PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 17 grudnia 2004


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

"Granica" w rocznicę

Piszę w poniedziałek 13 grudnia w Warszawie i czuję, jak drży lekko podłoga, jak dudni ciężki sprzęt, niemal słyszę chrzęst gąsienic na świeżym śniegu pokrywającym stary i sterany bruk. No tak, to przejeżdża radosny warszawski tramwaj, a pod nim warszawskie metro. Ale ten żoliborski bruk nosi na sobie ślady gąsienic czołgów i niemieckich, i polskich, i rosyjskich. Tyle razy wysadzany w powietrze i wsadzany z powrotem w ulice, zalewany asfaltem i betonem, używany w potyczkach obronnych i chuligańskich atakach może opowiadać historię tego miasta równie dobrze jak najlepszy historyk oraz Zły Leopolda Tyrmanda. Warszawski bruk jednak milczy, a mówią warszawskie brukowce. Nie będę podawał szczegółów, zasygnalizuję jedynie, że brukowce brukują swoje strony brulionami - delikatnie mówiąc - za to literatura czeka na lepsze czasy.

Tymczasem Granica Zofii Nałkowskiej (dziś przypada 50. rocznica śmierci pisarki) aż się prosi o druk w rocznicę stanu wojennego z uwagi na podobieństwo losów i wyglądów głównych bohaterów. Bohater Nałkowskiej, Zenon Ziembiewicz, podobnie jak główny bohater stanu wojennego "swą wysoką pozycję - jak czytamy w powieści - osiągnął na drodze moralnych kompromisów, wyrzekając się własnych ideałów. Teraz nie potrafi się wywiązać z pewnych obietnic danych robotnikom, na dodatek zostaje oskarżony o to, że wydał rozkaz strzelania do manifestujących tłumów". Prawda, że wszystko się zgadza? Jest jednak ciekawy ciąg dalszy: "Tak więc klęska w życiu publicznym zbiega się z katastrofą w życiu osobistym. Justyna wtargnąwszy do gabinetu prezydenta oblewa jego twarz kwasem. Oślepiony Zenon popełnia samobójstwo".

Żadna Justyna, uchowaj Boże, nie wtargnęła ani do gabinetu, a tym bardziej do sypialni pierwszego prezydenta III RP i nie oblała go kwasem ani nawet winem. Niewinny jak dziecko, nie oślepiony "ślepoWRON" przeżył swój stan wojenny bez uszczerbku na zdrowiu i reputacji. Nie poszło tak łatwo wielu działaczom Solidarności. Tysiące przeżyło swoją "małą śmierć" - jak słusznie nazywają emigrację Francuzi, bo kto mądry emigruje z tak pięknego kraju - i nadal tkwi w świecie jak przysłowiowy kołek w płocie. Wielu zdecydowało się na powrót i próbuje po 20 latach powiązać dawno zerwane nici, spleść nowe sznurki przyjaźni. Inni wpadają do Polski na kontrakty, rozglądając się tęsknie po tym niezwykłym, choć czasami nieznośnym kraju.

W Polsce nam wypominają, że naraz przypomnieliśmy sobie o macierzy i wracamy na gotowe. Ładne mi "gotowe", już raczej rozgotowane. Ale nie narzekajmy, wypełniają ten kraj nadzieje, rosnące wraz z formą Adama Małysza, rosną też piękne domy i piękni ludzie, zwłaszcza dorodna, młoda generacja wyprana ze starych złudzeń, patrząca daleko w przyszłość. Czasami za daleko, gdyż poza granice. Granicy Nałkowskiej nie czytali, ale granice kraju już wielokrotnie przekraczali i szykują się w wielu przypadkach do "stałego pobytu czasowego" w zachodnich rubieżach Europy oraz w Ameryce.

Podczas omawianej przed tygodniem debaty o przyszłości demokracji zwróciłem uwagę, że najgorliwiej słuchali i notowali dyskusję, transmitowaną do - było nie było - Wyższej Szkoły Komunikowania i Mediów Społecznych im. Jerzego Giedroycia, ci z młodych ludzi, którzy później deklarowali mi na zajęciach chęć wyjazdu z kraju. Najbardziej ich rozczarował Samuel Huntington, amerykańska sława politologiczna, autor m.in. Trzeciej fali demokratyzacji i głośnego Zderzenia cywilizacji i nowego kształtu ładu światowego. Ale też i nie miał czasu dojść do sedna swoich wywodów, a więc konfliktu cywilizacji amerykańskiej - na przykład z brytyjską, podczas którego to zderzenia w roku 1812 Brytyjczycy spalili Amerykanom Biały Dom, co nie udało się nawet bin Ladenowi.

Powiedział też mało odkrywczo, że "utrzymanie demokracji na Ukrainie będzie trudne, jeśli Ukraina stanie się pionkiem w rozgrywkach między USA a Rosją". Nie wiem, czy miał na myśli skorumpowaną Polskę, bo na pewno nie Rosję, gdy stwierdził, że "demokracja liberalna wymaga rządów prawa" oraz że "największym wyzwaniem będzie zapobieżenie dalszemu obsuwaniu się nieliberalnych reżimów z powrotem w dyktatury".

Ciekawe tezy postawił socjolog Zygmunt Bauman, twierdząc, że "moc z polityką wzięły separację" (ciekawe, gdzie?), że z krajów ustabilizowanych dochodzą sygnały wypierania przez "syndrom konsumencki syndromu obywatela" (to okres przedświątecznych zakupów) oraz że "społeczeństwo przestało być ważne dla jednostki w zabiegach o lepszy byt". Kryzys demokracji sprowadził Bauman do wspólnego mianownika: jest to kryzys agory, czyli miejsca między sferą prywatną a publiczną. Zacytował też celne zdanie Ryszarda Kapuścińskiego: "Gdyby ludzie zachowywali się rozumnie, to by nie było historii".

Dariusz Rosati, deputowany do Parlamentu Europejskiego, stwierdził, że "stan świadomości społecznej nie nadąża za nową rzeczywistością", ale nie sprecyzował, kogo ma na myśli. Wskazał "klasę odrzuconych", która nie akceptuje zmian i w niej to odżywa pokusa planów populistycznych, nacjonalizmów i wszelkiej maści szowinizmów, by skuteczniej bronić się przed "inwazją inności". A przecież tak pięknie pisała kiedyś Zofia Nałkowska: "Wystarczy zwrócić uwagę na człowieka, aby stał się pociągający i na swój sposób piękny".

Sama była kobietą pociągającą i na swój sposób piękną, dlatego mężczyźni zwracali na nią uwagę. Nie stała się piękną i pociągającą w procesie zwracania na nią uwagi, lecz zwracano na nią uwagę, gdyż była kobietą piękną i pociągającą. Czy to oznacza wewnętrzną sprzeczność, niespójność logiki Nałkowskiej? Bynajmniej sobie nie przeczyła. Pisząc o człowieku miała na myśli myśliwego, czyli dwunoga polującego rodzaju męskiego. Kiedyś pojęcia "człowiek" i "kobieta" nie zawsze były równoznaczne. W literaturze kobieta bywała "najlepszym przyjacielem człowieka", "człowiekiem miłym w dotyku", bardzo rzadko jednak człowiekiem na miarę mężczyzny.

Sprawy uległy zasadniczej zmianie za sprawą Magdaleny Środy, której szarży na wiadome okopy nie będziemy komentować, bo i po co. Ciekawa jest za to zbiorowa histeria wokół jej pojedynczej wypowiedzi. Histerię rozpętali oczywiście mężczyźni, gdyż poczuli się zagrożeni. Ich hegemonia w dziedzinie przeskakiwania murów, zaludniania okopów, zdobywania kosmosu, zapładniania umysłów, zdobywania szczytów została już dawno złamana, dlatego tym bardziej zapamiętale atakują każdy przejaw samodzielności kobiety. Cokolwiek by bowiem powiedzieć o sensach czy bezsensach wypowiedzi pani Środy, publiczne sformułowanie tych kilku zdań wymagało od niej typowo męskiej odwagi.

Podobną odwagę wykazywała zawsze Zofia Nałkowska, co najlepiej widać w jej tekstach i - kapeluszach. Dla mnie najbardziej pociągająca była zawsze jej znakomita fraza; autorka Romansu Teresy Hennert styl miała jeden z najlepszych w całej historii literatury polskiej. Nawet Tyrmand wysiada.

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail