CZESŁAW KARKOWSKI
Nowojorska kronika
(sztuki plastyczne)
Mała to wystawa, bo prezentująca tylko jeden obraz. Ale jaki! Znany pod włoskim tytułem La Fornarina, wyszedł spod ręki jednego z najsłynniejszych malarzy, Rafaela. Choć każdy z obrazów tego mistrza renesansu jest niezwyczajny, to jednak La Fornarina zajmuje w jego twórczości wyjątkowe miejsce. I właśnie to niezwykłe dzieło możemy obejrzeć dzięki od paru lat stosowanej przez Kolekcję Fricka praktyce wypożyczania ze światowych muzeów jednego znanego obrazu i pokazywania go nowojorskiej publiczności.
Dzieło, które przez pięć wieków fascynowało artystów, znawców, historyków sztuki, pisarzy będzie wystawiane do 30 stycznia 2005 r.
La Fornarina (polski tytuł Piekareczka) został namalowany prawdopodobnie w 1520 r., roku śmierci Rafaela. Niektórzy uważają, iż jest ostatnim dziełem malarza. Przedstawia młodą półnagą kobietę z rękami w geście typowym dla sposobu portretowania Wenus - bogini miłości i piękna. Na głowie ma rodzaj turbanu z kosztownym klipsem z drogich kamieni, uwieńczony perłą. Na palcu lewej ręki widzimy pierścionek ("zaręczynowy" - twierdzą romantyczni mitotwórcy, którzy stworzyli wokół tego obrazu piękną legendę). Konserwatorzy odsłonili go dopiero niedawno. Na znanych, wiernych kopiach tego obrazu Piekareczka nie ma pierścionka. Został więc zamalowany bardzo dawno, być może przez samego artystę.
Na lewej ręce nosi opaskę z napisem "Rafael z Urbino", co ma służyć za swoisty podpis twórcy. Została sportretowana na tle drzew, których gałęzie i liście są dziś już ledwo widoczne. Półuśmiech La Fornariny dopełnia tajemniczości dzieła, przypomina natychmiast Monę Lizę i niedocieczony charakter jej uśmiechu. Ale w przeciwieństwie do dzieła Leonarda i w przeciwieństwie do wszystkich standardowych portretów kobiecych tamtych czasów, namalowanych przez wielkich mistrzów czy pomniejszych malarzy, Fornarina jest naga. Dlaczego Rafael postąpił wbrew mocno ugruntowanej tradycji? Na czyje zlecenie malował ów portret? A zwłaszcza - kogo przedstawia? Na te pytania nie ma odpowiedzi, a szereg niejasności w związku z biografią artysty i dziejami tego obrazu spowodowało, że począwszy od XIX wieku utrwaliła się romantyczna legenda o wielkiej miłości Rafaela do skromnej córki piekarza. Utrzymywał ten związek w tajemnicy, albowiem jego największy protektor, potężny i wpływowy kardynał Bibiena chciał go ożenić ze swoją kuzynką. Dla Rafaela byłby to olbrzymi finansowy i społeczny awans, a jednak kluczył, grał na zwłokę, udzielał swemu patronowi wymijających odpowiedzi.
Nie ożenił się nigdy. Umarł w wieku 37 lat. O tym portrecie Rafaela nie ma wzmianki w pismach jego współczesnych, toteż zaczęto później snuć domysły, iż artysta trzymał go wyłącznie dla siebie; dzieło nie było więc na publiczny pokaz. Skoro wykonał je na prywatny użytek, to mógł tak radykalnie odstąpić od ustalonej zasady portretu kobiecego. Osobisty charakter La Fornariny sugerować może i fakt, że obraz ten należy do nielicznych dzieł artysty wykonanych tylko jego ręką, bez pomocy rzeszy uczniów, którym zwykle zlecał wykonanie detali nawet do swych najbardziej cenionych dziś dzieł.
Istnieje inne, bardziej prozaiczne wyjaśnienie sekretu tego obrazu, ale pozostańmy przy XIX-wiecznej legendzie o miłości wielkiego malarza do skromnej córki piekarza, której urodę utrwalił na wieki, a tajemnicę związku kochankowie zabrali ze sobą do grobu.
*
Z wystawy "The Art and the Life of the Aztec" w Muzeum Guggenheima wyszedłem wstrząśnięty. Co za bezmiar okrucieństwa w groteskowych niemal wyłącznie przedstawieniach, jak gdyby w wyobrażeniu tego wymarłego narodu (ich potomkowie wprawdzie żyją jeszcze, ale to już zupełnie inni ludzie) sztuka tylko przez skrzywienie wizerunku i spotwornienie kształtu wyrazić mogła to, co jest istotą życia, sensem rzeczywistości: absurd i groza istnienia, żądza krwi i śmierć.
Wystawa została pięknie przygotowana bez specjalnego nacisku na kontekst historyczny, skutkiem czego sztuka ta (która dla jej twórców i w tamtym świecie naturalnie sztuką nie była) przemawia do nas bezpośrednio - bez kulturowego relatwizmu, bez folklorystyczno-akademickiej otoczki. Możemy więc pominąć niewielkie komentarze specjalistów odnośnie epoki, umieszczone przy eksponatach, i odbierać tę sztukę wprost jako dzieła współczesne, jak przystało na ekspozycję w muzeum sztuki nowoczesnej.
U podłoża świata Azteków tkwi przemoc i szaleństwo wyrażające się w deformacji fizycznych wyglądów rzeczy, duchowa drapieżność i zarazem jakaś niebywała skłonność do wystroju zewnętrznego, przepychu postaci władców, wojowników, kapłanów czy bogów. To zjawy zaziemskie, zakochane w sobie, żywiące absolutną pogardę dla otoczenia, które trzeba olśnić, oszołomić i strachem zmusić do uległości.
Dla tego potwornego, nieludzkiego świata trudno znaleźć zrozumienie, bo i dawni Aztekowie sami dla siebie nie mieli zrozumienia, nie mieli litości. Bogowie z nich szydzili, to i oni drwili z siebie: jak inaczej dzisiaj interpretować wielką głowę jednego z bogów, groteskową, z wystawionym językiem. Brali swe życie lekko, bowiem wierzyli, iż żarłoczni, drapieżni bogowie uważają ich za swą zdobycz - co komunikuje kamienna figura przykucniętego jak do skoku boga o potwornej twarzy z wielkimi wyciągniętymi łapami. Bogowie żądali od nich nieustannych ofiar i gotowości do złożenie swego życia im w daninie, do której nawołuje wielkimi otwartymi ustami upiorny leżący bóg Tolteków, niecierpliwie czekający na bijące jeszcze serce wyrwane żywcem z ludzkich piersi. Wszędzie bóstwa w grymasie uśmiechu szczerzą zęby, drapieżne, chciwe krwi, mordercze, straszne.
Wizerunki bogów azteckich odzwierciedlają ziemską rzeczywistość tego narodu - groteskową, fantastycznie zniekształconą, krwiożerczą.
Ekspozycję tę można (i należy) obejrzeć do 13 lutego 2005 r.
*
Rysunki i szkice Emocjonalistów zaprezentował w Galerii Kuriera Plus Janusz Skowron, także wieloletni przedstawiciel tej luźnej grupy artystów, jedynej tego rodzaju w polskim środowisku twórców w USA. Działa już ona dziesięć lat (w początkach br. obchodziliśmy - także w Kurierze Plus - okrągłą rocznicę) i choć jednoczy artystów nie tylko różnych rodzajów sztuki, ale i wypowiadających się w różnych mediach, to jednak wśród tej ogromnej rozbieżności można doszukać się elementów wspólnoty. Niewątpliwie twórców tak odmiennych łączy wiara w podstawowe zasady - po pierwsze, że istnieje element wspólny wszystkim gałęziom sztuki. Po drugie, że istnieje naturalna percepcja sztuki, czyli sposób oglądu (wrażliwości) właściwy wszystkim ludziom, niezależnie od wykształcenia i tzw. wyrobienia kulturalnego. Po trzecie, że sztukę należy oceniać podług rezonansu emocjonalnego, ale także intelektualnego, jaki budzi wśród odbiorców.
Janusz Skowron przygotował bardzo interesującą wystawę, może dlatego że względnie jednorodną. Duchowy przywódca grupy, Lubomir Tomaszewski, pokazał interesujące dzieła wykonane za pomocą... dymu i szablonów nakładanych na porowaty papier. Uzyskał dzięki temu efekty niemożliwe do osiągnięcia inną techniką - eteryczne, lekkie, jak dym właśnie, ulotne jak mgła sylwetki ludzi zajętych muzyką. Rzec można, jest to zwiewny wizerunek samej muzyki.
Równie piękne są zawieszone obok grafiki Krzysztofa Lachtara jak obrazki ze starych raptularzy, jak rysunki z dawnych podręczników naturalistów, dla których przyroda nie miała samoistnego znaczenia, ale służyła jako nośnik symbolicznych znaczeń.
Na ścianie po drugiej stronie galerii zawieszono trzy ciekawe grafiki Zbigniewa Nowosadzkiego, niezmiernie proste, za pomocą paru dosłownie pionowych kresek zarysowane sylwetki postaci - kobiety z parasolem, muzyka z fletem.
Obok - rodzina artystów - ojciec i syn, czyli Janusz i Artur Skowron. Dzieła Janusza, głównie czy nawet wyłącznie grafika, znamy z licznych wcześniejszych wystaw. Tworzy on mocno ekspresjonistyczne, raczej posępne wizerunki komunikujące bliżej niesprecyzowane, ale jednak wyczuwalne zagrożenie technologią, swoistą dehumanizacją człowieka w świecie przyszłych możliwości. Natomiast dużą i przyjemną niespodziankę sprawił Artur, znany dotychczas głównie jako malarz. Chyba jednak w tej formie nie czuł się zbyt swobodnie. Na wystawie zaprezentował kilka rysunków wykonanych igłą - pejzaży stylistycznie nawiązujących do XVII-XVIII-wiecznych rycin. Dzięki zastosowanej technice udało mu się zachować wrażenie lekkości, delikatności przedstawianej przyrody.
Bardzo dużo było pierwszorzędnych prac. Dwie interesujące, kolorowe (rzadkość) abstrakcje Mieczysława Rudka; małżeństwo Agnieszka i Dariusz Goleniowie pokazali pomysłowe i plastycznie oryginalne prace; Beata Koniecka zaprezentowała sugestywne (już kilkakrotnie wystawiane) Maski III.
Pominąłem wielu innych autorów nie dlatego, abym uważał ich prace za mniej warte. Wszystkie były świetne. Wystawa ta uświadomiła nam, że Emocjonaliści są nie tylko prężną grupą artystyczną, ale nawet w wąskich specjalnościach mają do zaprezentowania tak wiele różnorodnych dzieł, że zebrać wszystkie na jednej wystawie nie sposób.
|