ROMAN MARKOWICZ
Nowojorska kronika
(muzyka)
Bohaterami ostatniej kroniki w tym roku kalendarzowym są Polacy. Otóż 18 i19 grudnia w tej samej Weill Recital Hall (przy Carnegie Hall) mieliśmy okazję wysłuchać recitalu pianistki Magdaleny Baczewskej i wykonania kantaty Bacha przez młodego basa-barytona Mariusza Kwietnia (na zdjęciu). Nie ulega wątpliwości, że bardziej prestiżowym było pojawienie się na tej estradzie polskiego śpiewaka, prezentowanego przez Carnegie Hall w cenionej i popularnej serii The Met Chamber Ensembles, przy współudziale i pod batutą Jamesa Levine'a.
Recital Baczewskiej, artystycznie wcale nie na gorszym poziomie, zorganizowany został przy nominalnym współudziale Fundacji Kościuszkowskiej, International Keyboard Institute, a finansowym wsparciu polskiej mecenaski sztuki p. Elżbiety Zawisny.
Zacznijmy chronologicznie. Magdalena Baczewska, od dawna ulubienica lokalnej Polonii, nie mogła sobie chyba wyobrazić bardziej cennego prezentu gwiazdkowego niż wykupienie sali koncertowej i danie jej kolejnej możliwości przedstawienia się swoim wielbicielom, którzy niemal do ostatniego miejsca wypełnili salę. Tak się właśnie stało dzięki wspaniałomyślności jej wieloletniej patronki p. Zawisny, która w Baczewskiej znalazła artystkę więcej niż godną poparcia.
Pierwsza część różnorodnego programu obejmowała krótkie kompozycje i miniatury. Był tam więc Bach (popularny chorał z Kantaty nr 147, tym razem w rzadziej grywanym opracowaniu Wilhelma Kempffa), klawesynowe utwory Jeana Philippe'a Rameau, II zeszyt Images Debussy'ego, 3 Preludia Szymanowskiego, wreszcie jak nic innego pasujące do sezonu świątecznego Scherzo h-moll Chopina, którego znana środkowa część oparta jest na kolędzie Lulajże Jezuniu.
Po przerwie Magdalena Baczewska przedstawiła pierwsze wykonanie Ballady (2004) młodego kompozytora Benjamina C.S. Boyla, wywołanego oklaskami na scenę, jak również wymagające Wariacje i Fugę na temat Händla op. 24 Brahmsa.
Bardzo ładnie wydany program - nawet z kolorowym zdjęciem artystki! - miał więcej wspólnego z popularną w amerykańskich szkołach Year Book niż z informacyjną broszurą. Znaleźliśmy w nim więc obok biografii artystki reklamy instytucji i prywatnych osób z przedkoncertowymi gratulacjami dla pianistki. Dla melomanów zainteresowanych być może informacjami o repertuarze pozostaje zawsze internet albo biblioteka: niech się uczą, a nie oczekują czegoś przygotowanego na talerzyku.
Poczułem się nawet trochę głupio, że nie zdążyłem złożyć p. Baczewskiej przedkoncertowych gratulacji, a może nawet napisać a priori recenzji z koncertu. To ostatnie zresztą w jej przypadku nie byłoby aż tak trudne.
Baczewska po raz kolejny udowodniła, że jest nie tylko pierwszorzędna (takich w Nowym Jorku jest więcej), ale przede wszystkim nadzwyczaj muzykalną pianistką. Tego wieczoru elementem, który od pierwszego momentu zwracał na siebie uwagę był śliczny, ciepły dźwięk. Same interpretacje podzielić by można na dwie grupy: "zaledwie" bardzo dobre i wręcz wzorcowe. Do tych pierwszych zaliczyłbym kompozycje Rameau, Debussy'ego, Szymanowskiego, jak również postromantyczną w stylu Balladę przyjaciela artystki, p. Boyle. Ta ostatnia udowodniła, że powrót do harmonicznego języka impresjonistów lub Rachmaninowa czy Skriabina możliwy jest nawet w XXI wieku: nie przypuszczam, aby ktoś z obecnych na sali zgadł, że jest to dzieło dopiero co stworzone. Oczywiście wymienieni kompozytorzy nie są najgorszym wzorcem, jeśli chodzi o pisanie na fortepian: nastrojowa kompozycja p. Boyle była bardzo atrakcyjna i musiała przypaść do gustu jej pierwszej wykonawczyni. Klawesynowe kompozycje Rameau, wśród których znalazły się wirtuozowskie wariacje Les Niais de Sologne, pod palcami Baczewskiej zabrzmiały równie mistrzowsko, łącząc emocje z doskonałą kontrolą artykulacji i uderzenia. Najwyraźniej za interpretacyjny wzór Baczewska nie postawiła sobie pewnych oschłych francuskich autorytetów.
Równie przekonująca wydała mi się suita Debussy'ego (jej druga część nazwana jest Hommage a Rameau) grana z naturalnym wyczuciem stylu, podobnie stosownym, miękkim dźwiękiem i kolorystyką. Słuchając Preludiów op. 1 Szymanowskiego żałowałem niemal, iż Baczewska nie poświęciła im w swoim programie więcej miejsca. W Scherzu h-moll Chopina więcej było zwiewności niż tzw. pazura, ale i ta interpretacja nie budziła mojego sprzeciwu. Problemem ze skądinąd świetnie przygotowanymi i zagranymi Wariacjami Brahmsa był sam koncept dźwięku, którego "waga" wydawała się lepiej pasować do reszty programu. Tutaj po raz pierwszy przychodziło mi na myśl rzadko przeze mnie używane określenie "kobieca gra". Była to jednak mała skaza, widoczna jedynie w porównaniu z innymi autorytatywnymi interpretacjami. Nie po raz pierwszy odnotowuję naturalną, niewymuszoną muzykalność tej nader utalentowanej pianistki, której słuchałem z prawdziwą przyjemnością.
Mam nadzieję, że Baczewska jako krytyk muzyczny - okazuje się, że jest to jedno z jej dodatkowych muzycznych zajęć - wybaczy mi pewne frywolne komentarze dotyczące opublikowanego programu. Zapewne wie przecież, że jednym z naszych zajęć jest nie tylko krytykowanie, ale zwykła bezstronna obserwacja, czasami może nawet edukacja polonijnej publiczności, która wydaje się coraz to bardziej wyrobiona. Tym razem, poza kilkoma strategicznie wymierzonymi kaszlnięciami w najcichszych momentach muzyki oraz bezceremonialnym zajmowaniu miejsc już po rozpoczęciu koncertu, licznie przybyli melomani słuchali swojej ulubienicy z wyraźnym zainteresowaniem.
*
Wysoka cena biletów odstraszyła zapewne wielu polonijnych melomanów chcących usłyszeć Mariusza Kwietnia. Ten młody artysta, od lat związany z Metropolitan Opera (która jego wokalny talent odkryła dość wcześnie) i robiący dziś intensywną międzynarodową karierę, dostąpił zaszczytu wystąpienia jako solista z Jamesem Levine'em. Kantata nr 82, Ich habe genug (Dość już) skomponowana jest na jeden tylko głos, z towarzyszeniem oboju solo i małego zespołu smyczków. Solista ma możność pokazania się w trzech rozbudowanych ariach opartych na tekstach z Ewangelii wg św. Łukasza. Posępna tematyka kantaty i powtarzające się słowa Szymona "mam już dość" odnosi się do chęci opuszczenia ziemskiego padołu i powtórnego spotkania się ze Zbawcą: "Tutaj muszę żyć w bólu i nieszczęściu, tam (w niebie) nareszcie odzyskam pokój duszy i spokojny sen".
Kwiecień obdarzony jest przez naturę pięknym instrumentem i niezaprzeczalnym talentem wokalnym. Po raz pierwszy miałem okazję słuchać go w niemieckojęzycznym repertuarze i podejrzewam, że w innych warunkach byłbym bardziej zbudowany niż niedzielnego popołudnia w Weill Recital Hall. James Levine, niezmiernie wszechstronny muzyk, czuje się swobodnie niemal w każdym repertuarze, ale poza Bachem. Moje niedzielne wrażenia przywróciły pamięć podobnego koncertu muzyków Orkiestry Met, którzy kilka lat temu w jego obecności/pod jego dyktando (trudno użyć określenia "pod jego batutą") prezentowali anachroniczną stylowo, nieciekawą wersję kompletu Koncertów brandenburskich Jana Sebastiana.
Tym razem w Bachowskiej kantacie Levine wybrał pozbawione pulsu tempo, które niemal natychmiast dodatkowo zwolnił. Letargiczne potraktowanie tempa Kwietniowi na pewno nie pomogło: zarówno kontrola oddechu, jak też intonacja musiały na tym ucierpieć. Biorąc pod uwagę, że jest to w sumie muzyka bliższa kameralnej niż symfonicznej, nic by nie przeszkodziło, a wręcz pomogło, aby w ogóle obyć się bez dyrygenta.
Tym razem nie byłem szczególnie zachwycony ani niemiecką dykcją, ani muzycznym przekazem: chciałbym usłyszeć Mariusza Kwietnia w trochę innych warunkach. Nie mogłem się oprzeć, niesprawiedliwemu może, porównaniu z ostatnią wersją tej kantaty śpiewaną w zeszłym sezonie przez Thomasa Quasthoffa.
Ta wersja znalazła się ostatnio na nowym nagraniu Deutsche Grammophon (289 477 532), którego Quasthoff dokonał w towarzystwie Berliner Baroque Solisten pod kierownictwem artystycznym Reinera Kussmaula. Na nagraniu tym, poza kantatą Ich habe genug, znajdują się dwie inne liturgiczne kantaty: Ich will den Kreutzstab gerne tragen (Z chęcią poniosę krzyż) oraz Der Friede sei mit dir (Pokój z tobą). Dla mnie wysłuchanie tych wykonań było prawdziwym przeżyciem.
Pierwszą część skontrastowanego programu w Weill Recital Hall, prezentowanego przez znakomitych muzyków z Met Orchestra, dopełniło skomponowane w 1981-82 r. dzieło New York Notes na flet, klarnet, skrzypce, wiolonczelę, marimbę, perkusję i fortepian. A druga część w całości poświęcona została jednemu z filarów muzyki kameralnej, jakim jest Oktet F-dur (18240) Schuberta.
|