PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 17 grudnia 2004


JADWIGA MAURER

W 50. rocznicę śmierci Zofii Nałkowskiej (1884-1954)

Portrecistka Dwudziestolecia


Wybitna pisarka polska, Zofia Nałkowska, opisuje w swojej twórczości międzywojenne dwudziestolecie. Prawda, że pisała i "przedtem" i "potem", ale "przedtem" jest niejako wstępem do niepodległości, a "potem" jest reakcją na drugą wojnę światową, klęskę, zagładę, katastrofę... A dwudziestolecie międzywojenne z jego atmosferą, kulturą, literaturą i publicystyką gwałtownie się od nas oddala. Niemal wszystkie jego sprawy i konflikty, działania i skutki, aby je dobrze zrozumieć, wymagają szczegółowej interpretacji. Są dla nas bardziej zawiłe niż, powiedzmy, sprawy pozytywizmu. Czytając niezwykle szczegółowe przypisy Hanny Kirchner do Dzienników Nałkowskiej uświadomiłam sobie, że odeszli już prawie wszyscy świadkowie międzywojennej Rzeczpospolitej. Nie ma tych przyjaciół czy znajomych, których mogłabym o to i owo zapytać. Historia pędzi przed siebie jak szalona. Naród polski, a może w ogóle narody europejskie zachorowały na zbiorową amnezję. O cokolwiek zapytasz na temat niezbyt nawet odległych dziejów ojczystych, każdy wzrusza ramionami. Może spowodowało ten stan radykalne przewarstwienie społeczeństwa. I może właśnie dlatego proza międzywojenna nabiera tyle nowych wartości. Jest niby daleka, a jednak bardzo bliska.

Zofia Nałkowska całe życie szamotała się między sprzecznościami, których nie potrafiła pogodzić. Z jednej strony nakazy moralne, jak je nazywa, ojca Wacława Nałkowskiego zbliżyły ją do socjalizmu - pamiętajmy zresztą, że Piłsudski i piłsudczycy byli za młodu socjalistami - z drugiej zaś strony był podziw dla munduru i chęć błyszczenia na salonach. A te salony przesuwają się coraz bardziej na prawo już w pierwszym dziesięcioleciu niepodległej ojczyzny. Skłonność do romansów i surowa praca społeczna zachodzą sobie nawzajem drogę. Podziwiana i elegancka Nałkowska chodzi na rauty do Belwederu, podpisując równocześnie protesty przeciw objawom antysemityzmu, akcjom policyjnym, procesom politycznym, Berezie, dyktaturze... Jest jedyną kobietą należącą do Akademii Literatury. Często czuje się poniżona przez mężczyzn. Ale cóż, taki jest świat. Martwi się, czy jest dość elegancka i czy ładnie wygląda na przyjęciach. Bo raz, jak się zwierza w Dzienniku, wyglądała okropnie w czarnej sukni na różowej podszewce, a drugi raz, ubrana w złotą toaletę, miała wielkie powodzenie u generałów i ministrów. Ona sama też urządza przyjęcia. Widzi je jako wspaniałe sukcesy, goście to dygnitarze rządowi, wojskowi i elita intelektualna. Koledzy pisarze widzą te przyjęcia w całkiem innym niż gospodyni świetle. Opisują je w swoich pamiętnikach jako sztywne, pretensjonalne, nudne. Nałkowska domyśla się takich opinii, zna przecież swoich gości nie od dzisiaj. Rząd i duża część społeczeństwa przesuwa się wciąż na prawo. Duża część inteligencji polskiej pozostaje w centrum albo przesuwa się na lewo. Niektórzy koledzy intelektualiści usuwają się z życia publicznego. Wreszcie nadchodzi chwila przełomowa. W roku 1935 umiera marszałek Piłsudski. Wieść o jego zgonie nadchodzi do domu Nałkowskiej podczas tłumnego przyjęcia w dniu jej imienin. Pisarka notuje w Dzienniku: "Przedwczoraj umarł marszałek Piłsudski. Wiadomość o tym przyszła tutaj w chwili, gdy dom pełen był obcych ludzi... Było cicho, niektórzy odchodzili od razu, inni jeszcze stali trochę, zatrzymywali się, rozmawiali, żegnali. Maria Dąbrowska, Wierzyński, Słonimski, Parandowski, Kuszelewska, ministrowa Zawadzka, ministrowa Korsakowa... Boy, Piasecki... Braniccy z Wilanowa, Gombrowicz, Rudnicki, Łaszowski".

Nałkowską nurtują dwie sprawy, dwa pytania, na które stara się odpowiedzieć w swoich międzywojennych powieściach i nowelach. W jaki sposób zmieniły się tak radykalnie poglądy polityczne i odbiegły tak szybko od tych poglądów, z którymi wyrosła. I gdzie jest granica, której właściwie nie wolno człowiekowi przekroczyć. Granica między tym, jak człowiek widzi samego siebie, a jak go widzą inni.

Trwanie i przemijanie, zbiorowość i indywidualność, te odwieczne tematy towarzyszące zawsze literaturze nie odstępują Nałkowskiej na krok. Bardzo wcześnie, bo już w 25. roku życia, czuje dotkliwie nadchodzącą starość. Uroda, którą się szczyci, przeminie wraz z młodością. Autokreacja, "estetyczny stosunek do siebie", o którym mówi sama w Dzienniku, do którego się przyznaje, z biegiem lat stanie się "bankructwem". W międzyczasie rozpadają się dwa małżeństwa. Drugi mąż, "żandarm Piłsudskiego", szef żandarmerii na Grodzieńszczyźnie, żołnierz-bohater nie może już dłużej być partnerem Nałkowskiej. Pisarka wraca z Grodna do Warszawy. Wraca do "środowiska". Poznała jednak w latach "wygnania" życie na kresowej prowincji. I tego tła użyje w swojej twórczości.

Trzy powieści Zofii Nałkowskiej Niedobra miłość (ten tytuł jest niemiły), Romans Teresy Hennert i Granica mają za tło międzywojenną Rzeczpospolitą i akcję odziedziczoną głównie z naturalizmu. Pisarka nie waha się opisać zbrodni. Romans Teresy Hennert kończy się zabójstwem. Kończy się tak chyba jedynie dlatego, że pisarka tak postanowiła. Ten romans, sam w sobie jakby marginalny, stojący poza nawiasem wielu spraw, jest właściwie głównie obsesją kochanka, pułkownika Omskiego, nie ma właściwie także żadnego motywu, poza ogólną ponurą atmosferą całej powieści. Ożywia treść i akcję w powieści, w której początki niepodległej Polski opisane są w niepokojąco beznadziejnym świetle. Skończył się jeden świat, trochę jak w Lalce Bolesława Prusa rodzi się jakiś nowy, inny świat, którego jeszcze nikt nie zna i nie rozumie. I podobnie jak u Prusa nie wydaje się, żeby ten nowy, wymarzony świat był lepszy. A to, że nie będzie lepszy, jedynie inny, przypisuje Nałkowska "zdradzie ideałów". Owa "zdrada ideałów", którą widzi wszędzie i która - jak się jej wydaje - niszczy jej życie.

Nieszczęśliwe małżeństwo z Janem "Jurem" Gorzechowskim natchnęło pisarkę do pisania dramatów. Oszałamia ją wprost ogromny sukces Domu kobiet. "To, co się stało, jest jakby czytane w życiorysach wielkich ludzi po zagranicznych gazetach" - notuje pod datą 23 marca 1930. Prasa jest rzeczywiście fenomenalna. Sztuka grana jest w miastach polskich i w miastach Europy.

Nałkowską zajmują teraz głównie problemy kobiet. Uważana jest za feministkę. Dużo by o tym mówić. Zdrada małżeńska, zdrada męża czy kochanka jest teraz na pierwszym planie. Ale w tle uparcie pojawia się stale zdrada ideałów. W Polskiej Akademii Literatury prezes Wacław Sieroszewski nawołuje, żeby Akademia nie przyznała Julianowi Tuwimowi żadnej nagrody, bo to jest przecież "nie polska, a żydowska literatura". Nałkowska uważa za swój święty obowiązek przemówić i protestować. Nikt inny nie przyłącza się do jej protestu. Pisarka odchorowuje to posiedzenie Akademii. Leży w łóżku i po raz tysięczny zastanawia się nad zdradą ideałów. Zbliża się wojna, która uśmierci resztki iluzji. Na razie jednak Nałkowska święci jeszcze różne triumfy. Sfilmowano jej powieść Granica. Film ma ogromne powodzenie, a ona skarży się, że film jest zły, ale "walą na niego tłumy".

Notatki z dwóch lub trzech ostatnich przedwojennych lat przynoszą różne niemiłe wiadomości. Nałkowska czyta prasę i komentuje: "Prasa pełna jest napaści na tych, co wzięli udział w składce na uchodźców żydowskich z Niemiec (prócz mnie także Kuncewiczowa i Irzykowski)".

Wcześniej, w połowie lat trzydziestych, zaszła w życiu Nałkowskiej wielka zmiana. Pisarka wiąże się z młodszym od niej o lat 22 Bogusławem Kuczyńskim, początkującym literatem. Jest to jakby związek małżeński. Wobec tak wielkiej różnicy wieku i życiowych doświadczeń jest pełna skrupułów i wahań. Decyduje się jednak na ten romans, usprawiedliwiając się, że to chyba już romans ostatni. Myśli dużo o śmierci, a przynajmniej tłumaczy przyszłemu czytelnikowi Dzienników, że zdaje sobie sprawę z niecodzienności związku z Kuczyńskim, broniąc się jakby przed jakąś przyszłą niepochlebną opinią. Przytacza przykłady takich związków w literaturze i życiu, związków, gdzie kobieta była już stara, nawet starsza od niej, pięćdziesięcioletniej wówczas, a krótkie pożycie takiej pary było szczęśliwe. Najtrudniej jest jednak przekonać samego siebie. Nałkowska wyczuwa, że ta miłość jest raczej przedłużeniem schyłku, skarży się na swój "spóźniony erotyzm". Przewiduje cierpienia i udręki. Ale czy nie doznała ich w swoich poprzednich związkach, flirtach i romansach? Przecież tematem jej twórczości jest "dobre i złe szczęście". A tym razem, całkiem inaczej niż z Gorzechowskim, partnerem jest nie żołnierz, a literat. I czy nie wypróbowała podobnego, choć nie tak stałego (jak to sobie wyobraża na przyszłość z Kuczyńskim) związku z Michałem Choromańskim, który był od niej młodszy o dwadzieścia lat? A kiedy zaczyna mieć do Kuczyńskiego pretensje, zapisuje w Dzienniku: "Po prostu nie myśleć o tym przez chwilę, myśleć o czymś innym, o czymś, co wobec tej klęski nie uległo zmianie". Podobnie jak bohaterki jej powieści zapewnia się, że "między człowiekiem i człowiekiem już nie mogło być więcej".

Po wojnie, ku zdumieniu krytyków, okazuje się, że Nałkowska potrafi inaczej i być może nawet potrafi więcej. Włącza się pełnym głosem do powojennej literatury martyrologicznej. Medaliony to klasyczna pozycja nie tylko w literaturze polskiej, ale i światowej. Opowiada o latach wojny, okupacji, holocaustu z zadziwiającą u tej pisarki prostotą. Już nie wolno niczego upiększać, ubierać w szaty właściwego do sytuacji stylu. Znamy sytuację, wiemy, do czego są zdolni ludzie, więc po co? I nadal pozostaje działaczką społeczną i ociera się o politykę.

Powróćmy do pierwszego okresu, do wczesnych lat pisarstwa Zofii Nałkowskiej. Powróćmy do Domu nad łąkami. Tam właśnie zbiegają się wszystkie zdolności i talenty pisarskie Zofii Nałkowskiej. Epickość, zrozumienie, jak żyją inni ludzie, niepodobni do autorki, narratorki. Wszystko zaczyna się w Górkach, tej mazowszańskiej wsi, gdzie Nałkowscy wybudowali skromny letni domek. "Był dom, był las, trochę zwierząt, a poza tym już tylko psychologia. Zupełnie jak w skandynawskiej powieści". Wokół mieszkają żyjący blisko z przyrodą wieśniacy. Ich czas zakreśla koło: jest wiosna, lato, jesień, zima. Natura i instynkty dyktują zachowanie i postępowanie od urodzenia do śmierci. Cokolwiek się zmienia, nic się nie zmienia. Autorka obserwuje i opowiada. Nie wysnuwa żadnych wniosków. Mówi jak jest, a nie dlaczego tak jest. Najczęściej przywoływana przez komentatorów jest historia państwa Dziobaków. Chyba dlatego, że ten epizod oddaje w skrócie całe jakby zamierzenie Nałkowskiej opisania trwania i przemijania. Dziobakowie mają gospodarstwo wiejskie i powodzi im się jako tako. Pan Dziobak pracuje w mieście i dojeżdża do żony na wieś. Po jakimś czasie umiera. Pani Dziobakowa została, jak nam mówi narratorka, w swoim domku zupełnie sama. Bo ich dzieci dawno poumierały. Pani Dziobakowa wychodzi ponownie za mąż. Okolica nazywa nowego męża Dziobakiem. Potem po śmierci pani Dziobakowej nowy pan Dziobak żeni się z młodą kobietą. Wszystko umiera, ale nic nie umiera. Na koniec następuje upadek całego gospodarstwa.

Rzeczywiście są tu wpływy powieści skandynawskiej. Nałkowska sama uczciwie to sygnalizuje. Zjawia się na tym miejscu pokusa, aby zapytać, jaka byłaby twórczość Nałkowskiej, gdyby poszła dalej tą drogą? Dokąd byłby ją zaprowadził skandynawski szlak? Ale wiemy, że nim nie poszła i chyba wiemy też, dlaczego. Zbyt ją pociągały problemy państwa, społeczeństwa, zbiorowości. Nie potrafiła poprzestać na opisywaniu losu jednostek i piękna przyrody. Stała się portrecistką dwudziestolecia. Kronikarką nowego państwa.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail