CZESŁAW KARKOWSKI
Boże Narodzenie
w trudnych czasach
Na pierwszy rzut oka obraz wygląda jak typowa scena Narodzenia Pańskiego. Jest stajenka, a w niej Maria pochylona nad Dzieciątkiem. Z tyłu obowiązkowy osioł i wół (obecni w każdej scenie w ślad za Ewangelią Pseudo-Mateusza i cytatem z Biblii: "Wół rozpoznaje własnego pana i osioł żłób swego właściciela. Tylko Izrael nie uznaje nikogo, niczego mój lud nie rozumie", Izajasz 1:3). Obok Józef siedzi z rękami złożonymi na kolanach i schowaną w ramionach głową. Śpi. Zgodnie z tradycją - koniecznie obecny, ale zarazem nieobecny; niekiedy przedstawiany w oddaleniu, jakby osobno, niezbędny, ale jednak zaledwie ornament, uzupełnienie do tej sceny. Są trzej królowie, choć z trudem rozpoznawani jako tacy, gdyż bez koron, ale za to z wieńcami laurowymi na głowach. Bez splendoru przysługującego władcom trzech ziem (Azji - Melchior; Afryki - Kacper; Europy - Baltazar) i bez zróżnicowania wieku (zazwyczaj reprezentują trzy generacje - jeden jest starcem, drugi mężczyzną w sile wieku, a trzeci młodzieńcem); są pastuszkowie i aniołowie, bardzo dużo aniołów.
A jednak jest to jedna z najosobliwszych scen Narodzenia. Obraz ten namalował mistrz włoskiego renesansu Sandro Botticelli. Dzieło, powstałe w 1501 r., znane jest pod tytułem Mistyczne Narodziny.
Nad sceną Narodzenia został umieszczony napis. Po części zamazany, czarnymi greckimi literami na złotym tle głosi: "Obraz ten pod koniec 1500 roku, w tarapatach Italii, ja Alessandro, w pół czasu po tym czasie, namalowałem, zgodnie z jedenastym [rozdziałem] świętego Jana, w drugiej biedzie Apokalipsy, kiedy diabła uwolniono na trzy i pół roku; następnie zostanie skrępowany w Dwunastym i zobaczymy go jak na tym obrazie".
Przyglądamy się więc Mistycznym Narodzinom. Rzeczywiście pod skałą, na której spoczywa stajenka, widzimy wijące się małe poczwarne figury: diabły przywalone głazem Chrystusowego Narodzenia, jakby wielki kamień spadł nagle z nieba i przygniótł szpetne stworzenie. I czytamy w Apokalipsie św. Jana, 12:9: "Został więc strącony wielki smok, ów wąż dawny zwany diabłem, szatanem. Został strącony na ziemię ten, który zwodził całą ludzkość, on sam, a z nimi wszyscy jego aniołowie".
Upadek szatana nastąpił zatem w wyniku narodzin Jezusa Chrystusa, który to akt narodzin jest jednocześnie powtórnym nadejściem Zbawiciela. W kosmicznej walce, jaka toczy się przez wieki ze złymi mocami, ponowne przyjście Mesjasza nastąpiło z siłą meteoru, który pociągnął za sobą "diabła zwanego szatanem", przygniótł go i pogrzebał. Niedobitki złych sił chowają się w panice, ale wyglądają spod skał, czy jednak nie zaatakować ponownie. Fundament Żłóbka podszyty jest złem. Pokój jest kruchy, niepewny.
W takiej interpretacji Stajenka z Dzieciątkiem okazuje się podniebnym zjawiskiem, cudem niemieszczącym się w ziemskim porządku, czymś, co raczej spłynęło z nieba, niż wydarzeniem mającym swój naturalny historyczny rodowód. Jest bardziej Boską interwencją spoza czasu niż elementem mającym swe przyczyny "tu i teraz".
Taką wymowę dzieła podkreśla często stosowany przez Botticellego i w innych obrazach chwyt polegający na zachwianiu proporcji. Postać Matki Boskiej jest nadzwyczaj wielka w stosunku do zadaszonej groty, w której Maria może się zmieścić jedynie na klęczkach. Cała stajenka jest ukazana niczym pod szkłem powiększającym, wygląda na niewspółmiernie dużą w porównaniu z otoczeniem. Artysta podkreśla w ten sposób znaczenia tego, co się w niej dzieje, a zarazem dając perspektywę zbliżoną jak przez lunetę - skupia uwagę widza właśnie w tym wybranym miejscu.
Idźmy więc za sugestią Botticellego i przypatrzymy się tej scenie. Na kawałku sukna rzuconym na gołą skałę leży nagie, radosne Dziecię z charakterystycznym układem jednej rączki trzymanej przy ustach. W tamtych wiekach ludzie doskonale rozumieli ów gest oznaczający słowa Jezusa: "Jam jest Słowo Boże". (Jeśli Dzieciątko - bliżej polskiej tradycji - leży na snopku zboża, oznacza to aluzję do słów: "Jam jest chleb życia").
U jego stóp klęczy Maria w pokorze i smutku w przewidywaniu przyszłej męki Chrystusa, choć w przypadku tego obrazu jej smutek ma znacznie ogólniejszy wymiar. Ubrana jest w w szatę niebiesko-czerwoną - w barwach znamionujących królewską purpurę, władzę ziemską i niebiańską. (Równie często przedstawiana jest w stroju z jednej strony błękitnym, z drugiej - zielonym - w kolorach symbolizujących niebo i nadzieję).
Z tyłu w perspektywie mamy pomrokę drzew - to ów las Dantego (Botticelli ilustrował Boską komedię) symbolizujący powikłane, niepewne, przemierzane po omacku drogi ludzkiego życia. Nadzieję na rozświetlenie ich i opromienienie zapowiadają narodziny Zbawiciela.
Z góry, z nieba gradacjami spływa na ziemię blask - od złotej chwały "niebieskiego dworu" po błękit nieba na ziemskim horyzoncie. Na tym tle tańczą aniołowie niebiescy, którzy wraz z nadejściem Zbawiciela i pognębieniem szatana zostali jakby uwolnieni. Dużo ich (dwanaście), wzbijają się w powietrze, w przedziwnej tanecznej konfiguracji obrazu stają się łącznikiem między niebem a ziemią; jedne wzbijają się jakby ku górze, inne spływają w dół. Ich skrzydła, podobnie jak powiewne szaty, są czerwone, zielone albo białe. W rękach trzymają gałęzie oliwne z szarfami z napisem Gloria in excelisis Deo. Z szarf zwisają złociste korony. W tym radosnym tańcu powietrznym jakby śpiewali do słów widzenia św. Jana:
"Rozpoczęło się już nad światem królowanie pana naszego i Jego Pomazańca i będzie królować na wieki wieków" (Apokalipsa, 11:15).
Aniołowie siedzą też na strzesze groty ubrani w szaty czerwone (miłość), białe (niewinność) i zielone (nadzieja). Tak lekkie, że słoma dachu nawet się nie ugina. Poniżej stajenki (obraz ma wyraźnie trójdzielną budowę) także aniołowie (z szarfami z napisem "Pokój ludziom") obejmują się z ludźmi w radosnym geście powitania Zbawiciela niosącego nadzieję na klęskę złych mocy, a także na pojednanie nieba i ziemi.
Obraz ten namalował Botticelli po koniec swej ziemskiej wędrówki. Żył jeszcze dziewięć ciężkich dlań lat. Schorowany, z trudem chodził, wspierając się na dwóch laskach. Lecz jeszcze większy ciężar nosił w duszy. Przygniatała go do ziemi melancholia, dogłębny smutek z powodu panowania zła na świecie, w królestwie siedmiu grzechów. Ów niegdyś piewca platońskiej idei piękna i miłości, coraz życzliwiej słuchał ponurego kaznodziei Savonaroli, który poruszał tłumy Rzymian, gromiąc występek i zapowiadając straszliwie męki piekielne dla całej ludzkości pogrążonej beznadziejnie w nieprawości. Skala łotrostwa, jakie artysta widział dookoła, przekonywała go, że nadeszły ostatnie lata panowania szatana, paroksyzmu zła, po których nastąpi ogień, koniec świata i ostateczne wyzwolenie człowieka.
To nie są radosne Narodziny. W kosmicznym wymiarze, jak przedstawione na obrazie - może tak, ale w ziemskich kategoriach patrząc poprzedzić je musi zagłada ludzkości, kres wszystkiego, a po nim dopiero zbawienie.
Botticelli nie malował zaledwie obrazu - to było jego ostatnie przesłanie dla ludzi, stąd ozdobił całą scenę licznymi napisami, jakby chcąc mieć pewność, że to, co zamierza przekazać, zostanie właściwie odebrane. Zarazem jednak nie miał to być komunikat dla wszystkich, dla występnego pospólstwa, toteż ukrył swą wiadomość komunikując ją po grecku, w języku znanym tylko wykształconym elitom.
Nim więc przyjdą te Narodziny, nim nastąpi ład i porządek na ziemi, zdaje się mówić Botticelli nam, współczesnym, czeka nas jeszcze wielki konflikt ze złem na świecie, spodziewać się możemy walki ciężkiej i dramatycznej. Nim zapanuje pokój powszechny, wpierw musi być wojna okrutna. Toczy się ona w planie ziemskim (między ludźmi) i w planie kosmicznym (boskich zastępów z siłami szatańskimi). Wynik naszego bojowania tu, na ziemi, jest zawsze niepewny. Musi nas jednak napawać otucha, że stoimy po właściwej stronie, stronie dobra; kierować nami musi nadzieja, że szale ostatecznego zwycięstwa przechyli na naszą stronę Zbawiciel, który właśnie się rodzi.
|