PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 17 grudnia 2004


JERZY GIZELLA

Remix albo wojna
polsko-niemiecka
pod flagą unijną


Jerzy Pilch wyznał kiedyś, że jeśli w jakiejś powieści zaintryguje go pierwszy akapit, z góry akceptuje dalszy ciąg i zabiera się do lektury. Na podobnej zasadzie od momentu debiutu intrygował pierwszymi akapitami i tytułami kolejnych tomów prozy Janusz Rudnicki. Pisarz dzisiaj niemal "kultowy" - emigrant solidarnościowy opuścił kraj w 1983 roku, do dziś mieszka i pracuje w Hamburgu, skąd nadsyła "Listy z Hamburga" do miesięcznika Twórczość. Jego proza, "prowokacyjna, bezwstydna i groteskowa", jak to ujął krótko jeden z komentatorów jego twórczości, ma w Polsce (i nie tylko) licznych zwolenników. Tych oczywiście, którym nie przeszkadza dość brutalny opis świata i język nie tylko dosadny i kolokwialny, ale i mocno miejscami obsceniczny. Dla kontrastu - na wschodnich rubieżach europejskich żyje inny emigrant, Mariusz Wilk, który też czerpie z zasobów miejscowego języka (Wilczy notes), lubi sypnąć spolszczoną "matierią", a jednak między nimi istnieje pewna zasadnicza różnica. U Rudnickiego germanizmy i anglicyzmy służą podkreśleniu degradacji bohatera, wrogości i obcości świata, w którym zanurzył się Słowianin; u Wilka rusycyzmy nobilitują i podnoszą wartość dobrowolnej "zsyłki" narratora, pomniejszają dystans i gromadzą argumenty za podejmowaniem trudu życia w sercu "zimnych krajów", ostatnio na pograniczu karelsko-rosyjskim. Rudnicki jakby zimny, a Wilk ciepły - dla ludzi. Rudnicki walczy z innymi o skrawek nieba i trawy pod nim dla siebie. Wilk próbuje zaludnić nieobjętą przestrzeń i nieograniczony horyzont, bezdroża i pustkę. Czy na pewno?

O czym pisze Rudnicki? O emigrantach? Też, zawsze pojawia się jakieś memento mori exuli, np. w postaci (dość widmowej) Polaka, który przeważnie nie zna nawet kilku słów po niemiecku, nie mówiąc o zamroczonej alkoholem i przerażonej duszy. To przeważnie człowiek sponiewierany, zagubiony, bezradny i samotny. Jeden z takich, co rzucili się od razu na głęboką wodę. Inteligent - ten nawet lepszego gatunku, posolidarnościowego, jeśli pojawia się, to tylko incydentalnie. Takich ludzi trzeba raczej szukać w prozie Wildsteina, Horubały, Michalskiego czy Holewińskiego. Bohaterem Rudnickiego jest sam narrator - nieokreślony profesjonalnie i społecznie osobnik, zarazem postmodernista, znawca kostiumów literackich i koneser gatunków. Pisze prozą, ale język ma całkowicie poetycki, pełen typowych dla liryki środków stylistycznych i metafor. Jego bohater posługuje się własnym, specyficznym językiem, czasem jakby z epoki Paska lub Potockiego, innym razem nie stroni od slangu z wielkomiejskich blokowisk. Nie tu upatrywałbym największej oryginalności, raczej w przewrotnym stylu autokreacji i stosunku do innych ludzi. W prozie Rudnickiego ironia i autoironia, samodestrukcja, samoponiżenie, absurd i groteska egzystencji odgrywają zasadniczą rolę. Te podróże z omyłkowymi przesiadkami, autobusy, utykanie w korkach, naciskanie niewłaściwych guzików w windzie biurowca, wszystko to sprawia wrażenie, że podstawowym celem bytu człowieka jest walka ze złośliwością rzeczy martwych, próba przeżycia wśród sprzecznych intencji i dążeń setek, tysięcy podobnych indywiduów. Zwykłe, codzienne czynności, nawyki, które czynią z człowieka igraszkę zmechanizowanej materii, marionetkę miotaną komunikacyjnymi koniecznościami i paradoksami. To bardzo przekonujące, kiedy w jednym z miniopowiadań czy anegdot bohater, wstający zawsze za późno, orientuje się, że jest niedziela, bo bankowa dmuchawa z ciepłym powietrzem, pod którą czekając na przystanku autobusowym suszy sobie codziennie po umyciu włosy - nie działa. Opis brutalnego spychania na bok nieświadomych prawdziwego celu i wagi "swojego miejsca" współpasażerów to scena niemal jak z Białoszewskiego. To chyba jedno z pierwszych i niemal automatycznych skojarzeń, jakie nasuwa się czytelnikowi. Miron Białoszewski, zwłaszcza w AAAmeryce i Obmapywaniu Europy to fabularny protoplasta Rudnickiego. Przygody autora Szumów, ciągów, zlepów i Donosów rzeczywistości to cały polifoniczny kosmos człowieka wrzuconego w nową całkowicie sytuację i zafascynowanego odmiennością. U Rudnickiego nie ma zupełnie entuzjazmu - to raczej piekło monotonii i powtarzalności, a zarazem piętno obcości, która dzień w dzień zabija ostatnie ludzkie, pozbawione rutyny reakcje. Białoszewski jest spontaniczny, radosny, ciekawość pozbawia go strachu przed eksploracją nawet tak niebezpieczną, jak nocne przechadzki po Nowym Jorku ("przelatywania"). Bohater Rudnickiego to człowiek porwany przez gwałtowny strumień czasu i bytu wbrew własnej woli (zabawne porównanie z foką, uniesioną falą w czasie niedawnej wielkiej powodzi z praskiego Zoo i wyłowioną gdzieś w okolicach Drezna). Agresywna muzyka jakiejś egzotycznej kapeli z Afryki czy Azji (bębny), absurdalne rozmowy przez telefon komórkowy, świat dzieci, które z definicji nie wiedzą, co je czeka, w zderzeniu z wiedzą narratora, gorzkiego i pozbawionego złudzeń cynika. Co można w wielu narzuconych i niemal automatycznie uregulowanych sytuacjach zrobić? Można jednej nachalnej żebraczce ukraść pięćdziesiąt eurocentów, uciec, umknąć pogoni i wrzucić je do kapelusza innego zarabiającego w ten sposób. A potem patrzeć, jak się biorą oboje za łby. Powiększyć absurd do potęgi, uczynić z ulicznej awantury niemal antyczny dramat, który błyskawicznie staje się farsą jakby żywcem wziętą z Gombrowicza lub Mrożka.

Bohater prozy (czasem bardzo "małej" prozy) to mieszkaniec wielkomiejskiej dżungli, opisanej detalicznie - bezdusznej i wrogiej. Redukcja człowieczeństwa to jakby ograniczenie obserwacji do dwóch podstawowych kategorii pojęciowych: pionu i poziomu. Pion to drzewa, poziom - trawa. Wszystko dzieje się pomiędzy, na tej małej, ściśle określonej przestrzeni, zamiast nieba i piekła. Ależ to właśnie sfera pośrednia, ekologiczna triada, zamknięty cykl biologiczny i system korzeniowy na miarę pojedynczego, próbującego tylko na chwilę złapać oddech człowieka (dosłownie - np. śpiewaczka funeralna, Polka biegająca z pogrzebu na pogrzeb). Złapać oddech, zapisać coś w zeszycie, byle tylko coś nie przeszkodziło, bębny, agresja "nietykalności" i autonomii innych. Idzie się, siedzi się lub leży - i to, co się widzi, co się czuje w tej pozycji - to kosmogonia Rudnickiego. Trzy różne światy, trzy rodzaje egzystencji i trzy sytuacje człowieka, które trzeba wyrywać nicości w bardzo krótkiej pauzie między narodzinami a śmiercią.

Niewiele poza tym można zrobić dobrze - podpowiada narrator. A że czyni to ciągle z humorem, nawet miejscami niezwykle subtelnym, miejscami bezwzględnym i brutalnym - czytelnik ma okazję do dialogu, czyli śmiechu, zdziwienia, niezgody, oburzenia. Do postawienia pytania: a co z wartościami? U Rudnickiego wyparowały zupełnie. I jego proza usiłuje to uzasadnić. Nie ma co szukać tu martyrologii emigranckiej, tonu sentymentalnej skargi, zawodu, nostalgii, rozdarcia. W końcu zawsze można wpaść do kraju, blisko, a tu: pielgrzymka zatrzyma samochód na pasach, jak dawniej pochód pierwszomajowy, pies ugryzie przed sklepem złaknionego i spragnionego antypielgrzyma, a na końcu policja zagrozi mandatem za zakłócanie porządku publicznego. W ten sposób - bez najmniejszej aluzji do aktualiów politycznych i ekonomicznych - można opisać swojskość i obcość, w której czyhają niemal takie same pułapki i nieporozumienia, zawsze zaskakujące i robiące z agresora ofiarę, a z ofiary - przestępcę. "Piekło to inni", nawet jako monady.

Rudnicki - może to pomysł wydawcy? - dołączył do najnowszego tomu coś w rodzaju "eksperymentu". Pisarz nie tylko pisze, także czyta. A po lekturze (w języku niemieckim) - streszcza i remiksuje, czyli opowiada cudze pisanie po swojemu. Ani temat, ani sposób nie są nowe. "No co, jeśli opowiada się filmy, to dlaczego nie książki?" - niepewnie kokietuje nas autor. Kobiety Brechta i kobiety hitlerowskich dygnitarzy. Gdzie tu sens i wyższy cel? Dlaczego harem Brechta - układy trójkowe, a nawet czwórkowe - jest zdaniem pisarza zdrowszy niż pojedyncze oddanie i wierność temu jednemu, bożyszczu tłumów? Bo w przypadku nazistek wszystkie były wierne, niezależnie od wierności idei, tylko jednemu mężczyźnie, Adolfowi. Kobiety zwykłe, tuzinkowe i te z najlepszych sfer. Ryzykowne te porównania, niewiele z nich wynika poza tym, że jedni kobiety na zimno wykorzystują, a inni robią dokładnie to samo, prawiąc im identyczne komplementy i zapewniając o dozgonnej wierności. Jedni czynią to w słusznej sprawie, np. światowej rewolucji proletariackiej, a inni niesłusznej, a nawet bardzo przyziemnej i politycznie odrażającej, np. żeby pomnażać dzieła nie tyle nieśmiertelne, ale wręcz całkowicie śmiertelne - zastępy przyszłych fanatyków: faszystów i faszystek.

Czy takie porównania wnoszą coś nowego do naszej wiedzy o świecie, nawet tylko o światku damsko-męskim? Można wątpić. Dlatego zdecydowanie mniej interesujące wydaje się Czytanie niż Pisanie. Z dwojga złego (jeśli nie jest się zwolennikiem dekonstrukcji) lepsza kreacja niż re-kreacja. Można nawet podejrzewać, że Rudnicki pod pozorem krytyki nazizmu sprytnie wpisał się w modne ostatnio "hitleriana". Niby to się aksjologicznie potępia, ale po co o tym pisać, nawet prześmiewczo? Czy polski czytelnik musi mieć takie same gusty i preferencje jak niemiecki? Takie i podobne do niego wrażenie może powstać, kiedy ogląda się np. amerykański kanał telewizyjny "History". Hitler i jego epoka goszczą tam bardzo często (Stalin - znacznie rzadziej). Każdy wyraźny bohater negatywny działa przy tej częstotliwości jak wzór osobowy, zwłaszcza na tle dzielnych i karnych sołdatów. Trudno przypuszczać, żeby tak inteligentny pisarz jak Rudnicki o tym zapomniał i wziął w nawias całą dwuznaczność takiej prezentacji. Więc jeszcze raz - po co to? Dał się ponieść obowiązkowej politycznej poprawności? Żeby dokuczyć polskim konserwatystkom, konserwatystom i obrońcom życia poczętego? Wygląda to na arbitralne i mało gustowne połączenie. Data ostatniego tekstu napisanego przez autora - sierpień 2004. Czytam jego tom w październiku. Wygląda na to, że komuś (autorowi?) bardzo śpieszyło się do księgarskiej witryny z nowościami.

----------------------------

Janusz Rudnicki, Mój Wehrmacht, Seria "Archipelagi", WAB, Warszawa 2004, s. 163, cena 17 dol. plus 6,50 dol. porto w przypadku zamówienia z wysyłką (do nabycia w Księgarni Nowego Dziennika).

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail