Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Campari
z sokiem pomidorowym
Piątkowy ranek 8 lipca niczym nie zapowiadał wydarzeń, które miały zmienić oblicze literatury polskiej - a nawet wprost przeciwnie. W minibusie linii Podkarpacie-stolica, mknącym z maksymalną prędkością po polskich minidrogach, zająłem miejsce obok Karoliny Smolińskiej (dla znajomych "Żaba"), jadącej na casting do serialu TV. Pokazała mi próbki dialogów. Po ich przeczytaniu zacząłem po cichu współczuć "Żabie", że musi jeść tę żabę; pod wpływem lektury wystąpiły u mnie objawy choroby lokomocyjnej, ale na szczęście kierowca zarządził przerwę.
Tu mała dygresja. Przerwa jest w kulturze polskiej sposobem na pokazanie gawiedzi, kto gdzie siedzi, a raczej stoi. W sobotę stanąłem w ogromnej kolejce do odprawy na minilotnisku o szumnej nazwie Port Lotniczy im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Dwie z pań udzielających odprawy, przed nosami maksikolejki wstały od komputerów, wyznaczając sobie przerwę na posiłek. Ludziom stojącym aż na zewnątrz portu tej przeprawy żaden Charon w mundurze strażnika nie zaproponował przerwy w staniu, stolika ani kawy. Nie wolno nam było pójść w ślady nie pracujących w porze lunchu pod groźbą linczu, bo nasz status był tam jasno określony: petencka gawiedź lotniskowa, zakłócająca spokój załodze miniportu. Gawiedź ma stać i czekać. W poczuciu wstydu, że tłumnie opuszcza ojczyzny łono w pogoni za mamoną.
Pokornie odstaliśmy swoje. Najedzone panie wróciły zapowiadając 2-godzinne opóźnienie odlotu. Poszliśmy coś przekąsić, a tam kartka: "Przerwa na sprzątanie". Na południu kraju widziałem napis: "Przerwa na śniadanie". Petencki tłumek głodomorów u bram restauracji mógł się jedynie doszkolić w prawach załogi lokalu do porannego posiłku. Dopiero jak załoga niespiesznie zjadła swoją jajecznicę - na wygłodniałych oczach turystów liżących szyby - otworzyła podwoje. Bar został wzięty. Ktoś przytomny zauważył, że to najlepszy chwyt reklamowy: rozbudzić głód i gniew, a w takim stanie ducha (i brzucha) zjada się podwójną porcję, bez zwracania szczególnej uwagi na smak i zapach. Musiałem tego dnia być bardzo głodny, skoro już po odlocie zagranicznej znajomej - z czterogodzinnym, jak się okazało, opóźnieniem - w barze kluboksięgarni "Traffic" przy Brackiej zamówiłem campari z sokiem pomidorowym zamiast pomarańczowym.
Tu kolejna dygresja. Krytyk Jan Zieliński to człowiek łagodnego serca, dlatego z owocu mego roztargnienia uczynił tytuł kolejnej "Żabki", co zaznaczam, pomny na liczne procesy o prawa autorskie: ten tytuł Janka jest. I dygresja do dygresji. Anna Frajlich wręczyła mi wycinki prasowe na temat brzydkiego linczu na mieszkańcu Brzydowa. Sąsiedzi z Włodowa zatłukli podpitego rozrabiakę łopatami i sztachetami, bo ich zaczepiał, a oni się go bali. Ten dobry uczynek mieszkańców w celu poprawy własnego, dobrego wizerunku, miał miejsce pod Dobrym Miastem. Wójt świętej, nomen omen, gminy Świątki zapowiada obronę zabójców do samego końca. Nie wiadomo, czyjego, chyba Temidy, która i tak ślepa, to co jej po takim życiu.
Lincz nie jest najnowszym importem z Ameryki. Dawniej stosowany był przez milicję. W tym opisanym policja tylko pośredniczyła, bo ofierze nie pomogła, choć mogła. Z natury swego zajęcia policja w Polsce nie jest do pomocy, jak jaka amerykańska posługaczka. Ma zaprowadzać ład nie poprzez ratowanie zabijanych, a na drodze pilnowania naturalnego porządku: najpierw musi zaistnieć przestępstwo, by można było ścigać przestępcę. Dlatego przed rokiem policja w świętej gminie Świątki nie pomogła kobiecie mordowanej przez męża. Po takim treningu miała prawo nie reagować na wyczyny bandziorka, który terroryzował wieś tasakiem. Oddała wsi inicjatywę, zaoszczędzając na kajdankach z kieszeni podatnika.
W Białymstoku grupa młodzieńców skopała na śmierć nieznanego im młodzieńca. Odbył się lincz, którego powodem było potrącenie na ulicy. Obaj, potrącający i potrącony byli posiadaczami tej samej narodowości oraz wyznawcami tej samej religii. Jeden z nich zapomniał tylko jednego z przykazań.
Z podanych przykładów wyłania się obraz społeczeństwa tęskniącego do przywrócenia kary śmierci i wobec braku gotowości ustawodawcy biorącego inicjatywę - i miecz ognisty - we własne ręce.
Zwrócił moją uwagę tytuł na odwrocie wycinka z Gazety Wyborczej: "Kapral Kosiba donosi na Przewoźnika". Przyznaję, zrobiło mi się gorąco. Nigdy na nikogo nie donosiłem, nie dosłużyłem się żadnego stopnia, ale mała literówka mogła zmienić moje życie w koszmar. Podczas spotkania na szczycie w księgarni rozmawialiśmy też o koszmarze, jakim było emigranckie bytowanie Tymoteusza Karpowicza. Anna pięknie opowiadała o spotkaniach z poetą. O jego samotności, skrupulatności, o harcie ducha. O tym, jak jedną sprawną ręką skuł asfalt podjazdu do domu w Chicago, by zrobić tam kwietnik. Jak podkreślał kolorowymi kredkami jej wiersze, dając świadectwo uważności. Jak się męczył, rozdarty pomiędzy wybitnym talentem i marnymi czasy.
Piątkowy ranek 8 lipca niczym nie zapowiadał wydarzeń, które miały zmienić oblicze literatury polskiej - a nawet wprost przeciwnie. Piątkowy wieczór też niczego nie zmienił, ale pozytywnie nastroił uczestników zgromadzenia do spożycia sporej żaby, jaką jest brak w literaturze polskiej pewnego tytułu. Konsumpcję rozpocząłem od toastu zamówionym niefortunnie campari z sokiem pomidorowym. Dr Diana Kuprel z Toronto i Władek Zając z Nowego Jorku udali się szklaną windą na poszukiwania toalety; w czteropiętrowej maksiksięgarni, wyposażonej w bar i kawiarnię, znaleźli jedną, w minipodziemiach, ale za to z umundurowanym strażnikiem czatującym przy wejściu.
|
|