stylu bywały przyswajane i interpretowane dość powierzchownie przez działające w różnych regionach warsztaty snycerskie i rzeźbiarskie. Interesująco przedstawia się natomiast problem oddziaływania sztuki Stwosza na dzieła epok późniejszych, szczególnie baroku. Odnosi się to szczególnie do Ołtarza Mariackiego, który mógł stanowić doskonałe źródło rozwiązań ikonograficznych zgodnie z wskazaniami Soboru Trydenckiego, a także do bardzo popularnego krucyfiksu Slackerowskiego. Ten ostatni był chętnie kopiowany, naśladowany, traktowany jako źródło inspiracji także przez malarzy i rzeźbiarzy XIX i XX wieku, m.in. Michała Stachowicza, Antoniego Madeyskiego czy Leona Wyczółkowskiego, a nawet architektów neogotyku.

Ale jednym z najmocniej wczytanych w dzieło, żywot i legendę krakowsko-norymberskiego mistrza okazał się Jan Matejko, który zdaniem Adama Chmielowskiego (św. Brata Alberta) "wyrósł na Stwoszu" i był jego "najbliższym kuzynem". Twórca Bitwy pod Grunwaldem nie tylko cytował dzieła średniowieczne, ale też inspirował się gestykulacją i ekspresją twarzy Stwoszowskich figur. W 1865 roku namalował obraz zatytułowany Ociemniały Wit Stwosz z wnuczką, inspirowany - jak szereg dzieł innych polskich artystów - poematem Wincentego Pola Wit Stwosz, który spopularyzował legendę wraz z niesprawdzonymi, imaginowanymi elementami biografii rzeźbiarza. Jej interpretacja w polskiej sztuce i literaturze zawierała w XIX wieku z oczywistych względów akcenty narodowo-patriotyczne, przeciwstawiające powodzenie i chwałę, z jaką Stwosz spotkał się w Krakowie, odrzuceniu i niedoli, jakich zaznał w Norymberdze.

Tadeusz Kantor, nieustannie prowadzący dialog z artystami różnych epok, nie uniknął spotkania ze Stwoszem. Przyczyną sprawczą okazał się w tym wypadku obejrzany w norymberskim muzeum gwóźdź, którym przypalono policzki rzeźbiarza. W wyniku tego zrodził się pomysł spektaklu Niech sczezną artyści, którego premierę Teatr Cricot 2 wystawił w Norymberdze w 1985 roku. Jak pisze Anna Halczak, "aktorzy-lokatorzy scenicznego miejsca, zajęci codziennymi czynnościami, brutalnie od nich odrywani, umieszczani są w szafie-ołtarzu (podobnie jak mieszczanie krakowscy byli wykorzystywani przez Wita Stwosza jako modele figur w Ołtarzu Mariackim) (...) wyraźnie przekraczają przy tym próg więzienia, nieomal grobowca (...) uwięzieni w pozach i gestach nadanych im przez scenicznego Mistrza Wita". Z tym ostatnim utożsamił się sam Kantor, wplatając w proces twórczy średniowiecznego rzeźbiarza rozmaite kulturowe tropy i historyczne traumy XIX i XX wieku, które ukształtowały jego własną świadomość artystyczną i odcisnęły się na jego biografii.

Ćwierć wieku wcześniej powstał film dla dzieci - debiut reżyserski Sylwestra Chęcińskiego - będący adaptacją klasycznej powieści Antoniny Domańskiej Historia żółtej ciżemki. Na szczególne podkreślenie zasługuje scenografia autorstwa pary znakomitych krakowskich plastyków - Jerzego Skarżyńskiego i Lidii Minticz-Skarżyńskiej oraz bardzo pozytywnie oceniony aktorski debiut jedenastoletniego Marka Kondrata w głównej roli Wawrzka. Był to, według książki, najmłodszy i najzdolniejszy uczeń Mistrza Wita, do którego pracowni trafił z podkrakowskiej wsi. Wszak (a to już nie literacka fikcja) dzieła Stwosza znaleźć można nie tylko w muzeach i kolekcjach Krakowa czy Norymbergi, Cleveland czy Nowego Jorku, ale także Iwanowic czy Ptaszkowej...

---------------------------

* "Wokół Wita Stwosza", Kamienica Szołayskich - oddział Muzeum Narodowego w Krakowie, marzec-lipiec 2005, kurator: Adam Organisty.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail