[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 10 grudnia 2004


IZABELA JOANNA BOŻEK

Mądremu wystarczy


Nie ma chyba trudniejszego zadania niż napisanie autobiografii w czasach, kiedy wszyscy ważni i znani (oraz ważne i znane) mają to już za sobą. Liczba wspomnień, autobiografii, alfabetów i abecadeł przekroczyła rozsądne granice przyswajalności tego rodzaju literatury, a tu nagle pojawia się następna książka anonsowana jako życiowa spowiedź sławnego człowieka. I od razu na wstępie trzeba powiedzieć, że dobrze, że się pojawia, bo takiej jeszcze nie było.

Z głowy, nową książkę Janusza Głowackiego, czytałam dwukrotnie. Raz, jak zwykle, w metrze, kawałkami, na wyrywki, przerzucając kartki w poszukiwaniu co ciekawszych fragmentów. Szukając wzmianek na temat znajomych miejsc i znajomych nazwisk (niekoniecznie osobiście). Drugi raz czytałam już spokojnie, bez pośpiechu, smakując. miejąc się tam, gdzie jest śmiesznie. Ale jeśli ktoś myśli, że jest śmiesznie cały czas, to się bardzo myli.

Zakosami i meandrami prowadzona, narracja dwutorowo opisuje rzeczywistość podzieloną pomiędzy dwa kontynenty, dwa kraje, dwa czasy. Europa - Ameryka, Polska - Stany Zjednoczone, młodość - wiek dojrzały. W nich, w rozkroku, ale broń Boże nie po to, by się mocniej na ziemi opierać, Janusz Głowacki, czyli Dżanus Glovaki. Taki rozkrok towarzyszy wszystkim emigrantom, bo jedną nogą tkwi się ciągle w dawnym życiu, a drugą już w nowym i czasem bardzo długo nie wiadomo, czy i jak te nogi postawić razem. Głowacki nie jest tu wyjątkiem. Zwłaszcza jeśli emigracja stała się jego udziałem niejako przypadkiem, bez specjalnych planów i zamiarów. Bowiem przylecieć do Ameryki w sytuacji, kiedy wyjazd ten zaplanowany nie był, wylądować w obcym kraju, nagle stracić wszystkie przywileje bycia znanym pisarzem, z czego wynikały między innymi takie drobne przyjemności, jak odłożona pod ladę bułka paryska, i zorientować się, jak jest trudno i nieprzyjemnie - to skłania do ustawicznego zastanawiania się, czy warto było i czy przypadkiem nie trzeba lecieć z powrotem.

Janusza Głowackiego, jak wielu innych, zastał na Zachodzie stan wojenny i jak wielu innych zdecydował on wówczas, że póki co, nie wraca. Opisane w pierwszym rozdziale perypetie: grudniowy, świąteczny Londyn 1981 roku, tłum Polaków pod konsulatem PRL-u, wywiad w angielskiej telewizji o nocy nad Polską udzielony w broken English i przechodzący za plastikową ścianą z samolotu do samolotu, niedostępny profesor Jan Kott... Te sceny zawierają w sobie właściwy balans tego, co naprawdę się wówczas wydarzyło - nieszczęścia, strachu o bliskich, obawy o Polskę, zagubienia, niedowierzania, złości. Byłby to jednak znów przyczynek do zbioru legend i mitów o martyrologii narodowej, gdyby nie owa spora doza autoironii i ironii, prześmiewcze spojrzenie i dystans, które wyzierają z prozy Głowackiego na każdym kroku. Bo co innego pozostaje w sytuacji, gdy: "W Nowym Jorku w jednej chwili przestał istnieć Głowacki playboy, środowiskowy pisarz, przewrotny felietonista i ozdoba przyjęć. Narodził się za to przestraszony, źle mówiący po angielsku nieznany pisarz bez pieniędzy".

Opowieść o tym, jak się działo w Nowym Jorku, przeplatana jest, jako się rzekło, opowieścią o tym, jak było w Warszawie. Głowacki pisze o swoim dojrzewaniu pisarskim, sypie anegdotami jak z rękawa, opowiada pieprzne dykteryjki o znajomych, których wymienia z nazwiska albo nie, z sentymentem wspomina tych, którzy odeszli. Nie zapomina ani o polskich decydentach z lat 70., ani o ówczesnych warszawskich dziewczynach, ujawnia tajemnice poliszynela i pokazuje, jak przewrotny jest świat. Czasami pisze ciepło o rodzicach, ironicznie o kolegach pisarzach, czasami na odwrót. Opowiada o PRL-owskiej rzeczywistości nie kreując się na bojownika, nie przypisując sobie ani niepopełnionych dobrych uczynków, ani grzechów. Jednocześnie pisze o własnym pisarstwie, poczynając od anegdoty w rozdziale Jak postanowiłem zostać pisarzem, a kończąc na odsłonięciu kilku ważnych mechanizmów, które są w książce dyskretnie ukryte, ale na tyle wyraźne, że jak ktoś chce, to znajdzie. W pisaniu o sobie samym zaś jest Głowacki do bólu, po męsku szczery, ale wciąż powściągliwie, bez wywnętrzania się i łzawości.

Podobnie Głowacki pisze o Nowym Jorku, nie wstydząc się przyznać ani tego, że było ciężko, ani też tego, że mu dobrze poszło, że się udało. Rzucony na głęboką wodę, nagle znajduje się w sytuacji nie do pozazdroszczenia, bo niby co ma zrobić w obcym kraju ponad 40-letni pisarz, który owszem, jest znany, ale tam, u siebie. Zmienić zawód? Wyuczyć się czegoś praktycznego czy może wpaść w złe towarzystwo i obwinić za wszystko "onych"? Co zrobić, kiedy owo znane "tam" przestało istnieć i nie wiadomo, czy zaistnieje na powrót. Więc obserwujemy proces powolnego, żmudnego i chwilami nierokującego specjalnych nadziei wspinania się na szczyt. Kto kiedykolwiek choćby przez chwilę mieszkał w Nowym Jorku, mieście, które można tylko albo kochać, albo nienawidzić, ten wie, że tak trudno jak tutaj to nie jest nigdzie, a najtrudniej jest właśnie wszystkim tym, którzy chcą swą sztuką rzucić świat na kolana.

W części nowojorskiej autobiografii znajduje się znamienny, jakże krótki, bo półstronicowy, rozdział zatytułowany Bez happy endu. I to jest najsmutniejszy fragment w całej książce, gdzie nie tylko nie ma nic do śmiechu, ale gdzie jest wystarczająco straszno, żeby na resztę życia nabrać dystansu do własnego losu. Jest też inny rozdział, pod tytułem Greenpoint, i tu mogę mieć pretensje o nieścisłości. Bo Głowacki pisze: "W Ameryce pracuje się ciężko. Na Greenpoincie się pracuje do granic wytrzymałości. Większość pracuje na czarno, więc zarabia mniej". I dalej jest o dwóch, trzech osobach śpiących na jednym materacu. Może tak kiedyś było. Ale pisanie w ten sposób o Greenpoincie w czasie teraźniejszym tak naprawdę nie przystaje całkowicie do rzeczywistości. Bo Greenpoint to 35 tysięcy legalnie zamieszkałych tam Polaków, w większości w średnim wieku, którzy kupują domy, jeżdżą samochodami, mają małe i większe dzieci i żyją całkiem normalnie. Greenpoint to także miejsce, gdzie po ulicach chodzą śliczne młode Polki, gdzie młodzi chłopcy piją piwo w dobrej restauracji, a całe to towarzystwo chodzi co sobota do dyskoteki, a w niedziele do kościoła. I Greenpoint to taka Mława albo inna nieduża miejscowość w Polsce, gdzie życie jest może trochę bardziej egzotyczne, bo przy głównej ulicy są cztery tajskie restauracje, ale poza tym wszystko jest normalnie. Jasne, że wciąż jeszcze przyjeżdżają z Polski panie i wystają na takim specjalnym placyku, z którego bogate Żydówki zabierają je na "plejsy" do sprzątania. Ale to akurat nie jest najważniejszą cechą Greenpointu. Znacznie ważniejsze bowiem jest to, że znajduje się tam sześć polskich księgarń i wszystkie mają z czego żyć.

Problemu sukcesu w Ameryce i tego, jak naprawdę trudno jest go osiągnąć, dotyka Głowacki w swojej autobiografii wielokrotnie, a najgłębiej chyba w rozdziale Żart bogów, poświęconym Jerzemu Kosińskiemu. Tu anegdota nie służy li tylko rozrywce, ale jest przyczynkiem do poważnych rozważań o losie pisarza za granicą, jeśli nie o losie pisarza w ogóle. Gorzkie to wspomnienie o Kosińskim, bardzo prawdziwe i przenikliwe, zawierające smutne przesłanie o wierności sobie.

W wielu miejscach książki Głowacki pisze o ludziach nie tylko z sympatią, ale i z czułością. Tak pisze o swojej matce w całej książce, a także w ostatnim rozdziale, całkowicie jej poświęconym, smutnie przyznając, że rozdział to najtrudniejszy. Poprzez anegdotę i żart prześwieca coś niesłychanie prawdziwego i delikatnego. Dowiadujemy się, że to nie z powodu Marka Hłaski ani pewnej malarki, ale właśnie poprzez to, że tak, a nie inaczej zaszczepiono mu w rodzinnym domu miłość do Rilkego i w ogóle do literatury, został Głowacki pisarzem. W tym rozdziale jest coś niezwykle pięknego i chwytającego za serce, coś, czego przeoczyć nie wolno.

Z głowy ma tyle odcieni i tyle podtekstów, że trudno je wszystkie wymienić. Zauważa się je też nie od razu, a sama książka ma taki smak, że nie będzie na pewno należeć do tych, co się je raz przeczyta i odkłada na półkę. Będzie to książka czytana i komentowana. Ilu się w niej rozpozna i kto się obrazi - nie wiadomo. Jedni pewnie się ucieszą, inni uznają, że nie o nich chodzi. Tymczasem tak zwany przeciętny czytelnik dostaje książkę i do śmiechu, i do płaczu, i do zadumy. A jeszcze jak kto posłucha w radiowej Trójce jej fragmentów czytanych przez Piotra Fronczewskiego...

Które z trzech (jeśli nie więcej) znaczeń przypisać tytułowi Z głowy - nie wiem. Każdy chyba zinterpretuje go na swój sposób. Życie brane z głowy albo z głowy opisywane - i jedno i drugie ma swój sens. Mam nadzieję, że nie chodzi, broń Boże, o to, że pisarskie plany Głowackiego wypełniły się z chwilą napisania przez niego autobiografii i w ten sposób ma on już z g ł o w y resztę pisarskiej działalności. Co mnie zdziwiło, to że kupiłam książkę w księgarni w Nowym Jorku (na Greenpoincie) jakieś trzy dni po jej pojawieniu się w księgarniach w Warszawie, a na odwrocie strony tytułowej znalazłam notkę: "Wydanie II poprawione i rozszerzone". Byłoby dobrze wiedzieć, czy wydanie III też będzie rozszerzone. Ale może lepiej nie. Mądremu wystarczy.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail