PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 15 lipca 2005


AGATA KŁOPOTOWSKA

Przezwyciężyć
wieżę Babel

Powieść Zbigniewa Mentzla Wszystkie języki świata pełna jest podwójnych znaczeń, aluzji, symboli i odniesień, które sprawiają, że odczytywać ją można jak szyfr, pod którym kryją się treści głębsze, bogatsze, czasem ledwo uchwytne. Zastosowanie owego szyfru nie jest wcale zrazu oczywiste.

Akcja powieści rozgrywa się 17 stycznia 1997 r. w Warszawie. Jej bohaterem jest 46-letni stary kawaler, z wykształcenia polonista, niegdyś publicysta, teraz gracz giełdowy. Żyje z ciążącym mu wewnętrznym wyrzutem, że nie udało mu się niczego ważnego napisać. A miał rozmaite pomysły twórcze: m.in. na powieść o pewnym korepetytorze, który uczy obcokrajowców języka polskiego, "wyjaśniając im przy okazji na zabawnych przykładach, czym życie w Polsce rządzonej przez komunistów różni się od życia w innych, normalnych krajach".

Wszystkie projekty spełzły na niczym. Tak naprawdę nie udało mu się nawet nigdy zacząć. Jakby pisarski głos urywał się już na pierwszej głosce, którą w powieści reprezentuje powracająca w różnych kontekstach pierwsza litera alfabetu. "Aaa..." to bezsilny i bezradny zarazem dźwięk wydobywający się z ust niemowy. To pełne rezygnacji westchnienie ojca bohatera: "Aa, nie warto mówić". To niestrudzone napominanie matki, aby syn, w którym pokładała wielkie nadzieje, powiedział "wreszcie swoje ´aª". Nad tą pierwszą literą, nad tym "symbolem Początku" zawisło w życiu bohatera jakieś fatum. Na starodawnej, pamiątkowej maszynie do pisania właśnie klawisz z samogłoską "a" zacinał się nieustannie...

Nurtujące narratora pytanie: "Dlaczego nie mogłem pisać?" stawiane jest niemal wymiennie z innym: "Dlaczego nie mówię obcymi językami?". Są to zresztą pytania ze sobą ściśle sprzęgnięte. Bohaterowi wydaje się bowiem, że blokada, z powodu której nie umie się wysłowić, zarówno na piśmie, jak i w bezpośredniej rozmowie z drugim człowiekiem, wynika z nieznajomości mowy. Nie chodzi tu wyłącznie o "języki świata", których nauka nie przychodziła łatwo pokoleniom wzrastającym za żelazną kurtyną. Bohaterowi nie udaje się także porozumieć w mowie ojczystej, z najbliższymi, z własną matką czy ojcem.

Jego niemoc sięga więc głębiej. To problem bezowocnego szukania odpowiednich słów, które byłyby dla odbiorcy zrozumiałe. To również problem lęku przed podjęciem próby ekspresji. To problem zaniechania komunikacji, wynikający ze zwątpienia w możliwość skutecznej komunikacji.

Ilustruje to dobrze jeden z epizodów z czasów młodości bohatera. Do Polski przyjechał z Londynu dawny przyjaciel ojca, w towarzystwie żony Szwedki. Matka, aby godnie przyjąć gości, "sprzedała w Desie srebrną tackę - jeszcze jedną zachowaną cudem pamiątkę rodzinną. Zakupy w delikatesach i na bazarze robiła cały dzień. Drugiego dnia od rana szykowała kolację". Goście nie przyszli bynajmniej z pustymi rękami, "przynieśli prezenty: paczkę herbaty marki Lipton i małe pudełko miętowych czekoladek After Eight". W trakcie rozmowy matka wspomniała sublokatorkę nasłaną przez kwaterunek, którą musieli znosić przez lata w swoim poprzednim mieszkaniu. Czytelnik na tym etapie lektury dobrze zna niejaką Wandę Olczak, żywe wcielenie dyktatury proletariatu, uosobienie szczytu chamstwa i zdziczenia obyczajów w połączeniu z bezczelnym poczuciem bezkarności, arogancją i bezinteresowną złośliwością. Szwedka oczywiście nie wiedziała, co to znaczy "sublokatorka nasłana przez kwaterunek". Zawiłe objaśnienia ojca na temat polityki mieszkaniowej komunistów na niewiele się zdały, natomiast zniecierpliwiły matkę: "Przecież to nie ma najmniejszego sensu (...) ktoś, kto na co dzień żyje w normalnym świecie, nigdy nie zrozumie takich rzeczy".

Czy niemożność przekazania innym owego polskiego doświadczenia wynika z tego, że jest ono w sposób immanentny niepojęte dla ludzi z tzw. normalnego świata? Czy też może ci doświadczeni zbyt nieporadnie albo nie dość wytrwale tłumaczą przybyszom swój los? A może sami nie rozumieją go do końca? Nie potrafią nadać mu jakichś porządkujących ram? Bo zbyt jest on wielowątkowy, skomplikowany, zbyt napiętnowany bólem, poczuciem nieodwracalnej straty, zbyt absurdalny?

Bohater chciałby w zamęcie historii doszukać się jakiegoś głębszego sensu: "może któregoś dnia kurtyna rozsunie się przede mną, a wtedy zrozumiem, po co żyję". Pragnienie uchwycenia ukrytej harmonii i celowości zdarzeń ujawniło się nawet podczas śledzenia przez niego notowań giełdowych: "wpatrywałem się w ekran wypełniony kolumnami liczb z nadzieją, że ich język zdradzi mi jakiś ważny sekret, którego nikt nie umiał mu jeszcze wydrzeć".

Przed laty, kiedy wszystkie jego pisarskie projekty upadły, wpadł na pomysł, aby napisać książkę o życiu w PRL "za pomocą nożyczek i kleju", czyli "z gazetowych wycinków". Poprzestał jednak tylko na zmagazynowaniu niezliczonej ilości notatek prasowych, bo brakowało mu najwyraźniej spinającej wszystko klamry, dzięki której mógłby z zebranych materiałów skomponować sensowną całość.

Poszatkowany i fragmentaryczny charakter ma zresztą rzeczywistość rejestrowana przez bohatera-narratora, który bardzo wiele nam o niej mówi, ale czyni to jakby mimochodem, jakby sam nie był świadom, jak wielki jest semantyczny ładunek przywoływanych przez niego chaotycznie wspomnień, obrazów i dialogów.

Istotną metaforyczną rolę pełnią na przykład liczne rekwizyty o charakterze żałobnym lub może właściwiej: rekwizyty, którym taki charakter nadano. Nabierają one w powieści symbolicznej mocy, która nie tylko tworzy szczególną atmosferę, ale nade wszystko odsłania tragiczny wymiar losów ludzi uwikłanych w burzliwe dzieje kraju położonego w środkowej Europie, na granicy pomiędzy Wschodem a Zachodem. Są to: żałobny zegarek prababki z czasów powstania styczniowego, który w 1981 r. został sprzedany, aby 30-letni bohater mógł kupić kawalerkę na Żoliborzu; pełna "funeralnego dostojeństwa" stara niemiecka maszyna do pisania, która niczym "ozdobny sarkofag albo inne, równie wymyślne miejsce wiecznego spoczynku" stała się symbolem pogrzebanych ambicji twórczych; naręcza owiniętych w białe płótno kwiatów, które bohater na prośbę ojca w opisywanym dniu bieżącej akcji zawozi na grób matki ("Miałem wrażenie, że niosę martwego albatrosa, któremu ktoś połamał skrzydła"). Stanęła mu wtedy przed oczami matka, kiedy po raz ostatni opuszczała dom, lekka jak piórko, wynoszona na rękach przez sanitariusza. W prawdziwie poetyckim skrócie została tu wyrażona prawda o indywidualnym losie, schwytanym niczym ptak dalekolotny w sidła okrutnej historii.

Żałobny akcent pojawia się także w widoku z okna. Na podwórzu kamienicy, gdzie trwają prace remontowe, na tle szarego, zimowego krajobrazu majaczy odwrócona plecami biała figura Matki Boskiej. Obok, w czarnym kombinezonie i czarnej kominiarce uwija się jak w ukropie obsługujący betoniarkę robotnik, który podobny był do diabła "z obrazów Hieronima Boscha albo Piotra Bruegla". Później figura zostanie zachlapana cementem, a następnie robotnik owinie ją szczelnie workiem z czarnej folii i zdejmie z postumentu. "Matka Boska wyglądała jak zabity człowiek, którego będzie się chowało w bezimiennym grobie". W "żywym obrazie" wystylizowanym na płótno starych mistrzów narrator odmalował wielki alegoryczny skrót już nie indywidualnego, lecz zbiorowego losu. Szarzyzna, a na jej tle rozgrywająca się walka między bielą a czernią, między dobrem a złem. Niewinna śmierć, zbiorowa mogiła...

Istotne w tym opisie są także onomatopeiczne dźwięki, które wydawała betoniarka: "b-l, b-l; b-lal (...) ba-lal". Przywodzą one bowiem na myśl wieżę Babel, czyli szalony projekt dosięgnięcia niebios, udaremniony przez Boga poprzez pomieszanie ludzkich języków. Podobnie bluźnierczym, szatańskim projektem było budowanie komunizmu. "Budujemy żelazne grody,/ milionowe kościoły bez bóstw, (...) sercami palimy w kotłach". Pełne rewolucyjnego zapału strofy Robotników Władysława Broniewskiego, recytowane podczas szkolnej akademii z okazji święta 1 Maja, celnie skomentowała matka: "Aż ciarki przechodzą człowieka (...) Smołę czuje się w powietrzu!".

Starotestamentowa figura wieży Babel jest metaforą podstawowego problemu bohatera: nieumiejętności wyrażenia się. Tli się w nim jednak nadzieja, że ta blokada zostanie w końcu przezwyciężona, że znajdą się właściwe słowa, bowiem "tam gdzie są myśli, musi być i język".

Powieść jest zamknięta wyraźną klamrą. Rozpoczyna się opisem "snu strasznego", symbolizującego niemoc bohatera, kończy zaś opisem "snu pięknego", prowadzącego do przezwyciężenia owej niemocy. Najpierw śnią mu się zbite na krwawą miazgę języki, wydarte żywym i umarłym, poruszające się konwulsyjnie, w bólu i rozpaczy, tworzące "wielką budowlę w kształcie piramidy", niczym "sięgający nieba stos ofiarny". Jest to szczególne wyobrażenie wieży Babel, wieży nade wszystko okaleczonej, przenikniętej cierpieniem, bezgłośnej, bezsilnej. Wznosząca się ku górze piramida, symbol ludzkiej pychy i zadufania, zmienia się tu w ofiarny stos, symbol upokorzenia i przebłagania za grzechy.

Dwanaście godzin później bohater znowu śni. Tym razem widzi zupełnie inną "wieżę". Jest to budowla "w kształcie piramidy, (..) sięgający nieba masyw górski", w którym po chwili rozpoznaje wyłonioną "z chaosu" nadwiślańską skarpę. W przeciwieństwie do koszmaru obraz ten zbudowany jest z elementów czystych i pięknych: młode sosny, rzeka obfitująca w ryby, powietrze "tak przezroczyste, że linia horyzontu oddalała się w nieskończoność". Pojawia się także wspomnienie ojca, który kiedyś, właśnie na skarpie nad Wisłą, "objawił się" swemu synowi "w pełnym słońcu". I choć wiadomo, że chodzi tu o ziemskiego ojca, trudno nie ulec wrażeniu, że słowa te odnoszą się także do długo wyczekiwanej iluminacji metafizycznej. W tym krystalicznym śnie dokonuje się cud, cud zstąpienia Ducha, który - tak jak niegdyś "odnowił oblicze ziemi, tej ziemi" i dzięki temu obalono komunistyczny reżim, i runęły mury, i rozpadło się sowieckie imperium - teraz odnawia duchowe oblicze bohatera. Zstępujący Duch otwiera go wewnętrznie, rozwiązuje mu język, obdarza mową: "Mówiłem. Mówiłem, zdziwiony, że (...) mogę tyle mówić. Rzeka słów znalazła sobie we mnie ujście. (...) Mówiłem językiem ojczystym, a jednak..., jakbym mówił wszystkimi językami świata". Dar języków pochodzący od Ducha sprawia, że mówiący jest dla słuchającego w pełni zrozumiały, ale też on sam w pełni rozumie, co ma do powiedzenia.

Wszystkie języki świata to powieść niewielka rozmiarem, ale wielka bogactwem treści wyrażonych niezwykle subtelnie, poetycko, otwierająca przed czytelnikiem możliwości własnych interpretacyjnych poszukiwań, wzruszeń i refleksji.

Bruksela, czerwiec 2005 r.

----------------------

Zbigniew Mentzel, Wszystkie języki świata, Wydawnictwo Znak, Kraków 2005, s. 171, cena 15 dol. plus 6,50 dol. porto w przypadku zamówienia z wysyłką (do nabycia w Księgarni Nowego Dziennika).


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail