PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 10 grudnia 2004


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Stacja Demokracja

W dzień Świętego Mikołaja, w poniedziałek 6 grudnia zasiadłem przed wielkim telebimem, by wysłuchać "najważniejszej dyskusji tego roku" - jak zapowiadały plakaty na korytarzach mojej warszawskiej uczelni. Zowie się ona Wyższą Szkołą Komunikowania i Mediów Społecznych, nosi dumne imię Jerzego Giedroycia, a jest "moją" uczelnią od miesiąca. Siedzę w niej dla kilkorga ludzi, którzy ujęli mnie rozumnym podejściem do idei wolnej Polski, budowanej na fundamentach położonych przez myśl i praktykę bastionu wolności o nazwie Maisons Laffitte. To podejście uczy młodzież tolerancji dla odmiennych podglądów i światopoglądów, czego najbardziej brakuje współczesnej Polsce. Jest to zarazem podejście trudne, bo w Polsce - jak i na emigracji - nie zawsze lubimy otwartość, choć gęby mamy obowiązkowo wypełnione najsłodszymi dla wolnych uszu sloganami. Doświadczał tego i na własnych murach podparyski przyczółek wolnej Polski, którego zacne ściany część Polonii obrzucała błotem za grzech śmiertelny posiadania własnego zdania, zwłaszcza w sprawie polskiej polityki wschodniej.

Jestem jednak w tej Szkole przede wszystkim dla wspaniałej młodzieży, której od pierwszych zajęć pozazdrościłem śmiałości otwartego wypowiadania najbardziej kontrowersyjnych poglądów. Ta młodzież mówi odważnie to, co myśli, czym naprawdę może zaimponować najbardziej "wolnej" młodzieży świata, czyli amerykańskiej. Młodzi Polacy wynieśli bezkompromisowość chyba z domu, może wyssali z mlekiem solidarnościowej matki, nie wiem. Czytają, co prawda obowiązkowo, ale jednak czytają paryską Kulturę, muszą dyskutować zawartość starych numerów na zajęciach u rektora Wojciecha Giełżyńskiego (tak, tak, znany reporter został rektorem), omawiają często zapomniane już dawno artykuły - i to jest wartość godna pozazdroszczenia. Spadający z firmamentu jak gwiazdka z nieba prezydent Kwaśniewski nie mógłby powiedzieć tym studentom swego starego kłamstewka, że wychował się na Kulturze, boby go zgasili kilkoma szybkimi pytankami o trudne dzieciństwo. A najbardziej w mojej nowej sytuacji cieszy mnie fakt, że pamięć o Jerzym Giedroyciu i Kulturze jest nie tylko akademijno-fasadowa, z czym mamy jakże często do czynienia na emigracji, ale twórcza, przekuwana na co dzień w praktyczne działania. Jako emigrant - wrócony chwilowo na ojczyzny łono, ale jednak emigrant - ze skruchą wspominam nieodległe w końcu lata 90., gdy bezskutecznie pytałem o Kulturę w torontońskich księgarniach. W jednej usłyszałem nawet i pytanko o to, gdzie to wychodzi...

Przy drzwiach do mojego pokoju stoi piękny portret patrona Szkoły, a mądre spojrzenie Redaktora każdego ranka rozwiewa moje wątpliwości co do sensu pracy u podstaw, czyli z młodzieżą. Od niej zależeć będzie sloganowa, ale jednak przyszłość Polski i świata. Uświadomiła mi tę prostą prawdę także dzisiejsza "gadanina" - by użyć określenia moderatora debaty Jacka Żakowskiego - na temat przyszłości demokracji. Odbyła się ona na Zamku Królewskim, a wzięły w niej udział same profesorskie sławy: Benjamin Barber, Samuel Huntington, Zygmunt Bauman i Dariusz Rosati. Debatę transmitowano do 12 uczelni wyższych w Polsce, od Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i Uniwersytetu Jagiellońskiego począwszy, a na Szkole Głównej Handlowej w Warszawie skończywszy. Kilka tysięcy polskich studentów mogło usłyszeć prawdy bynajmniej nie objawione, a to takie, że nadszedł już czas najwyższy, by oczyścić społeczne aorty z osadów i mętów prowadzących demokrację do zawału. Okazało się po raz kolejny, że panowie pogadali sobie jak pan z wójtem i plebanem, a studenci nie wyszli z debaty ani mądrzejsi, ani głupsi, a po prostu - lekko znudzeni.

Tym niemniej dawało się z tej "gadaniny" wyławiać poszczególne zdania warte rozpowszechniania, bo dotyczą one nas wszystkich, nie tylko demokracji w Polsce, o której mówiono mimochodem i nie wprost. To moda lat ostatnich, gdy pewniki na temat powszechnego triumfu demokracji nie runęły bynajmniej z murem berlińskim, a prędzej już - z wieżami WTC w Nowym Jorku. Od tego czasu pisze i mówi się raczej o demokracji jako sytuacji w ciągłym rozwoju, niedanej raz na zawsze i niekoniecznie zwycięskiej. Profesor Barber powiedział, że demokracja to proces, to pewna droga, a nie punkty docelowe, a naród, który sądzi, że dotarł już szczęśliwie do stacji Demokracja, zazwyczaj traci demokrację. Poza tym proces o nazwie demokracja wymaga czasu, cierpliwości, nie może nastąpić od razu. Demokracja jest raczej stałą podróżą, stałą pracą, codziennym wysiłkiem, ciągłym pięciem się w górę, a nie dobiciem do brzegu czy osiągnięciem szczytu.

Benjamin Barber powiedział o Stanach Zjednoczonych, że odkąd stały się jedynym imperium, niektóre wartości demokratyczne stanęły tam pod znakiem zapytania. Ameryka musi uważać, by nie zniszczyć z takim trudem wywalczonych zdobyczy demokratycznych poprzez prowadzoną od kilku lat politykę strachu. "Nie można stworzyć demokracji z bronią w ręku, przez najeżdżanie innego kraju, nie można narzucić żadnemu krajowi demokracji" - powiedział. Tworzy się ona od wewnątrz, a nie od zewnątrz, wędruje od dołu ku górze, a nie z góry na dół. Prof. Barber stwierdził także, że Polska i Czechy wyszły z cienia, bo miały demokratyczne fundamenty, czego nie było i nie ma w Rosji, gdzie nie istnieje "infrastruktura obywatelska". Prezydent Jefferson radził kiedyś: "Najpierw znajdźcie obywateli". Bo bez świadomych siebie i swoich praw obywateli ani demokracja, ani prawa człowieka nie istnieją. Dopiero odpowiedzialne działania obywateli mogą w praktyce zrealizować prawa. Każda demokratyczna konstytucja czy konwencja będzie tylko kawałkiem papieru, jeśli nie będzie w kraju uświadomionych obywateli.

Służy temu szkoła. Nie może być demokracji bez demokratycznej edukacji - to zdaje się być pewnikiem. Podstawową wiedzą na ten temat jest rozróżnienie pomiędzy demokratyzacją i prywatyzacją. To są dwa oddzielne procesy, mające ze sobą niewiele wspólnego. Podobnie jest z demokratyzacją i sekularyzacją; "nie musimy sekularyzować, by demokratyzować" - stwierdził Barber, ale i zaznaczył, że myli się każdy, kto twierdzi, iż islam i demokracja nie są ze sobą "kompatybilne". Poza tym żyjemy w świecie asymetrycznym - globalizacja zła, terroryzmu, handlu narkotykami, zorganizowanej przestępczości, a z drugiej strony brak instytucji, które mogłyby sprostać globalnym wyzwaniom. Słowem - musimy znaleźć sposób na globalizację demokracji. Trudno jednak znaleźć w naszym przebogatym w instytucje świecie instytucję polityczną, która by odzwierciedlała współzależność świata. Słowem - musimy zdemokratyzować globalizację.

A ja muszę zdemokratyzować ten felieton i dać głos innym uczestnikom "najważniejszej dyskusji tego roku" - co nastąpić może dopiero za tydzień.

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail