PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 22 lipca 2005


GRAŻYNA DRABIK

Nowojorska kronika (teatr)

Podobieństwo jest uderzające, oczywiście na tyle, na ile możemy porównywać aktora na scenie z osobą "z życia", dobrze znaną, ale tylko z fotografii. Starannie przycięta siwiejąca broda. Głęboko osadzone, uważnie patrzące oczy. Nad nimi wysokie czoło. Nieco ze staroświecka, prosto w tył zaczesane szpakowate włosy.

I głos jest podobny - to znaczy rozpoznajesz głos, który tak surowo i bezpośrednio zwracał się kiedyś do ciebie ze stronicy książki. Głos precyzyjnych zdań, z dykcją wyrazistego szczegółu, o uderzająco beznamiętnym tonie. Bez wzniosłości wzruszeń. Bez słusznego gniewu. Bez głębin ulitowań nad sobą czy nad innym. Głos człowieka, który spełnia swój obowiązek zdawania okrutnej lecz nieodzownej relacji. Obowiązek wobec samego siebie: wyzwolić się z pamięci. Pojąć to, co niemożliwe do racjonalnego ogarnięcia. Obowiązek wobec innych: zdać sprawozdanie.

Teraz słyszysz ten głos z zewnątrz. Dochodzi do ciebie z całą jego precyzją i dbałością o szczegół, z wstrzemięźliwością uczuć trzymanych w ryzach. Rozpoznajesz go od pierwszych zdań, zanim jeszcze dotrzesz, razem ze sprawozdawcą, do piekła XX wieku: "Miałem szczęście, że zostałem deportowany do Auschwitz dopiero w 1944 r., to znaczy wtedy, gdy niemiecki rząd zdecydował, wobec narastającego problemu braku rąk do pracy, by przedłużyć przeciętną życia więźniów przeznaczonych do eliminacji...

Zostałem złapany przez faszystowską policję 13 grudnia 1943. Miałem 24 lata, niewiele mądrości, żadnego doświadczenia i wyraźną skłonność - pogłębioną życiem w segregacji, którą narzuciły mi cztery lata obowiązujących praw rasowych - by żyć we własnym, nierealistycznym świecie, zamieszkałym przez cywilizowane duchy kartezjańskie...

Rano 21 lutego dowiedzieliśmy się, że następnego dnia wszyscy Żydzi opuszczą (obóz w Fossoli). Wszyscy Żydzi, bez wyjątku. Nawet dzieci, nawet starcy, nawet chorzy. Dokąd? Nikt tego nie wiedział...

(Parę dni później) dowiedzieliśmy się z ulgą dokąd nas wiozą. Auschwitz: nazwa nie miała szczególnego znaczenia dla nas w tamtym czasie, lecz przynajmniej określała jakieś miejsce na tej ziemi...".

Anthony Sher, aktor australijski zamieszkały w Anglii, jest znany głównie z klasycznych ról na deskach teatrów Londynu. W przedstawieniu Primo, które napisał na podstawie książki Primo Leviego Se questo e un uomo, znanej w USA pod tytułem Survival in Auschwitz, osiągnął więcej niż wielki sukces aktorski. W krótkiej, jakby skondensowanej wersji (90 minut monologu podawanego prawie cały czas na stojąco, bez ruchu, z minimalnym gestem otarcia potu, zdjęcia czy założenia okularów), buduje dramatyczną prawdę o odległej, prawie niepojętej rzeczywistości.

Sher jest obecny i jednocześnie jakby nieobecny na scenie. Jego osiągnięcie leży w dużej mierze w tej właśnie "niewidzialnej widoczności". Nie "gra" Primo Leviego. Nie "wciela się" w młodego włoskiego chemika, który znajduje się nagle w obozie koncentracyjnym. Ani nie przywołuje obecności starego już Leviego, który w konwencji dokumentalnego filmu Shoah składa zeznania-wspomnienia z czasów wojny.

W wymownej, monotonnie szarej scenerii zbudowanej przez Hildegard Bechtler, w dramatycznym oświetleniu Paula Pyanta, Sher staje się instrumentem, możliwością przekazu doświadczeń drugiego człowieka. Swą sztukę aktorską podporządkowuje całkowicie wymogom tekstu, znika za nim. Z pomocą inteligentnej reżyserii Richarda Wilsona nadaje nowy rytm życia pisanemu słowu Primo Leviego.

Dla nas, którzy znamy nieludzkość obozu koncentracyjnego z podobnie surowo wymagających opisów Tadeusza Borowskiego czy Zofii Nałkowskiej, przeżycie jest podwójnie mocne: jako powrót do wcześniej rozpoznanego antyświata i jako sprawozdanie składane teraz, ze szczególnej perspektywy "obywatela włoskiego, pochodzenia żydowskiego". Wzruszająca jest skupiona cisza, jaka panuje na sali nowojorskiego teatru. Cisza szacunku dla niepojętego, które przybliża nam sprawozdawca Primo - Sher.

*

Przedstawienie, które Royal Shakespeare Company przywiozło do Brooklyn Academy of Music, pełne było dobrych chęci, wzniosłych celów i wybitnych talentów. Takie połączenie - wielki tekst antycznej tragedii w dobrym, współczesnym tłumaczeniu poety Tony'ego Harrisona, wielka aktorka o wieloletnim doświadczeniu w klasycznej dramaturgii, ambitni artyści znanej i cenionej grupy teatralnej - powinno właściwie z góry gwarantować pozytywne rezultaty.

A jednak Hecuba Eurypidesa w inscenizacji RSC, z oprawą wizualną Esy Devlin (scenografia i kostiumy) i Adama Silvermana (oświetlenie), z muzyką Micka Sandsa i choreografią Heather Habens, ani nie wzruszała szczególnie, ani nie budziła zbytnich sprzeciwów. Ot, rozwijał się nieuchronnie wątek brutalnej opowieści, lała się czerwonym strumieniem winna i niewinna krew, Hekuba załamywała dramatycznie ręce, toczył się słowny pojedynek między zwycięzcami wojny trojańskiej i pokonanymi, Hekuba skarżyła się dramatycznie na niesprawiedliwy los, wzięła los w swe żądne zemsty dłonie, polało się więcej niewinnej krwi...

Pozostał mi z przedstawienia uderzający obraz gęsto stłoczonych stylizowanych namiotów wznoszących się ku górze, jak po zboczu wzgórza. Ciekawość fascynującego tekstu Eurypidesa, który w momencie zwycięstwa Greków przyjmuje perspektywę pokonanych Trojan. Przekonanie, że nie można dzisiaj grać antycznej tragedii w naturalistyczny sposób, z szerokimi gestami i głośnymi skargami, nawet kiedy prezentuje je tak wybitna aktorka jak Vanessa Redgrave. (BAM, 17-26 czerwca).

*

Nieco z grecka, bo pod koniec, po cyklu tragedii, oczekuje nas oczyszczenie śmiechem. W rocznicowym, już 50. sezonie, Public Theatre sięgnął po dwie bardzo popularne sztuki barda: w lipcu mieliśmy okazję cieszyć się w scenerii Central Parku sympatyczną komedią As You Like It (przedstawienia od 25 czerwca do 17 lipca). W sierpniu szykuje się gwiazdorska inscenizacja Two Gentlemen of Verona (od 16 sierpnia do 11 września).

O Jak wam się podoba mogłabym z łatwością powiedzieć tak: inscenizacja przygotowana przez drużynę Shakespeare in the Park nie była sprawiedliwa dla Szekspira. Z bardzo inteligentnej, pełnej błyskotliwych obserwacji komedii o podwójnej wymowie - beztroskiej zabawy i filozofującej rozprawki o ludzkiej naturze - uczyniła kolorową przebierankę zbyt bliską w stylu do prościutkiej farsy. A u Szekspira przecież, choć rzecz się dzieje w sielskiej scenerii Lasku Ardeńskiego, niewiele z farsy ni z prostoty.

Kraina Ardenu, choć pełna pastuszków i dziewcząt, należy do rzeczywistości magicznej raczej niż do typowej komedii pasterskiej. Ton zaś poetyckiej opowieści o spełnieniu w miłości i pozytywnej mocy dobra jest naznaczony uderzającym sceptycyzmem. Interpretacja upraszczająca wymowę sztuki jest najbardziej widoczna w przesadnych kostiumach i w ustawieniu roli Touchstone'a: "poważny" błazen, z którego ust słyszymy ironiczne komentarze, przebrany zostaje w kolorowy strój klowna z wielkimi pomponami zamiast guzików, z makijażem ceglastych plam na policzkach i na czubku nosa.

Ale lato jest gorące i parne. W trawach jeszcze błyskają lampeczki świetlików. Ludzie oczekujący na wstęp pocieszają się liżąc namiętnie lody. Delacorte Theatre jest wypełniony do ostatniego miejsca i wszyscy chcemy, żeby nam się wszystko podobało. I wszystko, no, prawie wszystko, wystarczająco nam się podoba, by wieczór był udany.

Liczny zespół młodych i doświadczonych aktorów nieźle sobie radzi z wymogami Szekspirowskiego wiersza. Mark Lamos nadaje bezpretensjonalnemu przedstawieniu wygodny rytm - ani zbyt pośpieszny, ani za wolny. Rozalinda Lynn Collins jest pełna wdzięku i pozytywnej energii. Choć Orlando (James Waterson) nie jest w stanie dorównać jej w grze, przyjmujemy westchnienia zakochanej z sympatią, przekonani jej elokwencją. Wyśmienity Brian Bedford dodaje szczyptę pożądanego pieprzu w roli wiecznego malkontenta Jaquesa. Dekoracje Riccardo Hernąndeza są atrakcyjnie proste: wielkie koło, sugerujące mapę kosmosu, otwarte na urodę parku wokół, na rozległe niebo nad nami.

Krótko mówiąc, w lipcowy wieczór poddajmy się wdziękom baśni, gdzie wszystko się dobrze kończy. Zakochani znajdą swe idealne "drugie połowy". Bracia się pogodzą. Wygnani powrócą do utraconych domów. Dobry książę odzyska tron, a zły nie musi być nawet ukarany, bowiem uświadamia sobie, że źle czyni, prosi o przebaczenie, i przebaczenie zostaje mu udzielone. Ot, już od dzisiaj, powszechnie zapanują dobro i miłość. Przynajmniej w Lesie Ardeńskim.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------

Antony Sher, Primo, na podstawie książki Primo Leviego Se questo e un uomo. Reżyseria: Richard Wilson, scenografia i kostium: Hildegard Bechtler, oświetlenie: Paul Pyant i David Howe, dźwięk: Rich Walsh. W roli Primo Leviego - Antony Sher. Premiera 11 lipca, przedstawienia do 7 sierpnia, The Music Box Theatre, 239 W. 45 St., przy Broadwayu.
William Shakespeare, As You Like It. Reżyseria: Mark Lamos, scenografia: Riccardo Hernandez, kostiumy: Candice Donnelly, oświetlenie: Peter Kaczorowski, dźwięk: ACME Sound Partners, choreografia: Sean Curran. Występują: Vanessa Aspillaga (Audrey), Brian Bedford (Jaques), Lynn Collins (Rosalind), David Cromwell (Duke Frederick, Duke Senior), Gregory Derelian (Charles, William), Jennifer Dundas (Phoebe), Michael Esper (Silvius), Al Espinosa (Oliver), Danny Fetter (Boy), Herb Foster (Adam), Jennifer Ikeda (Celia), Philip Kerr (Le Beau), Richard Thomas (Touchstone), James Waterston (Orlando) i in. 25 czerwca do 17 lipca, The Delacorte Theatre, Central Park.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail