PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 22 lipca 2005


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Pieszczoty
z oceanem

Znajomy niedawno zapytał, jak to się robi, że co tydzień pisze się inny tekst do tej samej rubryki. Zareagowałem jak pewna pani w restauracji, na której nagie a długie nogi zakochany chyba w tych nagościach i długościach kelner wylał zimne piwo. Kobieta zrazu krzyknęła, a potem wydała z siebie przeciągłe wycie. Osłupiały kelner próbował ścierać złotą plamę z jej brązowych kolan, ale to tylko potęgowało wrzaski. Wreszcie z Niagary jęków i szlochów dało się wyłowić skargę: - Pan mnie poparzył!

Ja też skoczyłem jak poparzony, choć wylano mi na głowę kubeł zimnej wody. - Jak to inny tekst?! - zapytałem groźnie, niczym pewien Neandertalczyk swego sąsiada na rysunku w New Yorkerze, gdy obaj z maczugami w dłoniach słuchali popisów "pierwszego na świecie krytyka": Should I applaud politely or kill him? Zacytowałem to zdanie po angielsku, nauczony emigranckim doświadczeniem: trudne kwestie załatwiamy w tym narzeczu. Jak jest dobrze, wracamy do polskiego.

Mój znajomy chciał być miły i wyrazić coś na kształt podziwu, a sprowokował lawinę usprawiedliwień. Zawsze się pisze ten sam tekst, rozpisany na różne motywy. Rubryka w gazecie przypomina nieco taniec, często na linie, gdzie tematyka, melodia i rytm pozostają te same, różne są tylko kroki - czytaj: teksty. Czasem wraca się do tych samych kroków, ale i tak każdy z nich posuwa tę taneczną - czy jak kto woli pisarską - opowieść o krok dalej.

Aby nie być gołosłownym (uwaga: powrót motywu nagości), wrócę do tematu butów. Czystych. Wiosną pisałem o polskich pucybutach, a raczej ich braku z powodu szukania przez młodych Polaków kariery w polerowaniu kanciastych zdań, zamiast kształtnych bucików. Na felieton odpowiedziały miłymi dopowiedzeniami dwie panie. Pani Nina Taylor-Terlecka, wdowa po pisarzu Tymonie Terleckim, przysłała do redakcji urywek z reportażu pana Tymona z Malagi z 1933 r., w którym ten mistrz słowa opisuje mistrzowski popis małego czyścibuta. Wytworny stylista miał niezwykły dar malarskich wręcz portretów ludzi. Jakież to żywe, jakie plastyczne:

"Na Paseo de la Alameda natykam się na czyścibuta, który w Hiszpanii nazywa się limpiabotas i jest osobnym zawodem ulicznym. W hotelach nie czyszczą obuwia, musi się więc korzystać z tej instytucji, może z powodu bezrobocia aż nadmiernie rozbudowanej. Jest we mnie pewne zawstydzenie, gdy powierzam moje buty, noszące ślady wczorajszych pieszczot z oceanem, temu nieznajomemu spod palm Malagi. Ma twarz mocno wągrowatą, spoconą i dłonie osmoluchowane aż do przegubów. Klęczy na obu kolanach przygięty całym ciałem i jakże świadomie czyni swoją sztukę. Najpierw skórę oczyszcza z pyłu i z błota, potem wciera mocno palcami i rozprowadza suknem warstwę bez kolorowego tłuszczu. Na nią pryskającym pędzlem nakłada czarną politurę, zaciera ją w tłuszcz i pokrywa ją jeszcze jednym pokładem. Tak płynna, lotna, pełznąca czerń zostaje ujęta w podwójne zamknięcie, przytrzymana na siłę.

Teraz szczotka zaczyna krzesać z niej połysk, obiegając szybko bucik i głośno plaska, bez przerwy, bez zwolnienia lotu, niezawodnie przeskakując z ręki prawej do lewej, z lewej do prawej. Czyścibut co chwilę przygina głowę, aby śledzić moc zbudzonego blasku, jeszcze przydaje mazi i znowu puszcza w obieg klaszczącą w dłoniach szczotkę. Potem jej miejsce zajmuje skrawek pluszu raz po raz z góry przypadający na powierzchnię buta i rozświetlającymi ją szybkimi ruchami do dziennej pełni.

Robiąc to wszystko, mój czyścibut rozmawia z jakimś młodym Hiszpanem, który oparł się o pień palmy: przedkładają sobie coś zgodnie, namiętnie, zawzięcie. Z pojedynczych słów, które są wspólne językom romańskim, dorozumiewam, że obaj są zwolennikami rewolucji, że obaj czują się zawiedzeni niedoskonałością jej dokonań. I oto niemy między ich żarliwymi głosami, bezczynny wobec stającego się dzieła, obcy, przechodni człowiek, odnajduję z nimi wspólnotę.

Myślę, że ten klęczący przede mną tak z bliska przypatruje się butom, jak ja przyglądam się światu, że razem ze mną nie daje zgody na świat, jaki jest. I myślę jeszcze, że chciałbym umieć tak dobrze składać słowa, jak on woła połysk z błędnych, z zachodzonych bezdrożami buciorów. Dlaczego nie mogłeś wiedzieć, nieznajomy chłopcze z Malagi, że to myślałem nad twoją zwichrzoną od ruchu, przychyloną do moich butów głową, nad twoimi zbrudzonymi rękami, które się szybko trudziły wokoło ich blasku?".

Ja też "chciałbym umieć tak dobrze składać słowa", jak Tymon Terlecki. Też chciałbym, podobnie jak pan Tymon, umieć "śledzić moc zbudzonego blasku" i tak to opisać, by rozświetlić powierzchnię tekstu "do dziennej pełni". Ale jest to marzenie marynarza o dalekim lądzie albo pilota o dalekim lotnisku. Druga z pań, Anna Frajlich, przysłała taki obrazek: "Wyobraź sobie, że to była ostatnia rzecz, jaką zrobiłam na lotnisku w Toronto. Miałam jeszcze trochę kanadyjskich dolarów, wiedziałam, że tak szybko do Kanady nie przyjadę, więc dałam sobie wyczyścić buty. Wspaniała rzecz, i dla mnie, i dla tego faceta, który to robił. Szalenie wyspecjalizowany, miał różne szczotki, różne pasty i jest to bardzo relaksujące. Tutaj teraz panuje szał manikiurowy, ale ja nie mam cierpliwości, ani razu nie spróbowałam, ale buty dałabym sobie wyczyścić, tylko nie ma na mojej trasie ani jednego pucybuta. Za to na Columbii na wydziale klasyki jest fundacja najbogatszego pucybuta w dziejach, tj. Onasisa".

Zaczynam podejrzewać, że w Nowym Jorku zaczyna brakować pucybutów z prostego powodu: Amerykanie, których Polacy małpują od lat jak tylko się da, postanowili się nam zrewanżować i zmałpować coś od nas: zamiast polerować buty, masowo polerują zdania. Nic do ujęcia ani dodania. Bo nie wiadomo, czy grzecznie temu przyklasnąć, czy złapać od razu za maczugę?

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail