PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 8 lipca 2005


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Światłowstąpienie
Tymoteusza Karpowicza

dalekowzroczny gospodarz winien umierać na cudzym polu
miejsce śmierci zawsze jest przywłaszczeniem

Tymoteusz Karpowicz, Słoje zadrzewne

Czytałem go i podziwiałem od blisko czterech dekad, ale nigdy wcześniej, ani w Polsce, ani na emigracji, nie miałem okazji poety ani zobaczyć, ani poznać, nawet wtedy, gdy opublikowałem na łamach wrocławskiej Odry, gdzie prowadził dział poezji, dwa wiersze. Tymoteusz Karpowicz zyskał sympatię ucznia pierwszej klasy liceum już w 1965 r., gdy na łamach Poezji rekomendował debiut Rafała Wojaczka. Przeczytałem wszystko, co odkrywca i mentor autora Innej bajki napisał.

Gdy w 10 lat po obronie pracy magisterskiej - o twórczości Wojaczka - urządzałem kolejne mieszkanie w Toronto, dostałem od przyjaciół wielkie lustro w kolorze sepii. Przykleiłem je do ściany w charakterze obrazu: przeglądało się w nim downtown. Do lustra przykleiłem w dolnym prawym rogu książkę Tymoteusza Karpowicza Odwrócone światło. Ten niezwykły, 400-stronicowy poemat był także niecodziennym komentarzem do obrazów "dolnego miasta", zatopionych w szkle - jak i losów jego mieszkańców. Z kolei przez pierwsze miesiące każdy z gości widokowego mieszkania na 17. piętrze musiał, w charakterze frycowego, odczytywać po jednym fragmencie z poematu. To było trudne, w istocie, zadanie: percepcja tych wierszy, a właściwie praktycznie niewyczerpanych motywów, połączeń, asocjacji, pączkujących w kolejnych lekturach, zachwycała światem wyobraźni autora Kamiennej muzyki, rzekłbym - rzucała na kolana.

I tak w istocie odbywały się te czytania Odwróconego światła: na kolanach. Aby bowiem dotrzeć do książki na odległość nosa, należało uklęknąć na kanapie przed lustrem. To klękanie przed Karpowiczem miało i dodatkowy sens: książka miała konstrukcję Nowego Testamentu. Klękała większość naszych gości. Przez kilka lat opierał nam się skutecznie jedynie Henryk Dasko. Wpadał często na długie rozmowy o literaturze, a nad naszymi głowami szeleściło odwracane przeciągiem Odwrócone światło...

Pan Tymoteusz był onieśmielony i niemało zadziwiony faktem przyznania mu przez Fundację Turzańskich nagrody. Uważał siebie za poetę zapoznanego, nierozumianego, na emigracji prawie nieczytanego, spadkobiercę w prostej linii losu i dzieła Norwida - w wymiarze egzystencjalnym i filozoficznym. W sensie poetyckim był spadkobiercą Tadeusza Peipera, dokonującego w poezji polskiej zmian iście rewolucyjnych. Wyobraźmy sobie jego najzdolniejszego ucznia, Karpowicza, umieszczonego w Chicago połowy lat 70., a piszącego nadal po polsku. Jak każdy odkrywca nowych lądów, Karpowicz skazany był na samotność, podobnie jak jego wiersz-Odys, poszukujący jedynej, znanej mu ojczyzny - języka zdolnego odzwierciedlić nieskończoność wszechświata.

Ostatnimi laty ten skromny, miły człowiek dźwigał dodatkowe brzemię: chorobę żony. Opiekował się nią jak dzielny Samarytanin, sam będąc kaleką bez ręki. Jedyną sprawną ręką pisał, robił zakupy, gotował, sprzątał. Pamiętam, z jakim spokojem i autoironicznym humorem opowiadał o swoim bytowaniu w getcie emigracyjnego niebytu, w trudnych, wręcz dramatycznie trudnych warunkach. Gdy zadzwoniłem do Chicago, by uzgodnić z nim przyjazd do Toronto, zrazu wymawiał się chorobą pani Maryli. Uległ po długich namowach, ale zaraz po przyjeździe poprosił o napisanie do żony "usprawiedliwienia". Oto ono:

"Toronto, 8 grudnia 2002. Wielce Szanowna Pani Marylo! Kierujemy na Pani ręce słowa naszej głębokiej wdzięczności za ułatwienie nam osobistego kontaktu z Tymoteuszem Karpowiczem. Zdajemy sobie sprawę ze skali niewygód i niepewności, na jaką wystawiliśmy Panią i Pani męża, zapraszając Go obecnie do Toronto. Wiemy, że zrobił to wiedziony poczuciem solidarności z pisarzami i czytelnikami, dzielącymi zbliżony scenariuszem, choć daleki skalą doświadczeń, emigrancki los. Domyślamy się, że przyjechał do nas w ten trudny dla Państwa czas za przyczyną szlachetności Pani serca. Chcemy Panią zapewnić, że choć nie mogła Pani towarzyszyć mężowi w jego wyprawie po skromne runo Nagrody Turzańskich i bogate żniwo nowych, literackich i ludzkich przyjaźni, Pani obecność w Jego i naszych myślach, słowach i troskach była stale odczuwana i niezwykle nam potrzebna. Pomagała scalać alegorię ludzkiego losu, zapisaną w wielkich wierszach Pani Męża".

Wydrukowałem list i dałem go Karpowiczowi. Uśmiechnął się i skwitował epistołę: "No, to możemy teraz spokojnie przejść do prozy". Pozostaliśmy jednak przy jego poezji. Ktoś odczytał fragmenty poematu Czeczenia. Karpowicz jawił mi się jako poeta znakomity, ale szczelny, pozapinany na wiele kłódek, do których klucze mieli tylko znawcy poezji nie tyle lingwistycznej, co Karpowiczowej właśnie. Strasznie się obruszał, gdy go upychano do "lingwistycznej" walizki. Był wielkim kontynuatorem Awangardy Krakowskiej, ale cechowały go iście gombrowiczowskie "nieustanne przesunięcia", czyli poszukiwania wciąż nowych obszarów dla języka, ale i człowieka. Stąd i wyjazd z kraju, stąd i choćby poemat Czeczenia - gorąca publicystyka poetycka najwyższej próby. Są w niej fragmenty olśniewające przenikliwością i pięknem.

Po kilku miesiącach Odwrócone światło, przyklejone do mojego lustra, zostało zamknięte. Nasi goście przeczytali po wielekroć wszystkie wiersze. Ale tom dalej wisiał na lustrze, odwracając uwagę od odwróconego obrazu miasta, a kierując ją ku poetyckim triadom Pana Tymoteusza.

Po kolejnej przeprowadzce lustro w sepii znalazło nową ścianę, ale zabrakło na nim traktatu poetyckiego Karpowicza; ktoś go sobie pożyczył i nie oddał. Teraz zabrakło i samego Tymoteusza Karpowicza; odszedł na spotkanie z ukochaną Marylą - na niebieskim parnasie. A nam zostawił swoje piękne, choć nieco odwrócone, światło.

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail