PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 31 grudnia 2004


ANDRZEJ ZWANIECKI

Nowojorska kronika
(film)


Feniks reanimowany,
kwartet erotyczny,
hotel ocalonych

Flight of the Phoenix odradza się nie tyle z popiołów, co z pomysłu, na podstawie którego 40 lat temu powstała jego pierwsze wersja. I nie tyle się odradza, co jest reanimowany przy użyciu efektów specjalnych, grzmiącej muzyki i efektownych zdjęć Sahary. Nie jest to dość skuteczne, aby uczynić zeń ekscytującą przygodę, ale wystarcza, aby - przynajmniej chwilami - przykuć uwagę.

Sfilmowana dynamicznie, z werwą i wizualną inwencją scena katastrofy samolotu w czasie burzy piaskowej budzi nadzieję na pierwszorzędny film klasy B. Nic, co następuje później, nie równa się jednak nawet w przybliżeniu z tym wyczynem. Samolot transportujący sprzęt i pracowników pustynnej platformy naftowej ląduje twardo w środku pustyni Gobi. Z niewielkim zapasem wody i żywności pasażerowie i pilot Frank (Dennis Quaid) nie mają najmniejszych szans na przebycie setek kilometrów dzielących ich od najbliższego osiedla, a nadzieja na odnalezienie ich przez ekipę ratunkową maleje z godziny na godzinę. Kiedy więc przypadkowy pasażer Elliott (Giovanni Ribisi), podający się za konstruktora, proponuje zbudowanie mniejszego samolotu z nadających się do użytku części wraku, bohaterowie po wstępnych oporach i przepychankach zabierają się do roboty.

W pomyśle tym są zadatki na przygodowy produkcyjniak. Ale na zadatkach się kończy. Pomysłowość scenarzystów najwyraźniej ucierpiała od skwaru, bo w tym Feniksie zaledwie tli się życie. Niby jest konflikt osobowości pretendentów do przywództwa, niby natura stale zagraża rozbitkom i ich poczynaniom i niby te poczynania są wyścigiem z czasem. Ale wszystko to nie składa się ani na obraz próby charakterów, ani na emocjonującą narrację. Pomysły sytuacyjne pozostają nierozwinięte, dialogi zawisają w powietrzu bez żadnych konsekwencji, a napięcie w rzadkich chwilach, gdy uda się je wytworzyć, rozładowuje się bez iskier. Co więcej, bohaterowie zachowują się i wyglądają bardziej jak uczestnicy wycieczki w dzicz niż ludzie naprawdę walczący o życie.

Reżyser John Moore nie potrafi stworzyć napięcia nawet wówczas, gdy scenariusz daje mu po temu rzadką okazję. Kiedy np. przemytnicy broni po wstępnej krwawej konfrontacji pojawiają się ponownie w finale, ich leniwa szarża przypomina bardziej paradę niż mrożący krew w żyłach atak. Moore, najwyraźniej świadom plażowej atmosfery dominującej w filmie, usiłuje od czasu do czasu zamieszać w akcji i wywołać dreszcz emocji. Kiedy jednak seryjne burze piaskowe zaczynają nużyć, potrafi jedynie dmuchnąć nam piaskiem w oczy w nadziei, że nie zauważymy jego bezradności.

*

W Closer niby chodzi o wielkie emocje i niebezpieczne igranie z uczuciami i seksem. Ale tak naprawdę ten film ogląda się jak egzotyczną odmianę angielskiej gry salonowej.

Striptizerka z Nowego Jorku Alice (Natalia Portman) zakochuje się w Danie (Jude Law), dziennikarzu piszącym nekrologi w gazecie w Londynie, gdzie rozgrywa się akcja. Dan jest zauroczony fotografką Anną (Julia Roberts), która wydaje się odwzajemniać jego namiętność. Przypadkowe spotkanie rzuca ją jednak w objęcia dermatologa Larry'ego (Clive Owen), co sprawia, że zawiesza stosunki z Danem. Nie na długo jednak, bo żaden związek w tym filmie nie trwa długo.

Oparty na sztuce Patricka Marbera Closer jest dramatem, ale nie bardzo wiadomo, czego. Namiętności? Nie, bo choć postacie uprawiają seks, zdradzają się, wychodzą ze związków i wracają do nich, to cały ten ruch nie wywołuje nawet przeciągu, nie mówiąc o cierpieniu. Zmiany wewnątrz erotycznego czworokąta odznaczają się nudną, geometryczną elegancją; skażenie ich wyziewami rozkładającej się miłości byłoby czymś równie niestosownym, jak podanie nieświeżych ostryg w renomowanej restauracji.

W filmie akcja przeskakuje od jednej konfiguracji erotycznej do drugiej, zmuszając nas do zgadywania zmian, jakie zaszły w międzyczasie. Nie widzimy więc, by bohaterowie ewoluowali; oni tylko zmieniają pozycje bojowe w erotycznej wojnie podjazdowej. Z dwiema mocnymi, bezlitosnymi scenami, w których bryluje Owen, w tej mierze film jest najbardziej rozrywkowy, choć nie całkiem przekonujący.

Reżyser Mike Nichols przenosząc sztukę Marbera w realia ulic, autobusów, gabinetu lekarskiego i klubu striptizowego obnażył sztuczność dialogów i psychologiczną wątłość motywacji bohaterów. Oni nie tyle rozmawiają, co prowadzą ze sobą wywiady. Być może więc Closer nie jest też filmem o erotycznej wojnie podjazdowej, lecz o erotycznej sprawozdawczości, o raportach z frontu walki erotycznej, w których korespondenci prześcigają się w szczerości i drastyczności opisów. Jeśli tak, to ich słowa, które zdaje się miały szokować, pozbawione zakorzenienia emocjonalnego stają się abstrakcją i wywołują jedynie znużenie. Podobnie zresztą jak scena internetowego seksu.

Closer ma przy tym podobny problem, co filmy Neila LaBute'a - jego bohaterowie (może z wyjątkiem Alice wycieniowanej subtelnie przez Portman) jako karykatury pewnych postaw są płascy. Ale postacie zaludniające In the Company of Men czy Your Friends and Neighbors są przynajmniej motywowane jakimiś pradawnymi, okrutnymi instynktami - są drapieżnikami działającymi z niszczycielską pasją lub ofiarami, które znalazłszy się w pułapce zajadle kąsają. W Closer po brutalnych zmaganiach piją herbatę.

*

Akcja filmu Hotel Rwanda rozgrywa się w Rwandzie, gdzie w 1994 roku członkowie plemienia Hutu masowo wyrzynali członków plemienia Tutsi; zamordowano prawie milion ludzi. Ta fabuła oparta na autentycznej historii kierownika hotelu w Kigali, który udzielił schronienia i ocalił od zagłady ponad tysiąc Tutsi i Hutu, jest przejmującym świadectwem ludobójstwa rozgrywającego się na naszych oczach. Nie jest to więc film, który można oceniać w kategoriach estetycznych. W każdym razie nie wyłącznie. Niemniej trzeba podkreślić, że opowiedziany w zasadzie z zachowaniem zasad klasycznej dramaturgii film trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej sceny.

Hotel Rwanda nie jest jednak obrazem masakr w takim sensie, w jakim był nim Killing Fields opowiadający o zbrodniach reżimu Pol Pota w Kambodży. W istocie wybierając na bohatera Paula Rusesabagina, który przez większą część czasu pozostawał poza murami hotelowego kompleksu, autor filmu Terry George unika ukazywania najbrutalniejszych okrucieństw. Oglądamy więc ciała sąsiadów bohatera zamordowanych przez bojówkarzy Hutu oraz - za pośrednictwem monitora - sfilmowane przez zachodniego reportera (Joaquin Phoenix) sceny ukazujące pijany nienawiścią tłum znęcający się nad ofiarami. Ale nie rozsiekiwanie ludzi maczetami na kawałki. Jednak groza niepowstrzymanego terroru przebija z całego filmu - z głosu radiowego komentatora podżegającego do rzezi, prób zawładnięcia hotelem przez wojsko lub widok żądnej krwi tłuszczy i rozpaczliwego miotania się "błękitnych hełmów" dowodzonych przez zawstydzonego własną bezsilnością oficera (Nick Nolte). W najbardziej dobitnej scenie, kiedy Paul wyrusza na miasto po zaopatrzenie, ta groza manifestuje się w zaskakujący i przyprawiający o zimny dreszcz sposób.

Wielką zaletą tego filmu jest też to, że nie usiłuje wykreować głównej postaci na posągowego herosa. Paul nie wygłasza wielkich mów ani nie obnosi się ze swoją szlachetnością. W pierwszych scenach elegancki i dobrze ułożony, czaruje i przekupuje wojskowych i biurokratów, aby przetrwać i wyjść na swoje. Później ta zdolność do "załatwiania" spraw staje się kluczem do ocalenia jego samego, jego rodziny i tych, którzy trafili pod jego skrzydła.

Don Cheadle, murzyński aktor charakterystyczny, przyprawia postać Rusesabagina odrobiną brawury i hucpy, które tak dobrze służyły mu w rolach stręczycieli, handlarzy narkotyków i innych kryminalistów. Nie pozostawia żadnych wątpliwości, że jego bohater kieruje się początkowo instynktem samozachowawczym i dopiero gdy wir terroru zaczyna wciągać coraz więcej ludzi, zaczyna traktować zagrożenie jako wyzwanie tyleż wobec własnego sprytu, co człowieczeństwa.

Hotel Rwanda to również oskarżenie, choć dość łagodne, pod adresem światowych potęg, które odwróciły się od rzezi, debatując raczej nad definicją ludobójstwa niż akcją. Wyważony ton filmu skłoni zapewne przedstawicieli zachodniej opinii publicznej do obłudnego zadośćuczynienia pamięci ofiar tamtych wydarzeń za pośrednictwem filmu. Można więc bez ryzyka przewidywać, że Hotel Rwanda dostanie nominację do Oscara.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail