PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 1 lipca 2005


GRAŻYNA DRABIK

Rytmy Nowego Jorku

Malwy
i pożegnania

Poletko malw roztoczyło biało-różowo-fioletową tęczę nad hałasem Broadwayu. Dorodne kielichy stoją dumnie, ponad głowami przechodniów. Kołyszą się majestatycznie przy podmuchu wiatru.

Aż nieprawdopodobne, że ledwie miesiąc temu skarżyliśmy się na złośliwe chłody. Chodziliśmy opatuleni w kurtki. Zdawało się, że lato nie nadejdzie. Teraz przed wiatrem się nie chowamy, lecz witamy ulgę, jaką przynosi. Powietrze dymi upalną wilgocią. Psy poruszają się ledwo-ledwo spacerowym krokiem. My lepimy się od potu. Nawet woda Hudsonu wydaje się ociężała.

Tylko nagradzani wyglądają dziarsko i świeżo. Nie pocą się. Są niezłomnie rozgadani. Wyróżnionych jest sporo, więc i gadania dużo, bo przełom maja i czerwca to czas dorocznych nagród za najróżniejsze "najlepsze". Obies przyznawane przez dziennikarzy Village Voice dla off-broadwayowskich przedsięwzięć i Drama Desk nowojorskich krytyków dla wszelkich teatralnych wydarzeń już rozdane. Tonies także już w posiadaniu nagrodzonych, w tym roku rozsianych szerokim łukiem wśród twórców Doubt, Spamalot, The Light in the Piazza, Glengarry Glen Ross, La Cage aux Folles, The Rivals, The Pillowman i The Spelling Bee.

Oglądając fragment wręczania Tony Awards, zatęskniło mi się za zapomnianą elegancją kurtuazji. Kiedyś, gdy się wychwalało, wychwalało się wstrzemięźliwie. Dziękowało się skromnie. I krótko! Dziś nawet błahostkę mianuje się "przełomowym dziełem", a każdy wyróżniony (choć specjalizują się w tym obdarzani Oscarem) powtarza rytualną formułkę niekończących się podziękowań. Te hiperbole stały się ogólną plagą. Można by raz uzgodnić, iż każdy czuje się bezgranicznie wdzięczny wobec wszystkich i będzie można mówić o czymś innym.

Na przykład, o pożegnaniach. Bo oprócz wiosenno-letniego rozbuchania flory i nagród ostatnie tygodnie były okresem pożegnań. Ściślej mówiąc, przygotowań do pożegnań, zanim żegnani nie rozjadą się po świecie.

Wraca do Warszawy, po wielu latach amerykańskich doświadczeń, świetny dziennikarz Maciej Wierzyński, przekazując ster nowodziennikowej łodzi w ręce Julity Karkowskiej. W czasie farewell party w Galerii Nowego Dziennika przemowy mieszały się z anegdotkami. Trochę było wzruszeń i pełno dobrego śmiechu.

Odjeżdża z Nowego Jorku skutecznie tu działający Paweł Potoroczyn, dyrektor Instytutu Kultury Polskiej. Razem ze swą zastępczynią, Moniką Fabijańską, oraz ze szczupłym zespołem pracowników stworzyli nowy przyczółek polskiej kultury. Instytut działał pod ich kierunkiem prężnie. Jest to szczególnie podziwu godne w środowisku nowojorskim, które - ogólnie biorąc - jest w dużej mierze obojętne, a nawet niechętne sprawom polskim.

Potoroczyn i Fabijańska z sukcesem budowali pomosty do instytucji amerykańskich. Udało im się też zarazić swoją pasją dla polskiego teatru, tańca, poezji i sztuki wielu artystów amerykańskich. Te kontakty osobiste są może mniej wymierzalne niż związki instytucjonalne, lecz równie cenne, a czasem wręcz kluczowe. Oby ich cierpliwa praca, przy mądrej kontynuacji i rozszerzaniu tych kontaktów, mogła dalej owocować.

Odjeżdża od nas cała ekipa konsulatu. Elegancka i mądra pani konsul generalna Agnieszka Magdziak-Miszewska. Pani Marta Grabowska, odpowiedzialna za trudny dział prawny. Pan Maciej Grabowski, fachowiec od spraw administracyjno-finansowych, a w wolnych chwilach fachowiec od spraw wędkarskich, który pierwszej czerwcowej niedzieli złowił sześć dorodnych sandaczy. Odjeżdża pani Anna Pełka, która początkowo wydała się wielu nowojorskim wygom zbyt ładna i niedoświadczona, by być naprawdę dobrą, a okazała się wytrwała i skuteczna w działaniu. Odjeżdża jej kolega od spraw polonijnych pan Marek Skulimowski i pan Zygmunt Matynia od spraw prawnych...

Jerzy Surdykowski, pierwszy konsul III RP, otworzył drzwi konsulatu dla wielu ludzi z korzeniami w Polsce, którzy przedtem nigdy, z zasady czy z politycznej niemożliwości, nie przekroczyli jego progów. Agnieszka Magdziak-Miszewska i jej sympatyczny zespół stworzyli w eleganckim budynku przy 37 St. prawdziwy salon, przyjazny nam - nowojorczykom z różnych ścieżek, z przypadku, historycznej konieczności czy z wolnego wyboru.

Sprawili, że "chodzi się" do konsulatu regularnie i z chęcią. Umawiamy się tam ze znajomymi na następny wernisaż. Oczekujemy z przyjemnością regularnych wydarzeń -jak na przykład koncerty Adama Makowicza, w czasie których, jak na ostatnim 20 maja, możemy poddać się magii świetnie granych utworów Chopina i kompozycji jazzowych Makowicza.

Krótko mówiąc, sprawili, że chodzi się do konsulatu jak do dobrych znajomych. Jak do domu. Niebywała to i wspaniała sprawa.

Pożegnania naznaczyły także mocnym akcentem wiosenny sezon New York City Ballet. W czerwcu po raz ostatni zatańczył na scenie City Opera Jock Soto, 24-letni weteran zespołu. Może nie wzbudzał podziwu fajerwerkami skoków. Ale jego solidne, nieco masywne jak na tancerza ciało było przez wiele lat jednym ze stałych, budzących zaufanie filarów tak w klasycznych układach Balanchine'a, jak w nowszych tańcach. Wiadomo było, że można na niego liczyć. Że nie spróbuje odebrać blasku partnerce. Ale i więcej. Soto wyróżniał się dynamizmem i pasją aktorską. Potrafił nadać każdej roli głębię i wyrazistość.

Pożegnalne przedstawienie ujęte było w klamrę dwóch bardzo popularnych pozycji w repertuarze: Soto rozpoczął jako Bernardo, przywódca gangu Rekinów w West Side Story Jerome'a Robbinsa do muzyki Leonarda Bernsteina. Zakończył jako jeden z malowniczych marynarzy w popisowym Union Jack Balanchine'a. A w obu wielokolorowych fragmentach jaśniał szczęśliwy wśród innych gwiazd.

Ale chwyciła mnie za serce rzecz bardziej intymna i skromna, gdzie Jock Soto był nadzwyczaj elegancki: Chiaroscuro w choreografii Lynn Taylor-Corbett, w spokojnym oświetleniu Marka Stanleya, do rytmicznych taktów muzyki Francesco Geminianiego. Dodatkową wymowę nadał tej pięknej etiudzie czy medytacji-w-ruchu fakt, że żegnaliśmy jednego z ulubionych tancerzy, a witaliśmy z powrotem wspaniałą Jennie Somogyi, po długiej nieobecności z powodu poważnej kontuzji. (New York City Opera, 19 czerwca).

W Joyce Theatre Seąn Curran Company obok świetnej Sonata: We Are What We Were do pełnej ekspresji muzyki Leo‰a Janąãka i znanych Companion Dances przedstawił dwie premiery. Niestety, nowy program rozczarował. Siłą układów Currana jest ciekawa fuzja muzyki z ruchem tanecznym, z pewną abstrakcyjną mistyką obrazu. Tym razem choreograf poszedł w kierunku narracji, lecz historie, które stara się opowiedzieć, pozostają niejasne i gorzej - nużą.

W solowym numerze St. Petersburg Waltz Curran przywołuje chaplinowską figurę, ale z jej obecności na scenie nic znaczącego nie wynika. Art/Song/Dance łączy jazzowe impresje Ricky Iana Gordona z wyśpiewywanymi wierszami samego kompozytora oraz Langstona Hughesa i Edny St. Vincent. Ani muzycznie, ani tanecznie nie potrafią utrzymać naszej uwagi. Pozostaje tylko zachować w pamięci kolorowe kostiumy i - jak zwykle - dynamiczne wykonanie przez świetnych tancerzy zespołu. (Joyce Theater, 8 czerwca).

Z mniej wzniosłych rzeczy: odsiedziałam obywatelskie obowiązki w sądzie. Tym razem wszystko poszło komfortowo, bowiem wypadło mi wezwanie do Sądu Najwyższego, w którym akurat niewiele się działo, przynajmniej jeśli chodzi o procesy z udziałem ławników. Zbieraliśmy się rano na posterunku, czyli w wielkiej, mocno chłodzonej sali z rzędami drewnianych ławek. Urzędnicy odczytywali z powagą listę obecności i zostawiali nas w spokoju.

Ciekawie było obserwować, jak ludzie różnie sobie radzą z wymuszoną bezczynnością. Niektórzy stawiali się świetnie przygotowani do całodziennej pracy, z komputerem pod pachą, z wypchaną teczką. Znikali w bocznych salach, gdzie można było podłączyć się do internetu, i siedzieli przed monitorem aż do końca dnia. Byli u siebie w pracy, a wezwanie do sądu zaznaczyło tylko niewielką fałdkę w ich rutynie.

Podobnie stoiccy byli w zachowaniu ci, co przychodzili uzbrojeni w tę czy inną, zwykle grubą książkę. Zanurzali się we własnym świecie, eliminując z pola uwagi ruch wokół. Czytam, więc jestem - ogłaszała ich wyraziście oddzielna od tłumu sylwetka.

Inni, przeciwnie, wybici z rytmu nie mogli sobie miejsca znaleźć. Kręcili się niespokojnie tam i z powrotem, poszukiwali partnerów do rozmów. Niezrażeni niemotą jednego zagadniętego, zwracali się do następnego.

Jeszcze inni rozkładali się leniwie w bocznych fotelach. Zaglądali do gazety od czasu do czasu. Drzemali. Trwali tak godzinami zawieszeni w próżni półbytu.

Dla każdego z nas tym razem skończyło się tak samo: odsiedzieliśmy dwa dni, trzeciego puszczono nas "na wolność". Mnie z całego doświadczenia pozostało jeszcze trochę wrażeń z Chinatown, które znajduje się w pobliżu sądów. W czasie przerwy obiadowej wędrowałam po wąskich, zapchanych uliczkach, nie mogąc się napatrzeć niekończącemu się bazarowi i całemu temu swoistemu krajobrazowi: srebrzyście lśniące ryby na straganach, kadłubki wędzonych kaczek, piramidy niebieskich porcelan w witrynach, chude staruszki ze stoliczkami pełnymi tajemniczych map do przepowiadania przyszłości, szewc na zydelku na chodniku, gaworzący ze starszym panem w jednym bucie, w jednej nieskazitelnie białej skarpetce czekającym na podbicie zelówki...

Paradoksalnie, tak jak nie byłam w Chinatown dobrych parę lat, zaraz po zakończonej służbie w sądzie, w rozpaloną czerwcową niedzielę powróciłam tam raz jeszcze. Skusił mnie program Peripheral City/City of Refuge grupy Red Dive, zespołu muzyków, tancerzy i aktorów, którzy wpisują przedstawienia w krajobraz miejski.

Krążyliśmy uliczkami Eldrigde, Division, Catherine, Henry, Oliver, Bayard jak po przebogatej w dekoracje, ogromnej scenie. Na rogach oczekiwali nas wiolonczelista lub człowiek z klarnetem. Tancerze wykorzystywali podcienia mostu Manhattan i żelazne ogrodzenia skwerów do rytmicznych akrobacji. Na schodkach starych budynków, na ławeczce przed żydowskim cmentarzem, aktorzy przedstawiali krótkie skecze, fragmenty większej opowieści z serii "historie emigrantów".

Dla mnie sam dramat ulicy był ciekawszy od tych artystycznych interwencji, ale wdzięczna byłam grupie Red Dive, że pozwolili mi spojrzeć w nowy sposób na ten fragment miasta i jego skomplikowaną historię, gdzie w kościele zbudowanym przez Irlandczyków modlili się później przybysze z Włoch, a teraz odbywają się msze w języku kantońskim, mandaryńskim i angielskim.

Na letnie niedziele - w ramach Sitelines, przeglądu alternatywnych grup tanecznych pod auspicjami Lower Manhattan Cultural Council - Red Dive przygotowuje program ze specjalnym odniesieniem do krajobrazu i historii najstarszej części miasta, zaczynając wędrówkę na Chase Manhattan Plaza, między Liberty, Pine i Nassau Streets. (7, 14 lipca oraz 11, 18 sierpnia, informacja tel. 212-219-9401.)

Żegnaj czerwcu ze swymi wysokimi malwami. Z błyskami świetlików nisko w trawach parków.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail