PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 24 grudnia 2004


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Pastorałka w drodze
przy drodze

Ja ciebie dobrze rozumiem
Sam się katuję pamięcią
Najgorzej jest na Wigilię
I w Boże Narodzenie

Jerzy Gizella

W restauracji Wiejska Chata przy szosie Kraków-Warszawa niedaleko Częstochowy wcinam czerwony barszczyk z uszkami nadziewanymi grzybkami, słucham kolęd i czytam - rozdarty niczym sosna pomiędzy Polskę i Amerykę - nowy tom wierszy Jerzego Gizelli Tu ciało tam dusza (inter esse, Kraków 2004). Jeszcze przed godziną rozmawiałem z poetą, siedząc w Sukiennicach przy kawie i szarlotce ze śmietaną - wielkiej jak zaspa za oknem - na wprost pomnika Adama Mickiewicza, urodzonego w wigilię Bożego Narodzenia Roku Pańskiego 1798. Wydarzenie to odegrało pewną, nieznaczną, ale jednak rolę w dziejach kultury polskiej, dlatego dziwię się, że o dacie pojawienia się na tym łez padole pierwszego Wieszcza mało kto dziś w Polsce pamięta. Tłumaczę sobie, że czasy mamy, delikatnie mówiąc, niepoetyckie albo filolodzy polscy (nic nie mam przeciw filologom polskim, sam jestem jednym z nich) czekają z przypominaniem Wieszcza na okrągłą rocznicę. W każdym razie na rozświetlonym lampkami krakowskim rynku Wieszcz stoi smutny i cichy w cieniu świątecznych blasków.

Wojtek Orlof, towarzysz mej podróży, zamówił dwa talerze barszczyku z uszkami faszerowanymi grzybkami, tak mu smakuje to chłopskie jadło w krajowej knajpie. Też emigrant, powrócony lat temu parę na ojczyzny łono, patrzy na nią okiem zawodowego architekta: w Polsce jest wszystko do zrobienia, zbudowania, naprawienia, posprzątania. Należy zacząć od sprzątania w głowach, bo - jak mówi między wierszami Orlof, a Gizella wprost w wierszach - Polacy to "lud krnąbrny/ łasy na pochwały", co był zburzył jeden mur, a drugi sobie postawił, ale trwalszy, "bo ze słów nie z cegieł", to ludzie "zasępieni od świtu do nocy", to "bezradni jak dzieci/ spiskowcy barowi".

"Spiskowców" spotkać można tłumnie w barach, na ulicach, w autobusach, a także, co najbardziej drażni, w pracy. Niechby chociaż spiskowali, protestowali przeciw niesprawiedliwości, domagali się od "kapitalizma" lepszego traktowania, negocjowali sprawiedliwe płace i ludzkie warunki pracy, ale gdzie tam! Godzą się na głodowe pensje tak samo szybko, jak szybko odwracają głowy na widok obskakiwanej przez wyrostków na przystanku dziewczyny. Nie dalej jak wczoraj Basia P. z redakcji pewnego tygodnika opowiedziała mi o ataku na jej 16-letnią córkę w wykonaniu jakiegoś zboczeńca. Córka krzyczała, błagała o pomoc, a może setka rosłych mężczyzn odwracała głowy. Wreszcie sumienie ruszyło kobietę na oko 60-letnią i jęła prać torebką po głowie napastnika. Podał szybko tyły, a dzielna kobieta stanęła przed tłumem rosłych mężczyzn-niemężczyzn i splunęła im pod nogi. Mieli prawo ją pobić, bo przecież im ubliżyła...

Samotność to słowo-klucz, chroboczący pomiędzy zdaniami Orlofa i w wierszach Gizelli. U poety jest także wszędobylski "powrót" skazany na nieuchronną porażkę, bo "księgi się wypełniły/ i już nie ma odwrotu/ suchą nogą przejść można/ tylko raz w jedną stronę"; więc "za późno już na powrót/ za wcześnie umierać". Porażające. I piękne blaskiem samotnej świecy, płonącej na cepeliowskim ołtarzyku ustawionym na wystylizowanym na starocie, a pachnącym świeżym wapnem kuchennym piecu. Brakuje na nim tylko dziada okutanego w kożuch, chrapiącego tęgo.

Baba jest, i to całkiem zgrabna i młoda, przebrana za góralkę. Podała mi "pierogowe serce", czyli mieszankę pierogów domowej roboty na talerzu w kształcie serca. Rzecz spotykana jeszcze tylko w kraju. Jak i dwie grube pajdy chleba i smalec-palce-lizać w malowanym kubku - na początek uczty, jak i jabłka w cieście, podlane gęsto śmietaną w prezencie od zakładu - na deser. Polska w szybkim tempie się komercjalizuje, ale też nabiera smaków i zapachów znanych nam już tylko z dzieciństwa. Dlatego o wiele łatwiej do niej przyjechać, a o wiele trudniej z niej wyjechać, by wrócić - no właśnie: do siebie? Toteż i czekamy, aż wreszcie wypali nam się energia, spowszednieją widoki i tak dopieką w pracy rodacy, że zatęsknimy znów do pustego talerza przy wigilijnym stole na amerykańskiej czy kanadyjskiej ziemi. Że o rodzinach nawet nie wspomnę.

Jerzy Gizella tak długo w Alabamie "wypalał nostalgię", "wzmacniał antyciała/ na infekcję powrotu", aż w końcu wrócił do swego Krakowa. Czy na stałe? Jeszcze nie wie. I ja nie wiem, czy wróciłem do swej Galicji, i Orlof pewnie też nie. Sytuacja jak z Emigrantów Mrożka, z tą różnicą, że my wszyscy trzej "intelygienty", ale zamiast karmy dla psów z konserwy jemy już to szarlotkę, już to barszczyk z uszkami. Cała reszta jest jednak z Mrożka, bo powrót niemożliwy, chyba że z walizą dolarów, bo nikt na nas nie czeka, chyba że na naszą walizę dolarów, której nie mamy i mieć się nie wybieramy, ot co.

Tymczasem wybieramy się spędzić Wigilię daleko od rodziny, pierwszą taką Wigilię od lat dwudziestu (tak jest przynajmniej w moim wypadku). Uczucie dziwne, lecz do zaakceptowania. Właściwie wszystko jest "do zaakceptowania" po dwudziestu latach emigracji. Nie tylko dlatego, że "kto raz dom porzucił, temu wszystko jedno" - jak pisał Josif Brodski, ale nade wszystko dlatego, że nam właśnie nie jest wszystko jedno (z wyjątkiem coraz gorszej Gazety Wyborczej). Spędzanie świąt Bożego Narodzenia w kraju swego urodzenia, ale bez rodziny, nie jest zapewne niczym dziwnym, ale daje okazję do przemyślenia własnej sytuacji. Wnioski nie są na tyle ciekawe, by nimi nudzić Szanownego Czytelnika.

"Wigilie bezdomnych/ Wigilie stanu wojennego/ Wigilie wśród obcych i niemych/ Na plażach Nowej Syberii" - jak pięknie pisze Gizella, to Wigilie skazanych na życie w ciągłej podróży, w wyprawie, w nieustającej pogoni za niewiadomym. Mądry Japończyk Matsuo Basho, jeden z twórców haiku, już w XVII wieku zapisał myśl złotą: "Każdy dzień jest podróżą, a podróż sama w sobie jest domem". Trzymając się jak ślepiec laski tego zdania, zawędrować można na koniec świata, wmawiając sobie każdego dnia, że naszym domem jest właśnie bycie w podróży, życie w "nieustannych przesunięciach" (określenie Jaśniepanicza Gombrowicza), a więc daleko od domu...

Szosę Warszawa-Kraków zwą do dzisiaj "gierkówką", bo zbudowano ją za panowania jaśniewielmożnego towarzysza Gierka, który otworzył przed Polakami drzwi do "Jewropy". Ale podobnie jak Adama Mickiewicza, tak i tego prekursora malucha, zafundowanego rosłym Słowianom, i polskich dróg obsianych krzyżami, ustawionymi tam ku pamięci użytkowników dróg i maluchów, mało kto wspomina przy wigilijnym stole - tak w Polsce, jak i w Ameryce. Bo, jak pisze Gizella w wierszu Retropastorałka, "najważniejsze są pudła/ rozrywanie papieru/ krótki szelest radości/ na całe smutne życie".

Wesołych świąt Bożego Narodzenia życzy

Marek Kusiba

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail