PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 31 grudnia 2004


GRAŻYNA DRABIK

Rytmy Nowego Jorku

Bilanse, braki, dary


Już tak jest, że kalendarzowy koniec wymusza podsumowania i gorące postanowienia. Niby dlaczego nie zacząć na przykład diety i gimnastyki 27 października albo 7 grudnia? Ale nie, jesteśmy pewni, że od nowego roku uda się lepiej.

Nie palić. Pić tylko jedną lampkę wina, i to w towarzystwie. Uporządkować szuflady. Odpowiedzieć na wszystkie listy i e-maile. Ułożyć wreszcie książki, najlepiej alfabetycznie, i porządny spis zrobić. Przeczytać z dzieckiem W pustyni i w puszczy. Przeczytać samemu choć pierwszy tom Prousta. Przeczytać cokolwiek z klasyki! Spłacić karty kredytowe! Nauczyć się łaciny. Przejrzeć ubrania i oddać jak najwięcej do kościoła. Nie spóźniać się na mszę. W ogóle się nie spóźniać. Nie złościć. Zacząć wreszcie to od dawna odkładane. Skończyć to, co już dawno temu rozpoczęte. Być ładniejszym. Młodszym. Lepszym. Ech...

Tylko skąd tyle mądrości życiowej wziąć? Wytrwałości? Czasu? I to właśnie teraz, od razu, od pierwszego, i żeby starczyło choć na miesiąc?

I mnie ogarnęła pasja robienia porządków, więc zacznę od braków - o czym chciałam napisać, bo warte uwagi, a jakoś umknęło w jednym "Rytmów", nie pasowało do następnych, weszło do milczącego archiwum przeszłego czasu. Wspomnę więc króciutko, ożywiając na moment kilka kolorowych punktów w skomplikowanym pejzażu wielkomiejskiej gonitwy.

Przede wszystkim przywołam jeden ze znaków wytrwałości, ładnie owocującej celowym działaniem. Dobrze było widzieć, jak upór i pomysłowość Anny Frajlich zaowocowały pozytywnie, rozszerzając kręgi uznania składane poezji Czesława Miłosza. Dzięki niej, we współpracy z różnymi polonijnymi i amerykańskimi instytucjami, w Galerii Nowego Dziennika, w Fundacji Kościuszkowskiej, w School of International Affairs na Columbia University rozbrzmiewały od września do listopada wspomnienia o Miłoszu oraz jego słowa czytane po polsku i po angielsku. Ania zwróciła mi uwagę szczególnie na jedno ze spotkań z tego cyklu, zorganizowane spontanicznie przez Allę Makeevę Roylance w Bibliotece Publicznej na Brooklynie z okazji sorokoustu, tzn. w 40. dzień po śmierci poety.

Ważne wydaje mi się tutaj, jak dzięki poezji i indywidualnym inicjatywom przekraczamy niewidzialne podziały. Tak szerokie uznanie dla Miłosza jest optymistycznym znakiem zwycięstwa podstawowych wartości humanistycznych. Podobnie cieszy mnie fakt, że tomik Wisławy Szymborskiej Chwila w tłumaczeniu Gerardo Beltrana i Abla Murcii Soriana znalazł się na pierwszym miejscu listy książek cieszących się największym powodzeniem w Hiszpanii prowadzonej przez pismo El Cultural i księgarnię La Casa del Libro w Madrycie. Vivat poesia!

W czasie listopadowego wernisażu fotografii Karoliny Siemion młodość rozkwitła w gościnnej sali organizacji stworzonej i prowadzonej przez dużo starsze pokolenia. Mieszali się swobodnie w salkach Polskiego Instytutu Naukowego w Ameryce goście świeżo przybyli z Polski i rodowici Amerykanie, polscy studenci z amerykańskich uczelni i stara gwardia naukowców, poeci i tłumacze poezji, wszyscy podejmowani serdecznie przez gospodynię spotkania Janinę Kedroń. Było ciepło, kolorowo i ciekawie. Obyśmy mieli jak najwięcej takich udanych wielopokoleniowych, pomieszanych, amerykańsko-polskich wydarzeń (PIASA Gallery, 208 E. 30th St.).

Mówiąc o fotografii: wspaniała księgarnia Labirynth - najlepsze miejsce w Nowym Jorku na przeglądanie i poczytanie sobie przysiadłszy na schodku czy foteliku wszelkich książek, które nie należą do poradników, ulepszania się i szybkiego dorabiania (a więc tomy zapomnianych klasyków, naukowe nowości, książki wydawane przez niezależne i małe domy wydawnicze, rozliczne tomy poezji starej i nowej), a także dobre źródło wszelkich wskazówek, bo w księgarni pracują ostatni mohikanie z ginącego plemienia zagorzałych czytelników - jeszcze bardziej się "uwspanialiła". Wzbogaciła się bowiem o galerię fotograficzną. Otworzył nową przestrzeń wystawową, a ściślej mówiąc, po prostu ładnie oświetlone ściany nad klatką schodową, Camilo José Vergara, fotograf z Chile, nowojorczyk z wyboru, cyklem wyśmienitych zdjęć z ulic Nowego Jorku i z metra. (The Gallery at Labyrinth Books, 536 W. 112 St., między Broadwayem i Amsterdam Ave.).

Z wizyt z daleka warto wspomnieć o zespole Piny Bausch Tanztheater Wuppertal z Niemiec. W ramach Next Wave Festival w Brooklyn Academy of Music Bausch pokazała tym razem mocno teatralne, a pełne igraszek i dobrego humoru przedstawienie For the Children of Yesterday, Today and Tomorrow. Niektórzy krytycy zarzucili jej przy okazji, że zbyt złagodniała, że ma ochotę bawić raczej, niż zmuszać nas do konfrontacji - jak w swoich wcześniejszych, ostrych w wizji układach. Cóż, przyznaję się do stronniczego podejścia. Pina Bausch zasługuje na każdą "łagodność", na jaką sobie pozwoli. Jest świetna, twórcza, zaskakująca, przygląda się z ironią nie tylko światu, lecz także samej sobie, nieposkromiona i niepoprawna. Więc jej wolno nawet "złagodnieć"! (16-21 listopada, BAM).

A teraz garść grudniowych darów, wybierając tylko najładniejsze wydarzenia: jak w zeszłym roku i rok temu, i rok temu - w poniedziałek natychmiast po Święcie Dziękczynienia na wielu chodnikach rozzieleniły się świerkowe zagajniki. Zaniepokoiłam się, kiedy 30 listopada nie znalazłam młodych przybyszów z Kanady na rogu na Broadwayu - czyżby jakieś nowe przepisy? Czyżby coś zakłóciło tę wydającą się już nieodzowną przedświąteczną obecność?

Z ulgą więc powitałam ich 1 grudnia o świcie, już w pełni zagospodarowanych na "swoim" tradycyjnym miejscu: szeroki chodnik przemieniony w kusząco pachnący ciemnozielony las, mała drewniana budka kolorowo rozświetlona migoczącymi lampkami i ocieplana niewielkim grzejnikiem, maszyna oplątująca zgrabnie choinki nylonową siecią do łatwiejszego przenoszenia do domu... Specjalnie przechodziłam na ich stronę ulicy, nawet gdy było to całkiem nie po drodze, by iść powoli przez szpaler wonnych zieloności świerków i sosenek. Dyżurowali przez całą dobę, przez 24 dni, i zniknęli tak samo nagle i tajemniczo, jak się pojawili. Obiecuję sobie, że w przyszłym roku, już na pewno, spytam ich, jak mają na imię, gdzie śpią, skąd przywożą nam te drzewka, które potem w naszych domach przemieniamy w kolorowo przybrane świąteczne cuda.

Metropolitan Opera przypomniała nam nieco dziwną operę Jacques'a Offenbacha z librettem Julesa Barbiera i Michela Carré Les contes d'Hoffmann. Jako że obiecałam tym razem napisać tylko o "ładnych darach", nie będę podkreślać przestarzałych dekoracji Günthera Schneidera-Siemssena, kiedyś chyba bardzo udanych, lecz które teraz warto by otrzepać z kurzu, ani ciut zmęczonych głosów niektórych z solistów. Podkreślę za to, że w trzecim akcie, w pięknej Wenecji, muzyka jest szczególnie wdzięczna. Orkiestra pod batutą francuskiego dyrygenta Frédéricka Chaslina zabrzmiała żywo i ciekawie. Wśród solistów bardzo ładnie wyróżniła się w trudnej roli Olympii - miła niespodzianka - Aleksandra Kurzak, sopran z Polski, która zawitała do Nowego Jorku via sale operowe w Niemczech. (10 grudnia, Metropolitan Opera, Lincoln Center).

Z dorocznych rytuałów trzy trzeba koniecznie wyróżnić. Jak zwykle, New York Philharmonic wystąpiła razem ze wspaniałym Westminster Symphonic Choir ze specjalnym koncertem w Riverside Church. W pięknie przybranym zielonymi girlandami neogotyckim wnętrzu kościoła potężnie rozbrzmiały mistyczne słowa i wzniosłe dźwięki Mesjasza Händla. W konkurującym o naszą uwagę tłumie przedświątecznych koncertów jest to pewnością jeden z najlepszych, nieodmiennie prezentujących dobrze znaną muzykę w sposób, który pozwala nam na nowo odkrywać jej moc. Tym razem nowojorska orkiestra popisywała się swoim kunsztem pod batutą Alana Gilberta, z udziałem solistów Jonathana Lemalu (baryton), Nancy Maultsby (alt), Celeny Shafer (sopran) i Kurta Streita (tenor). (15 grudnia, Riverside Church, Riverside Dr. przy 120 St.).

Po raz pierwszy udało mi się pójść na koncert zespołu Chanticleer w Metropolitan Museum. Słyszałam już od dawna o tym wyjątkowo uzdolnionym męskim zespole a capella. Męskim, ale z pełnym zestawem głosów od najczystszych dzwoneczków sopranu do głębokich pohukiwań basów. Słyszałam i jakoś ciągle coś przeszkadzało, ciągle nie udawało mi się złapać jednego z ich rzadkich nowojorskich popisów. No i wreszcie byłam, miód ich muzykalnych popisów piłam, i już teraz obiecuję sobie, że wpiszę ich doroczny koncert - przy choince przybranej barokowymi neapolitańskimi zabawkami w Galerii Średniowiecznej Sztuki - do moich świątecznych rytuałów.

Samo ich wejście - z daleka, z czeluści labiryntów sal, przez dłuższy czas niewidoczni, zbliżający się powoli falami boskich przywoływań: Veni, veni Emmanuel! - było warte wycieczki do muzeum. A jeszcze te ciekawe twarze, prawie każda przybrana jakimś skomplikowanym owłosieniem, wąsem a to ą la Salvador Dali, a to ą la Lech Wałęsa, baczkami, gęstą brodą św. Mikołaja lub bródką hiszpańskiego granda! A anielsko uśmiechnięte oczy! A ciekawy program uroczystych pieśni i kolęd - po angielsku, łacinie, rosyjsku, ormiańsku, norwesku... Czysta radość dla zmysłów i duszy. (5 grudnia, Metropolitan Museum, Fifth Ave. przy 84 St.).

Zaś tuż przed najdłuższą nocą roku, Paul Winter poprowadził swój kolorowy korowód muzyczno-taneczny w episkopalnej katedrze św. Jana Bożego. Tym razem, obok starych uczestników - tanecznego zespołu Forces of Nature, perkusisty Glena Veleza, wiolonczelisty Eugene'a Friesena, linoskoczka i mima Philippe'a Petita, muzyków Paula Sullivana, Paula McCandlessa, Davy Spillanego - dołączyli śpiewacy z Moskwy, chór Dmitriego Pokrowskiego, japoński mistrz bębnów Satoshi Takeishi i śpiewaczka gospel Theresa Thomason. (18 grudnia, St. John the Divine, Amsterdam Ave. przy 112 St.).

Ktoś mi niedawno zarzucił, że "nieżyciowo" piszę - ciągle o artystach, tancerzach, operze, kiedy zwykli zjadacze chleba nie mają czasu na chodzenie na koncerty, na wycieczki w Himalaje sztuki. Szkoda chyba robić takie radykalne podziały. Piszę z pozycji nie szczególnego znawcy, bo takim nie jestem, lecz kogoś, kto docenia wagę kontaktu z dobrą książką, pozytywny efekt wizyty w sali muzeum. Koncerty, wystawy, teatr to nie świat odmienny i odległy od naszego. Nie "Himalaje", gdzie trzeba się wspinać z trudem na niebotyczne szczyty, ani świat sztuczny, tworzony przez odmienny od nas gatunek ludzi.

Wcale nie dzieli nas nieprzekraczalna przepaść: tam natchnieni artyści, szaleńcy dotknięci palcem Bożym, a tu my, przyziemni, co najwyżej konsumenci rozrywki i tylko okazyjni obserwatorzy artystycznych "szaleństw". Dzieli nas oczywiście wiele, styl życia, ten czy inny rodzaj talentu (lub jego brak), ich skupione poświęcenie na znalezienie artystycznej formy, nasze zaangażowanie w inne sprawy. Ale mamy także tak wiele wspólnego. Wspólna jest tęsknota za wykroczeniem poza ramy codziennej walki o przetrwanie czy sukces. Ta walka pochłania być może większość naszej energii, ale nie wypełnia nas całkowicie. Wspólna - ludzka - jest wiara w możliwość czegoś więcej, lepiej, mądrzej.

Wydaje mi się też, że każdy potrzebuje choć od czasu do czasu skonfrontować się z samym sobą. Zatrzymać w biegu i rozejrzeć, gdzie tak gonimy i po co. W tym pomaga nam piękno Madonny Duccia. Muzyka Händla. Arabeski tancerzy. Poszczególne przedstawienie czy wystawa może nas zirytować, ale może też pomóc wyjaśnić przyczyny irytacji, zmusić do przypatrzenia się naszym wartościom i wątpliwościom.

W każdym z nas błyska iskra Boża wyobraźni i nadziei. Błąka się okruch twórczego natchnienia czy cień choćby dawnego, dziecinnego pragnienia - by poczuć smak wolnego lotu. Dotknąć piękna. Aż zaśmiać się ze szczęścia. Zatracić w momencie pełnej radości.

I tego Wam, Mili Czytelnicy, i sobie życzę: oby nigdy nie zatracić tej wspaniałej umiejętności zadziwienia i zachwytu. Do siego!


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail