Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Pastorałka w drodze
przy drodze
Ja ciebie dobrze rozumiem
Sam się katuję pamięcią
Najgorzej jest na Wigilię
I w Boże Narodzenie
Jerzy Gizella
W restauracji Wiejska Chata przy szosie Kraków-Warszawa niedaleko
Częstochowy wcinam czerwony barszczyk z uszkami nadziewanymi
grzybkami, słucham kolęd i czytam - rozdarty niczym sosna
pomiędzy Polskę i Amerykę - nowy tom wierszy Jerzego Gizelli Tu ciało tam dusza (inter esse, Kraków 2004). Jeszcze
przed godziną rozmawiałem z poetą, siedząc w Sukiennicach
przy kawie i szarlotce ze śmietaną - wielkiej jak zaspa za
oknem - na wprost pomnika Adama Mickiewicza, urodzonego w
wigilię Bożego Narodzenia Roku Pańskiego 1798. Wydarzenie
to odegrało pewną, nieznaczną, ale jednak rolę w dziejach
kultury polskiej, dlatego dziwię się, że o dacie pojawienia
się na tym łez padole pierwszego Wieszcza mało kto dziś w
Polsce pamięta. Tłumaczę sobie, że czasy mamy, delikatnie
mówiąc, niepoetyckie albo filolodzy polscy (nic nie mam przeciw
filologom polskim, sam jestem jednym z nich) czekają z przypominaniem
Wieszcza na okrągłą rocznicę. W każdym razie na rozświetlonym
lampkami krakowskim rynku Wieszcz stoi smutny i cichy w cieniu
świątecznych blasków.
Wojtek Orlof, towarzysz mej podróży, zamówił dwa talerze
barszczyku z uszkami faszerowanymi grzybkami, tak mu smakuje
to chłopskie jadło w krajowej knajpie. Też emigrant, powrócony
lat temu parę na ojczyzny łono, patrzy na nią okiem zawodowego
architekta: w Polsce jest wszystko do zrobienia, zbudowania,
naprawienia, posprzątania. Należy zacząć od sprzątania w głowach,
bo - jak mówi między wierszami Orlof, a Gizella wprost w wierszach
- Polacy to "lud krnąbrny/ łasy na pochwały", co był zburzył
jeden mur, a drugi sobie postawił, ale trwalszy, "bo ze słów
nie z cegieł", to ludzie "zasępieni od świtu do nocy", to
"bezradni jak dzieci/ spiskowcy barowi".
"Spiskowców" spotkać można tłumnie w barach, na ulicach,
w autobusach, a także, co najbardziej drażni, w pracy. Niechby
chociaż spiskowali, protestowali przeciw niesprawiedliwości,
domagali się od "kapitalizma" lepszego traktowania, negocjowali
sprawiedliwe płace i ludzkie warunki pracy, ale gdzie tam!
Godzą się na głodowe pensje tak samo szybko, jak szybko odwracają
głowy na widok obskakiwanej przez wyrostków na przystanku
dziewczyny. Nie dalej jak wczoraj Basia P. z redakcji pewnego
tygodnika opowiedziała mi o ataku na jej 16-letnią córkę w
wykonaniu jakiegoś zboczeńca. Córka krzyczała, błagała o pomoc,
a może setka rosłych mężczyzn odwracała głowy. Wreszcie sumienie
ruszyło kobietę na oko 60-letnią i jęła prać torebką po głowie
napastnika. Podał szybko tyły, a dzielna kobieta stanęła przed
tłumem rosłych mężczyzn-niemężczyzn i splunęła im pod nogi.
Mieli prawo ją pobić, bo przecież im ubliżyła...
Samotność to słowo-klucz, chroboczący pomiędzy zdaniami Orlofa
i w wierszach Gizelli. U poety jest także wszędobylski "powrót"
skazany na nieuchronną porażkę, bo "księgi się wypełniły/
i już nie ma odwrotu/ suchą nogą przejść można/ tylko raz
w jedną stronę"; więc "za późno już na powrót/ za wcześnie
umierać". Porażające. I piękne blaskiem samotnej świecy, płonącej
na cepeliowskim ołtarzyku ustawionym na wystylizowanym na
starocie, a pachnącym świeżym wapnem kuchennym piecu. Brakuje
na nim tylko dziada okutanego w kożuch, chrapiącego tęgo.
Baba jest, i to całkiem zgrabna i młoda, przebrana za góralkę.
Podała mi "pierogowe serce", czyli mieszankę pierogów domowej
roboty na talerzu w kształcie serca. Rzecz spotykana jeszcze
tylko w kraju. Jak i dwie grube pajdy chleba i smalec-palce-lizać
w malowanym kubku - na początek uczty, jak i jabłka w cieście,
podlane gęsto śmietaną w prezencie od zakładu - na deser.
Polska w szybkim tempie się komercjalizuje, ale też nabiera
smaków i zapachów znanych nam już tylko z dzieciństwa. Dlatego
o wiele łatwiej do niej przyjechać, a o wiele trudniej z niej
wyjechać, by wrócić - no właśnie: do siebie? Toteż i czekamy,
aż wreszcie wypali nam się energia, spowszednieją widoki i
tak dopieką w pracy rodacy, że zatęsknimy znów do pustego
talerza przy wigilijnym stole na amerykańskiej czy kanadyjskiej
ziemi. Że o rodzinach nawet nie wspomnę.
Jerzy Gizella tak długo w Alabamie "wypalał nostalgię", "wzmacniał
antyciała/ na infekcję powrotu", aż w końcu wrócił do swego
Krakowa. Czy na stałe? Jeszcze nie wie. I ja nie wiem, czy
wróciłem do swej Galicji, i Orlof pewnie też nie. Sytuacja
jak z Emigrantów Mrożka, z tą różnicą, że my wszyscy
trzej "intelygienty", ale zamiast karmy dla psów z konserwy
jemy już to szarlotkę, już to barszczyk z uszkami. Cała reszta
jest jednak z Mrożka, bo powrót niemożliwy, chyba że z walizą
dolarów, bo nikt na nas nie czeka, chyba że na naszą walizę
dolarów, której nie mamy i mieć się nie wybieramy, ot co.
Tymczasem wybieramy się spędzić Wigilię daleko od rodziny,
pierwszą taką Wigilię od lat dwudziestu (tak jest przynajmniej
w moim wypadku). Uczucie dziwne, lecz do zaakceptowania. Właściwie
wszystko jest "do zaakceptowania" po dwudziestu latach emigracji.
Nie tylko dlatego, że "kto raz dom porzucił, temu wszystko
jedno" - jak pisał Josif Brodski, ale nade wszystko dlatego,
że nam właśnie nie jest wszystko jedno (z wyjątkiem coraz
gorszej Gazety Wyborczej). Spędzanie świąt Bożego Narodzenia
w kraju swego urodzenia, ale bez rodziny, nie jest zapewne
niczym dziwnym, ale daje okazję do przemyślenia własnej sytuacji.
Wnioski nie są na tyle ciekawe, by nimi nudzić Szanownego
Czytelnika.
"Wigilie bezdomnych/ Wigilie stanu wojennego/ Wigilie wśród
obcych i niemych/ Na plażach Nowej Syberii" - jak pięknie
pisze Gizella, to Wigilie skazanych na życie w ciągłej podróży,
w wyprawie, w nieustającej pogoni za niewiadomym. Mądry Japończyk
Matsuo Basho, jeden z twórców haiku, już w XVII wieku zapisał
myśl złotą: "Każdy dzień jest podróżą, a podróż sama w sobie
jest domem". Trzymając się jak ślepiec laski tego zdania,
zawędrować można na koniec świata, wmawiając sobie każdego
dnia, że naszym domem jest właśnie bycie w podróży, życie
w "nieustannych przesunięciach" (określenie Jaśniepanicza
Gombrowicza), a więc daleko od domu...
Szosę Warszawa-Kraków zwą do dzisiaj "gierkówką", bo zbudowano
ją za panowania jaśniewielmożnego towarzysza Gierka, który
otworzył przed Polakami drzwi do "Jewropy". Ale podobnie jak
Adama Mickiewicza, tak i tego prekursora malucha, zafundowanego
rosłym Słowianom, i polskich dróg obsianych krzyżami, ustawionymi
tam ku pamięci użytkowników dróg i maluchów, mało kto wspomina
przy wigilijnym stole - tak w Polsce, jak i w Ameryce. Bo,
jak pisze Gizella w wierszu Retropastorałka, "najważniejsze
są pudła/ rozrywanie papieru/ krótki szelest radości/ na całe
smutne życie".
Wesołych świąt Bożego Narodzenia życzy
Marek Kusiba
|
|