GRAŻYNA DRABIK
Nowojorska kronika
(teatr)
Zbliża się koniec roku, mili Czytelnicy. Nie do wiary, ale koniec. Przeleciał - także w teatrach, jak wszędzie, lawiną przeciętności, piaskiem nudy, ziarenkami rutyny, kamykami klęsk, i od czasu do czasu błyskiem skrzydła natchnienia i wyobraźni.
Oto częściowy raport z frontu intensywnego sezonu:
Jeden niepełny sukces, lecz rzecz bardzo atrakcyjna wizualnie i miła uchu muzycznie, nieco melancholijna, nieco skoczna - Belle Epoque. Raz jeszcze podjęli współpracę choreograf Martha Clarke i dramaturg Charles L. Mee. Jak we wcześniejszym taneczno-dramatycznym przedstawieniu Vienna: Lusthaus (gdzie zajaśniała wdzięcznie i przekonująco Elżbieta Czyżewska), przywołują tutaj ducha końca epoki, gdy nieświadomi nadchodzących klęsk ludzie tańczą na krawędzi otchłani.
Tym razem znajdujemy się w kafejce paryskiej, gdzie piękne panny kuszą kankanem, dojrzałe kobiety bawią frywolną piosenką, a absynt obiecuje chwilową błogość i zapomnienie. Krzyżują się tu losy młodych i starych, bogatych i tych z marginesu, zdrowych i skażonych. Przy jednym ze stolików - Henri de Toulouse-Lautrec, wielki artysta uwięziony w maleńkim i pokrętnym ciele (utalentowany Mark Povinelli z mocnym, dźwięcznym głosem). Kpi ze wszystkich i wszystkiego, marzy o prawdziwej miłości, zapija się i maluje z pasją. Robert Israel i Jane Greenwood odtwarzają w natchniony sposób koloryty obrazów Toulouse-Lautreca, mieniące się intensywnie czarną falbanką, czerwoną pończochą, błyszczącym lakierkiem i cylindrem w tajemniczych półcieniach oświetlenia, co jest zasługą Christophera Akerlinda.
Wszystko tu właściwie wygląda perfekcyjnie. Doceniamy malowniczość przedstawienia. Słuchamy z przyjemnością Joyce Castle jako Yvette, śpiewającej z perfekcyjnym wyczuciem kabaretowe piosenki. Bawi złośliwie zabawna Ruth Maleczech jako La Goule, pół klown, pół niewinne dziecko. Trudno oczy oderwać od zgrabnych wygibasów Roberta Besserera w roli tancerza-gimnastyka Valentina. Od kankanów dziewcząt. Od dystyngowanej postawy Honory Fergusson jako Madame Adele, arystokratycznej matki Toulouse-Lautreca. Także muzyka w wykonaniu zespołu pod kierunkiem Jill Jaffe brzmi świetnie. I tylko jakbyśmy wszystko oglądali przez szybę - podziwiamy, lecz pozostajemy raczej chłodno obojętni.
Może brak właściwego tonu całości. Może problem nawet nie na scenie, lecz na widowni. Żal, że publiczność, w większości dostojnie siwowłosa, wydaje się ospała, jakby z nadmiaru dobrobytu. Może błędem była próba stworzenia nastroju kafejki na Montmartrze w luksusowym Mitzi E. Newhouse w Lincoln Center, którego byt gwarantuje - jak większości solidnie zabezpieczonych teatrów non profit - baza subskrybentów wywodzących się z burżuazji średniej klasy, dysponująca wolnym czasem.
Sala powinna być wypełniona starymi i młodymi, odwiedzający artyści powinni podpatrywać kunszt tych na scenie, zakochani tulić się do siebie, grupka podlotków puszyć dumnie, że udało im się wślizgnąć na ciut może zbyt "dorosłe" przedstawienie... Lecz skąd wziąć taką zróżnicowaną i żywą publiczność, jeśli bilety niebotycznie drogie.
Nic dziwnego, że teatr osiada na mieliznach nudnawej poprawności. Bezpieczniej zabawiać i ostrożnie tylko wzruszać. Zbyt to ryzykowne przedsięwzięcie, by straszyć zmniejszające się stadko dojnych krów. Wołać przejmującym głosem, że źle się w królestwie Danii dzieje. Że śmierć jest przecież zwykłą i nie najgorszą częścią ludzkiego losu. Radość często gorycz w sobie kryje.
Martha Clarke i Charles L. Mee, Belle Epoque. Reżyseria: Martha Clarke, scenografia: Robert Israel, kostiumy: Jane Greenwood, oświetlenie: Christopher Akerlind, dźwięk: Scott Stauffer, kierownictwo muzyczne: Jill Jaffe. Obsada: Vivienne Benesch (Suzanne), Rob Besserer (Valentin), Joyce Castle (Yvette), Tomé Cousin (Chocolat), Honora Fergusson (Madame Adele), Ruth Maleczech (La Goulue), Mark Povinelli (Henri de Toulouse-Lautrec), Michael Stuhlbarg (Francois), Paola Styron (Celeste). Premiera 21 listopada, przedstawienia do 2 stycznia, The Mitzi E. Newshouse, Lincoln Center.
*
Dwa małe klejnoty: Death and the Ploughman, trudny, średniowieczny tekst Johannesa von Saaza o okrucieństwie arbitralnych uderzeń śmierci znalazł bardzo udaną oprawę w przedstawieniu przygotowanym przez Ann Bogart z SITI Company. Skromny Oracz (Will Bond), po utracie ukochanej żony nieskromnie porywa się na konfrontację ze miercią (Steven Webber). Ich słowny pojedynek - o arbitralności śmierci, o bezsensie i sensie ludzkiego życia, o cierpieniu i błogosławieństwie cierpienia - nie może być jednoznacznie rozstrzygnięty. Sam Bóg na końcu interweniuje, ogłaszając kompromis: "Obaj walczyliście godnie. Tak więc ty, Oraczu, zachowujesz honor. A do ciebie, mierci, należy zwycięstwo". Salomonowy to wyrok, częściowo tylko satysfakcjonujący, gdzie człowiek niby nie przegrywa, lecz także i nie wygrywa. (SITI Company, przedstawienia od 17 listopada do 12 grudnia, Classic Stage Company 136 E. 13 St., Greenwich Village).
Ci z Państwa, którzy mieli przyjemność oglądać Hell Meets Henry Half-time albo czytali moją recenzję w poprzedniej kronice, rozpoznają już nazwisko Adriano Shaplina. I warto. Wyróżnia się on bowiem ostrym, ironicznym podejściem, pasją zaangażowania i nadzwyczajnym wyczuciem języka. Nowy dramat Pugilist Specialist, którego akcja rozgrywa się w jakiejś bazie amerykańskiego wojska, a punkt kulminacyjny osiąga gdzieś na Bliskim Wschodzie, w pełni podkreśla jego uzdolnienia. Czwórka aktorów - Stephanie Viola, Drew Friedman, Paul Schnabel i sam autor - z minimalną liczbą scenicznych rekwizytów stwarza imponująco wciągającą atmosferę: niebezpieczeństwa i podniecenia. Jest to terytorium wzajemnych podejrzeń, gorączki pragnienia sprawdzenia się w morderczej roli superżołnierza, obojętności wobec śmierci, gdzie wąska jest granica między bohaterstwem a zdradą. Rozgrywki słowne w grupce komandosów przygotowujących się do ryzykownej i tajnej wyprawy, w dużej mierze wypowiadane bezpośrednio do nas, domagają się jakby naszej szczególnej uwagi, a dzięki sprawnej grze aktorów otrzymują ją i utrzymują do samego, dramatycznego, końca. (The Riot Group, przedstawienia od 3 do 11 listopada, w The Cultural Project).
*
Skusił mnie Mariage Gogola w zacnie dbającym o klasykę Pearl Theatre, gdzie - jak zwykle - repertuar jest pełen godnych uwagi sztuk. Obecnie Chory z urojenia Moliera jest grany na przemian z Ożenkiem. W styczniu szykuje się premiera dramatu Frederico Garcii Lorki The House of Bernarda Alba. Potem będzie można zobaczyć znany brytyjski thriller I Have Been Here Before J.B. Priestleya i błyskotliwą sztukę Bernarda Shawa Widowers' Houses.
Podejmując się inscenizacji dramatu Gogola artyści jednak nie odważyli się na otrzepanie z kurzu podstarzałej błyskotki. Ożenek przysiadł pod ciężką ręką reżysera Jesse Berger oraz w pedantycznej oprawie Takeshi Kata (scenografia) i Sama Fleminga (kostiumy). Aktorzy popisują się szerokim gestem i zbyt dosłowną interpretacją. Niechęć do ożenku i nieśmiałość Podkolesina (Christopher Moore) nie przekonują. Konszachty Koczkariewa (Sean McNall) nie bawią. Powiewa nudą w saloniku panny do wzięcia, kiedy defilują przed nią nieudacznicy chętni do ożenku. Dobrze, że choć ona sama - Agafia ( w tej roli Allison Nicholas) pociesza nas trochę swą wdzięczną młodością. Delikatnie zabawna, poetycko-ironiczna sztuka-przypowieść została mocno podcięta siekierą naturalizmu. (Przedstawienia do 19 grudnia, The Pearl Theatre Company, 80 St. Mark's Pl., East Village).
I oto najgorsze teatralne wykroczenie jesieni: skandal Nory (A Doll's House) przywiezionej do Brooklyn Academy of Music z Niemiec. Według prasowych informacji i chętnie udzielanych przez Thomasa Ostermeiera wywiadów chciał on wstrząsnąć publicznością, "wywołać szok podobny do szoku, jaki spowodował Ibsen" w swoim czasie.
Jedynym szokiem przedstawienia zespołu Schabühne am Lehniner Platz Berlin jest prymitywnie uproszczona interpretacja tekstu Ibsena i bezwstydne bogactwo inscenizacji. Mamy tu popisy jakiegoś wyuzdanego neoekspresjonizmu i cynizmu. Biedni aktorzy, którzy muszą krzyczeć, rzucać się ze schodów, wieszać na poręczach, biegać półnago. Szczególnie żal mi było inteligentnie wyglądającej Anne Tismer, której rola Nory była ustawiona jako pustogłowej Barbie w minispódniczce i białym futerku. Każdy macho, który wchodził na scenę - pardon, na jaką scenę! - do bogatego salonu Torvaldów świecącego aluminium i szkłem - łapał ją za pośladki, obmacywał, gwałcił co najmniej okiem. Zważywszy na ilość wyuzdanych gestów i słów było to najmniej zmysłowe przedstawienie, jakie można sobie wyobrazić.
Z ogólnego hałasu na scenie (bo nie oszczędzono nam zabójczych zabaw trójki dzieci ani otumaniającej muzyki Larsa Eidingera) ocaliła się jedynie Agnes Lampkin. Jej ustawiona w zupełnie innym rejestrze rola obojętnego obserwatora pozwalała się pocieszać, że nie całkiem jeszcze zaginął w Europie zdrowy, sceptyczny rozsądek. Jakże to jednak ironiczne, że obdarzona jest nim służąca, obca, emigrantka. Bowiem Lampkin gra au pair z Afryki, dziewczynę zajmującą się dziećmi.
Symbolem rozpusty tej inscenizacji i jej fałszywych obietnic jest jeden z elementów bardzo skomplikowanej dekoracji przygotowanej przez Jana Pappelbauma. Otóż w precyzyjnie odtworzonym na scenie dwupoziomowym, utrzymanym w stylu pseudo-neo-Bauhaus domu przyciąga oko wielkie, wbudowane w ścianę akwarium. Pływają w nim leniwie tłuste ryby. Lecz wkrótce zauważasz, że skupiają się ściśnięte tylko w jednym rogu tej basenowej w wymiarze przestrzeni. Zaraz bowiem się okazuje, że akwarium wcale nie jest potrzebne jako symbol ambicji dorabiających się niemieckich Torvaldów z końca XX wieku. W ogóle nie o akwarium chodzi, tylko o wielką michę z wodą, by ktoś mógł doń spektakularnie wpadać i chlapać wszystko wokół.
Że Dom lalki (Nora) to nie wodewil i kryminał, tylko psychologiczny dramat? No wiecie Państwo, kogóż jeszcze może obchodzić jakaś tam psychologia wobec naszych dzisiejszych specjalności masowych i legalnych mordów! Że dramatem Doktora Randa są narzucone sobie przemilczenia wobec miłości i śmierci? Ależ dajmy mu pozataczać się z przepicia, pospadać ze schodów, poobściskiwać i poobśliniać Norę! Że Krogstad walczy o pracę, szacunek i odzyskanie społecznej pozycji? Cóż za przestarzałe ciągotki! Krogstad niechaj raczej do szantażu doda próbę gwałtu Nory. Że droga Nory prowadzi ją nie tylko do zrozumienia ograniczeń roli społecznej kobiety, lecz - i przede wszystkim - ku samoświadomości i rozpoznaniu prawa moralnego, wyższego niż społeczne prawa? Ależ, czy tak skromne sprawy mogą zasługiwać dzisiaj na uwagę!? Dajmy lepiej Torvaldowi basen do chlapania i bar pełen szkła. Norze rewolwer do ręki. I wszystko załatwione.
Tyle na dzisiaj. A tuż za progiem już czeka, już połyskuje wypucowanym butem Nowy Rok. Zobaczymy, co nam w swoich 365 workach niesie. Do siego!
|